ilustracje: Dominika Wilczyńska. Copyright © Dominika Wilczyńska. All rights reserved.

Organiczność

4 [55] 2016

15 | 04 | 2017

Żywe i martwe architektury

z Lidią Klein– historyczką sztuki, badaczką, autorką książki „Żywe architektury”– rozmawia Dorota Leśniak-Rychlak


DOROTA LEŚNIAK ‑RYCHLAK: W jaki sposób manifestuje się analogia biologiczna w architekturze współczesnej? 

LIDIA KLEIN: Myślę, że można ją podzielić na dwa nurty. Z jednej strony (i to jest oczywiście ten, z którym spotykamy się najczęściej) architekci naśladują formy spotykane w naturze, z drugiej próbują pójść krok dalej i imitować procesy zachodzące w naturze. W tym drugim przypadku architekci korzystają z narzędzi innych dyscyplin – cybernetyki czy biotechnologii – aby zbliżyć proces projektowania architektury do tego, w jaki sposób powstają lub funkcjonują organizmy biologiczne. Te dwa kierunki rzecz jasna się zazębiają – imitacja procesów zachodzących w naturze prowadzi najczęściej do kształtów kojarzących się z formami biologicznymi. Jeśli jednak architekci naśladują tylko formy, sam proces powstawania takiej architektury niekoniecznie musi mieć cokolwiek wspólnego z naturalnymi procesami. Dobrym przykładem są bloby, na dobre zadomowione w pejzażu współczesnych miast budynki obłą formą przypominające bańki. Ta architektura ma swoje korzenie w późnych latach 90. i szczególnie wówczas intensywnym poszukiwaniu architektury, która dałaby się projektować w oparciu o procesy zachodzące w naturze, przy wsparciu programów komputerowych. Pionierem takich rozwiązań jest Greg Lynn, amerykański architekt, który chciał opracować system generowania formy architektonicznej imitujący proces rozwoju zarodka i tym samym tworzyć budynki nie tyle naśladujące formy biologiczne, ile dające się pomyśleć jako „naturalne” (bo tworzone według naturalnych procesów). W rezultacie takich eksperymentów powstawały obłe, opływowe bryły. To, co robił Lynn i inni architekci przyjmujący taką filozofię projektowania, cieszyło się bardzo dużą popularnością i było często kopiowane – ale już w czysto formalnym aspekcie. Przykładem są choćby warszawskie Złote Tarasy – rezultat fascynacji blobami w sensie czysto estetycznym i w sposób bardzo uproszczony.

DLR: Porozmawiajmy chwilę o korzeniach tego zjawiska: na ile analogia biologiczna w architekturze przełomu XX i XXI wieku jest zerwaniem, całkowicie oryginalnym konceptem, a na ile kontynuuje wzorce obecne w historii dyscypliny od dawna?

LK: Na pewno ma więcej wspólnego z klasyczną teorią architektury niż chcieliby jej twórcy, którzy – tak jak Dennis Dollens czy wspomniany Greg Lynn – chętnie akcentują zupełnie nowy, przełomowy charakter projektowanej przez siebie architektury. Proces tworzenia budynków pojmowany jako przedłużenie i naśladowanie procesów naturalnych to jeden z podstawowych tropów w teorii architektury, obecny w niej od pierwszego znanego traktatu architektonicznego, czyli Witruwiusza. Ten sam trop, w różnych redakcjach, powtarzany jest przez renesansowych teoretyków takich, jak Leo Battista Alberti czy Antonio Filarete. W tym sensie nie jest to więc nic nowego. Jednak współczesne próby naśladowania natury w architekturze wprowadzają zupełnie nowe elementy. Na pewno znaczna część tej nowości zawiera się w materiałach i technologiach, które pozwalają na bardzo śmiałe eksperymenty, ale jest coś jeszcze. Współcześnie architekci próbują nie tylko tworzyć architekturę, która naśladowałaby organizmy żywe, ale też taką, która sama byłaby żyjącym organizmem. Dobrym przykładem jest działalność polskiego architekta Zbigniewa Oksiuty eksperymentującego z budynkami nie tylko naśladującymi naturę, ale będącymi jej częścią.

