Przestrzenie pracy

1 [61] 2018

04 | 02 | 2019

Uczciwe budowanie

Wkład robotników jest pomijany w dyskursie architektonicznym, a procesy budowlane pozostają nieprzewidywalne. W kulturze napędzanej konsumpcjonizmem bardziej troszczymy się o standardy wytwarzania czekoladowych batoników niż o budynki i przestrzenie stanowiące ramę dla współczesnego społeczeństwa. Traktujemy budynki jako coś, co jest nam dane i rzadko zastanawiamy się nad tym, kto ucierpiał w trakcie procesu ich powstawania.

Odpowiedzialność za rażące nadużycia w branży budowlanej jest kwestią sporną. Ciężko orzec po czyjej stronie leży: konsumentów, architektów, inwestorów? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, co nie oznacza, że nie ma rozwiązania. Podczas researchu do projektu Fair Building prezentowanego w Pawilonie Polskim na 15. Biennale Architektury w Wenecji odwiedziliśmy kilkanaście placów budowy, przeprowadzając wywiady z prawie setką robotników. Postanowiliśmy również przespać kilka nocy w hotelach robotniczych starając się lepiej poznać ich życie. Poprzez przedstawienie opowieści i doświadczeń osób bezpośrednio zaangażowanych w proces budowlany, postawiliśmy pytanie: czy fair trade jest na tym polu możliwy? A jeśli tak, to na czym miałby polegać? Czy możliwy jest fair building?

 

 

Pan Stefan, operator żurawia z Krakowa. Zrzeszony w Komisji Operatorów Żurawi.

SK: Jestem z Krakowa. Pracuję jako operator żurawia wieżowego od trzydziestu pięciu lat.

Czy mógłby Pan opowiedzieć o swojej pracy? Jak wygląda Pana zwykły dzień w pracy?

SK: No teraz jest tzw. wyścig szczurów. Ale nie napędzany poprzez operatorów czy robotników, ale przez deweloperów i firmy, które po prostu nadzorują pracę budów. Szybko, najtańszym kosztem, bez patrzenia na tych ludzi, którzy pracują. Którzy na nich pracują. Nie zwracają w ogóle uwagi na to, kto musi pracować, żeby oni mieli to zrobione. Szybko, tanio, bez patrzenia na to, co się dzieje.

Co jest najtrudniejsze w tej pracy?

SK: To, że siedzimy po szesnaście godzin w jednym miejscu, nieraz bez zejścia z żurawia. Jest to naprawdę męczące. To jest praca dosyć monotonna. Niestety ta monotonia doprowadza, do tego, że można po pewnym czasie popełnić poważny błąd.

Najbardziej niebezpieczne wydarzenie?

SK: No dużo tego miałem. Na szczęście podczas całej mojej dotychczasowej pracy, nie miałem takiego wypadku, gdzie zginąłby człowiek lub ktoś został kaleką. Niecałe dwa lata temu, przez pęknięcie chwytaka, urwał mi się ładunek. Spadła pięciotonowa płyta na końcu wysięgnika żurawia i zmiażdżyła samochód zaparkowany obok budowy. Nikomu się nic nie stało, ale nie pracowałem przez dwa dni najbliższe, bo nie dałem rady. Nie dbają o bezpieczeństwo pracy. Oni mówią, że dbają, ale na budowach jest różnie. Nie ma ludzi, którzy byliby odpowiednio przeszkoleni do pracy. Kierownik po prostu mówi do pracownika: „ładnie wyglądasz, idziesz, będziesz na przykład zapinał materiał”, a on się na tym w ogóle nie zna. No i potem te materiały spadają na ludzi.

Jakie są zalety pracy na budowie jako operator żurawia?

SK: Zalety są takie, że mam piękne widoki. Każdy to powie, kto będzie siedział na tym miejscu. Ponadto jesteś trochę sam sobie kierownikiem. Siedzisz na górze, możesz decydować. W kabinie to dosłownie jestem drugi po Bogu. No nie da się ukryć! [śmiech]. Zawsze jestem nad kierownictwem! [śmiech].

A jest jakaś różnica w pracy na budowie w Polsce a za granicą – na Zachodzie?

SK: Bardzo duża. Za granicą po prostu zauważają tego człowieka, który pracuje, i to, że od niego też jest zależna budowa. Na żurawiu mamy dużą widoczność, wiemy, co się dzieje na budowie, co jest bezpieczne i możemy coś podpowiedzieć. Zagraniczni kierownicy, nieraz nas pytają, co można by poprawić. A nasi panowie i panie w białych kaskach nie reagują na to w ogóle – na nasze relacje, co my widzimy, co mówimy. Oni widzą tylko metry, metry. I terminy. I to jest wszystko.

