Przeskocz do treści

Architektura / metafora

2 [65] 2019

12 | 01 | 2020

Architektura jako amfora

ilustracje: Dominika Wilczyńska

Jestem pod wrażeniem tego, jak mocno pojęcie architektury zrosło się z pojęciem struktury. Jak bardzo oznacza ona dziś coś skomplikowanego, mądrego i przestrzennego, ale może to być w zasadzie wszystko: archi- tektura systemu IT czy architektura porozumienia bliskowschodniego… To samo dotyczy architekta: kilka miesięcy temu spotkałem człowieka, który wykonuje zawód – dosłownie – „architekta systemów teleinfor- matycznych”. Łatwo się domyślić, że osoba ta nie projektuje fizycznych struktur budynków. Czy dla architektury jako takiej i architektów ją budujących jest to coś pozytywnego, trudno powiedzieć, ale najwyraźniej wydźwięk tych pojęć jest nobilitujący. Przynajmniej dla mnie, bo faceta projektującego systemy teleinformatyczne wyobrażam sobie jako współczesnego alchemika niestrudzenie pracującego nad czymś bardzo, bardzo mądrym i trudnym do objęcia rozumem przez zwykłego śmiertelnika, a w każdym razie przez „zwykłego” architekta. Dlatego dziwi mnie oburzenie pewnej części architektów-architektów, którzy posuwają się wręcz do grożenia, że wobec niearchitektów-architektów będą wyciągać konsekwencje prawne, a przynajmniej wkraczać na drogę sądową w imię obrony czystości pojęć.

Współczesna architektura rozumiana jako budowanie budynków (i innych struktur) jest dyscypliną, której potencjał przekazu polega na braku dosłowności i jednoznacznego figuratywnego obrazowania. Architektura jest obrazem sama w sobie, ma potencjał przekazywania znaczeń bez konieczności przyklejania do niej napisów czy płaskorzeźb, choć zapewne z tą myślą nie zgodziłaby się większość architektów tworzących przed początkiem XX wieku. Możliwość odczytywania owych znaczeń wymaga wysiłku analogicznego do rozumienia sztuki koncep- tualnej; słowem, musimy być przynajmniej w podstawowym stopniu przygotowani do jej odbioru poprzez znajomość, nawet powierzchowną, historii architektury, mieć ogólne pojęcie o ewolucji technologii, stylów
i języków formalnych, jeszcze lepiej w odniesieniu do ewolucji społeczeństw, które owe architektury „popełniały”. Na przykład zrozumienie, z czego wynika żałosna niskość przyziemia „kostki mazowieckiej” albo dekoracji z tłuczonej ceramiki, wymaga wiedzy na temat pokrętności stosunku władz do własności prywatnej odzwierciedlonego w legislacji czasów PRL i tego, jak powtarzalne projekty mające oznaczać nowoczesność „obłaskawiano” na polskiej prowincji najtańszą możliwą formą dekoracji, która nie wymagała talentu rysowniczego czy malarskiego, a jedynie posiadania kilku rozbitych talerzy i butelek. Analogicznie rzecz będzie się miała z emanacją bogactwa, a zarazem pobożności w przerośniętych kościołach (wszystkich stylów, byle poromańskich) otoczonych maleńkimi wioskami, które można spotkać w dowolnym zakątku Polski, albo z wrażeniem obcowania z czymś spokojnym, pewnym i uporządkowanym podczas spaceru wzdłuż kolumnady Ministerstwa Rolnictwa czy w zetknięciu z elewacją północnej części Muzeum Narodowego w Warszawie.