DLR: W tym, co mówisz, pojawia się pewien paradoks (być może pozorny). Wydaje się, że dla wielu twórców szansą na zniesienie podziału między statycznym martwym budynkiem a czymś żywym staje się cybernetyka i technologia. Ta sama technologia, która wraz z rewolucją przemysłową i modernizacją spowodowała zerwanie z tradycyjnym wernakularnym budownictwem. Być może właśnie organicznym (do definicji organiczności jeszcze pewnie wrócimy)…

LK: Ten paradoks jest jednym z kluczowych problemów związanych z projektami architektów, o których wspomniałam. W dużej mierze wynika on stąd, że architekci często pojmują naturę w sposób bardzo teoretyczny i abstrakcyjny. W ich teoretycznych pracach znajdziemy mnóstwo erudycyjnych wywodów o procesach biologicznych czy naturalnych zjawiskach, takich jak ewolucja, które łączą w spektakularny i często brawurowy sposób ze współczesną filozofią (głównie Deleuze’em i Guattarim), historią biologii (na przykład teratologią), fizyką czy wreszcie popkulturą (sam termin blob ma swoje źródła w niskobudżetowym horrorze z lat 50. o tym samym tytule). To, czego często brakuje, to etycznej refleksji związanej na przykład z odpowiedzialnością twórcy czy użytkownika architektury będącej żywym organizmem – coś, co jest centralnym problemem dla artystów pracujących z biologicznym materiałem, a o czym milczą architekci. Brakuje refleksji nad tym, jakie konsekwencje dla środowiska ma imitująca naturalne procesy architektura. Znów przykład z Grega Lynna, który w ogromnym stopniu przyczynił się do dzisiejszej popularności drukarek 3D i kompatybilnych z nimi programów do projektowania parametrycznego. W latach 90. był on jednym z pionierów w architektonicznym wykorzystaniu mass customization, czyli masowej produkcji zindywidualizowanych obiektów. Perfekcyjny przykład neoliberalnego projektowania – minimalizacja kosztów charakterystyczna dla masowej produkcji, ale przy maksymalnej personalizacji szytego na miarę indywidualnego klienta produktu. Lynn opisywał to jako realizację ideału naturalnego projektowania – architekt, niczym natura, może dostarczyć nieskończoną liczbę projektów z tej samej „rodziny” czy „gatunku”, ale każdy z nich będzie inny, jak płatki śniegu. Co to oznacza dla środowiska (a Lynn o tym, oczywiście, nie wspomina)? Jeszcze większą produkcję obiektów (bo są tanie i odpowiadają na nasze bieżące potrzeby), które można szybko zastąpić innymi. W żadnej z jego prac nie znajdziemy też refleksji nad energetycznymi czy środowiskowymi kosztami materiałów, z jakich te projekty są wykonywane. Liczy się szybkość, dostępność i cena.

DLR: Jeszcze zanim rozwiniemy wątek krytyczny, zapytajmy o technologię i jej teoretyzowanie, a także ujmowanie antynomii: organizm–maszyna (a może jej zniesienie) przez tych twórców. 

LK: Dla architektów zainteresowanych tworzeniem architektury w oparciu o biologiczne procesy przy wsparciu programów komputerowych tej sprzeczności nie ma. To technologia (na przykład zaawansowane programy komputerowe) pozwala osiągać rezultaty „identyczne z naturalnymi”, tworzyć projekty, które są tworami naturalnymi w tym sensie, że powstają według panujących w naturze praw. Oczywiście w bardzo uproszczony sposób, bo nie da się przecież dosłownie odtworzyć na przykład procesów ewolucyjnych z całym ich wielopiętrowym skomplikowaniem za pomocą programów typu CAD. Poza tym to dzięki technologii architekt może przejąć kompetencje natury – tworzyć „żywe” organizmy. Zresztą, jest to szerszy, wykraczający poza architekturę problem – nie jesteśmy w stanie (zwłaszcza teraz) wyznaczyć jasnej granicy między tym, co naturalne, a tym, co sztuczne. W tym sensie ta architektura dotyka bardzo uniwersalnego problemu.