Oczywiście architektura odnosi się w swoich formach – od skali całego budynku po detale – do często pierwotnych skojarzeń albo skrawków wiedzy, co powoduje, że wejście do wspomnianego muzeum skojarzymy z masami starych jak świat menhirów, a kolumnadę ministerstwa z klasycyzmem, a może nawet ze starożytnymi Grekami, którzy przecież byli mądrzy, szlachetni i którym w ogóle tyle zawdzięczamy, a w każdym razie niejasno coś sobie przypominamy z czasów nauki w szkole podstawowej, zwłaszcza jeśli chodzi o odzianych w togi facetów z brodami i nieodzianych w nic muskularnych facetów rzucających dyskiem. Podejrzewam, że podobnie prosto będzie się postrzegać meritum sprawy, kiedy niearchitekt nieczytający Rybczyńskiego, Jencksa czy Koolhaasa będzie próbował dojść, dlaczego wnętrze gotyckiej fary kojarzy mu się ze wzniosłą duchowością, a ganek dworku – z sielskim spokojem. Formy odsyłają nas w mgłę skrawków skojarzeń i wspomnień, tym bardziej że „kleją” się do nich – straszliwie niedoceniane przez architektów – doznania zmysłowe, które przecież trudno zobrazować kreskami w pliku dwg czy nawet najbardziej dosadnym deweloperskim renderingiem. Gotycka katedra pachnie więc mieszanką kadzidła, wilgoci i starego drewna, docierające z góry światło przecina wnętrze laserami, w których błyszczą opadające drobinki kurzu, a każde kaszlnięcie wiernych odbija się zawstydzającym echem. Za to wejście do dworku pachnie malwami i daje cień w skwarze lipcowego popołudnia, czeka tam na nas serdeczna pyzata gospodyni z zimnym mlekiem w skopku, a świerszcze grają na skrzypkach, oj, grają. Oczywiście wiele z tych skojarzeń będzie tylko odbiciami czy powtarzanymi przez kulturę sklejkami, które przylgnęły do nas tak mocno, że straciliśmy możliwość stwierdzenia, czy na pewno sami to przeżyliśmy, czy to może obrazy, które widzimy, jakoś zawieruszyły nam się w głowach, jak to się dzieje z bohaterem filmu Pamięć absolutna (reż. Len Wiseman, 2012).

Słowem, architektura ma moc przenośni: odsyła nas do znaczeń – osobistych czy indukowanych kulturowo – które mogą być zlepkami na pierwszy rzut oka obcych elementów i które nie mają wiele wspólnego z materią budowlaną (jak ciemna cegła nie oznacza duchowości, a spękany tynk wapienny sielskości) czy z kształtami brył, które nie wywołują skojarzeń z konkretnymi funkcjami budynków. Dworzec nie ma więc kształtu parowozu, a kościół niekoniecznie wygląda jak figura świętego, a mimo to zestrajamy je ze stresem i podnietą wzbudzanymi przez podróż czy nudą niedzielnego poranka podczas wakacji u cioci na prowincji.

Moc znaczeń wynika też z powtarzalności niosących je form, w czym pomaga powtarzalność typologii architektonicznych. Nie musimy odwiedzać wnętrza mikrego popegeerowskiego bloczku z wielkiej płyty mijanego gdzieś w polskim krajobrazie, bo potrafimy go sobie wyobrazić dzięki wizytom w mieszkaniach znajdujących się w innych blokach z naszej przeszłości, mieszkaniach wypełnionych instrumentarium „Kowalskich”: meblami na wysoki połysk, wykończonym fornirem telewizorem nakrytym pożółkłą sztywną serwetą (choć zapewne już dawno wymienionym na jak największy płaski ekran z Chin) czy koszmarnymi lalkami posadzonymi na wersalce ze sklepu GS-u. W ten sposób w głowie Polaka na długo słowo „prefabrykacja” pozostaje nacechowane znaczeniami, których nie będzie znał przeciętny Niemiec czy Holender. Typologii mamy do dyspozycji dużo, to prawie słownik form i połączonych z nimi skojarzeń z życiem, światopoglądem, statusem społecznym, gustami i tak dalej. Powtarzalność myśli ludzi praktykujących owo rzemiosło to swoisty katalog, w którym i dzięki któremu kwitną stereotypy. Nieznośnie aspirująca do wyższej klasy para w sterylnym apartamencie na zamkniętym osiedlu (ona z wstrzykniętym w ciało botoksem, on w krzykliwym polo). Farbowany szlachcic (jedyny prawdziwy rojalista w województwie) z dwoma podbródkami, urzędujący w „polskim dworku” z kolumnami z rur kanalizacyjnych, których kielichy „robią” za kapitele. Zagoniona para z dwójką dzieci w wymarzonym szeregowcu w „zabudowie łanowej” gdzieś na rozlanych przedmieściach dużego miasta, za oknem pole, panele na podłodze, nie starczyło na solidną klepkę, a tu jeszcze tyle wydatków, i ten kredyt.

„Po drugiej stronie tęczy” mamy za to nowe znaczenia wynikające z obcowania z przykładami architektury, bezpośredniego czy nie, których przedtem nie widzieliśmy, a które próbujemy gdzieś przyporządkować. Takie sytuacje zmieniają, hybrydyzują lub łączą różne znaczenia, które uda nam się ad hoc wygrzebać. Czasem takie jednostkowe doznanie ma moc czegoś, co zostaje w nas na długo, bo jest bezprecedensowe, albo towarzyszy mu kontekst jakiegoś przypadkowego wydarzenia, choćby tak oczywisty jak podniecający urlop pary małżonków, którzy z otwartymi ustami podziwiają wnętrze Sagrada Família (na pocztówkach było ją widać tylko z zewnątrz), czując przyjemne ciepło w żołądkach po zjedzeniu paelli w pobliskim, prawie autentycznym barze dla turystów. Tak oto ponadludzki geniusz i pobożność katalońskiego wizjonera przekładają się, na przykład, na pojęcie małżeńskiej pełni i połączenia dwóch dusz, któremu towarzyszy podnoszące na duchu wspomnienie wspólnych harców w świeżej pościeli w hotelu, do którego zmęczeni i ogorzali dotarli po pełnym przygód dniu. Czy o to chodziło Gaudiemu? Czy po to w pocie czoła projektował fantazyjne detale sklepień i gargulców? Czy po to zginął pod kołami tramwaju ubrany w roboczy drelich? Nie wiem!

Architektura w sferze skojarzeń nie jest programowalną prozą dydaktyczną końca XIX wieku i tylko w niewielkim stopniu możemy jako architekci wyobrazić sobie, jaką metaforą staje się ona dla tysięcy, ba, milionów ludzi, którzy będą z nią mieć do czynienia. Nie możemy powiedzieć, jak Edmondo de Amicis, autor powieści Serce – chwytającej za serce narracji o ubóstwie i chorobie włoskich chłopców (czy Jacob Riis, twórca równie programowego albumu fotografii How the Other Half Lives (Jak żyje druga połowa), mającej rozbudzić chęć polepszenia warunków życia nowojorskiej biedoty w opiniotwórczych mieszczanach) – że chcemy wywołać takie lub inne uczucia i skojarzenia w takim a takim celu. Bezpośredniość ciąży ku scenograficzności, przegadaniu lub po prostu naiwności dzieł pokroju bazyliki w Licheniu, zamku Neuschwanstein czy miasta Astana, przepraszam: Nur-Sułtan, w końcu to upamiętnienie geniuszu prezydenta Nazarbajewa „wykonane mózgami” tysięcy projektujących ikoniczne obiekty architektów, od Kishō Kurokawy po Normana Fostera.

Last but not least: nie tylko „programowanie doznań”, ale nawet opisywanie naszych dzieł, a zwłaszcza stojących za nimi motywacji do wywoływania konkretnych odczuć, jest dla nas, polskich architektów, dość trudne. Nie mamy do tego narzędzi, a często nawet chęci do zajmowania się tym, co niekwantyfikowalne i trudne do przedstawienia. W naszej tradycji takie działanie traktowane jest jak niegodne inżyniera albo pretensjonalne rozczulanie się nad materią budowlaną i samym sobą. Łatwiej jest nam wymyślać albo przedstawiać nasze budynki jako wypadkowe briefu, budżetu, prawa i racjonalnych pobudek, jako sprytną syntezę lub obejście ograniczeń, za które tak nas cenią zleceniodawcy. Nieliczni, którzy opanowali umiejętność komunikowania bardziej wysublimowanych motywacji, muszą wiedzieć, do kogo trafić, bo wielu klientów, zwłaszcza mężczyzn, uzna nasze wywody za mydlenie oczu i próbę omotania obdarzonych większą wyobraźnią żon w celu uzyskania od nich przyzwolenia na kosztowne ekstrawagancje (w przypadku domów jednorodzinnych, mieszkań i rezydencji; oczywiście nie chcę sobie nawet wyobrażać takich prób dokonywanych przed deweloperem czy zarządem spółki Skarbu Państwa…).

Na pewno niejeden polski architekt usłyszał odpowiedź, którą można sprowadzić do słów: „Ty, poeta, nie płacę ci za te amfory!”. I święta to prawda, bo pomimo naszych wysiłków architektura sama staje się treścią, niezależnie od naszych intencji. Brzydka, przeciętna, sugestywna czy seksowna: architektura jest metaforą, bo operuje abstrakcyjnymi środkami, które jedni ludzie wypełniają własną treścią, a inni postrzegają jako sumę kontekstów i kolaż nieświadomych skojarzeń.

Trzeba z tym żyć i pamiętać, że cokolwiek zbudujemy, może „metaforyzować” przez dziesięciolecia.