Wasz wkład nie jest doceniany?

SK: Nie. Jak się nie wykłócimy, nie postawimy sprawy na ostrzu noża, że nie będziemy pracować, bo jest duży wiatr czy mgła, czy nie ma widoczności, no to niestety. A jeżeli się coś nie podoba, to jest wyrzucenie z żurawia, wyrzucenie z budowy. Dlatego powstały te nasze związki. I my, operatorzy, przez to mamy lepiej. Troszeczkę już się nas boją. Ja jestem z Krakowa, jestem przewodniczącym naszej komisji na Kraków. Do mnie dzwonią koledzy z innych budów, z innych żurawi i mówią, że jest coś nie tak. To ja, mówiąc uczciwie, nasyłam na te budowy inspekcje pracy, nadzór budowlany. A nawet policję. Trochę już inaczej z nami rozmawiają.

A jakie ma Pan plany na przyszłość?

Chciałbym dopracować bez wypadku, bez żadnego wypadku, do końca. Na razie w moim kierunku poszedł mój syn. Też pracuje jako operator żurawia wieżowego.

Czyli jest Pan dumny z tej pracy?

SK: Tak, lubię to robić. Naprawdę lubię tę pracę. Jakbym nie lubił, to bym nie pracował tyle lat.

 

Pan Damian. Właściciel małej firmy budowlanej. Jest brygadzistą w swojej grupie, pracuje na budowach.

DM: Pochodzę ze Śląska, pracuję w budownictwie prawie dwadzieścia lat. Głównie zajmuję się z moją ekipą szalunkami – wykonujemy szalowania stropów do budynków. Po naszemu jest to strop, po waszemu można powiedzieć podłoga.

Czy lubi Pan tę pracę?

DM: Jakbym nie lubił, to bym nie pracował. Pracuję od piętnastego roku życia na budowach. Jak poszedłem do szkoły budowlanej, tak do dziś pracuję w budownictwie. To jest coś, co po nas zostaje i to mnie bardzo fascynuje – za pięćdziesiąt lat mogę powiedzieć rodzinie, znajomym, że tu budowałem, tu pracowałem i nadal ten budynek stoi.

A który moment pracy Pan najbardziej lubi?

DM: Śniadanie [śmiech]! Nie no, poważnie mówiąc, to jak wykonuję robotę i wszystko idzie zgodnie z planem. Gorzej, jak są jakieś problemy, które trzeba rozwiązać. Często są momenty, gdy jest zła pogoda – deszcz, mgła, upał. Pracować niestety trzeba czy plus 30 stopni, czy minus 10.

Wasza praca jest szanowana, doceniana?

DM: Nie! Nikt tego nie szanuje. Jestem ze Śląska i tam wszyscy twierdzą, że w kopalniach jest ciężko. No to ja proponuję popracować w budownictwie – jest to równie niebezpieczna praca. Jest dużo wypadków. Im wyżej na budynku, tym jest bardziej niebezpiecznie. No ale staramy się, żeby tych wypadków było jak najmniej. Ważna tu jest praca zespołowa, zaufanie do kolegów. Każdy każdemu musi pomóc, podać, przytrzymać, bo inaczej nie można po prostu wykonać tej pracy.

Co by się musiało stać, żeby Pan się poczuł doceniony?

DM: Za każdą pracę lubię mieć zapłacone. Statystyki mówią, że w 2015 roku 36 procent firm w budownictwie nie otrzymało wynagrodzenia za wykonane usługi. Jest ciężko, bo nieraz człowiek chciałby dołożyć pracownikom, zwiększyć wypłatę, a nie ma z czego, bo jest mnóstwo inwestycji wykonanych, gdzie nie zostało nam zapłacone. Po prostu każą budować, a o pieniądze się nie pytajcie. Jakiś taki przyszedł czas okradania ludzi, zwykłych ludzi. Nie mam firmy na tysiąc osób, zatrudniam tylko parę osób i każda złotówka jest ważna. A niestety czasami ktoś ma kaprys, że „nie dam pieniędzy, bo po co”.

Jakie są największe grzechy popełniane przez budowlańców?

DM: Często niestaranność, niesumienność pracownika. Jeżeli się komuś tłumaczy dziesięć razy jedno i to samo, a później i tak w końcu trzeba poprawić samemu. W budowlance jest dużo ludzi niewykwalifikowanych. Jak kogoś nie chcą nigdzie przyjąć, to przychodzi do budownictwa. Teraz ciężko o kogoś z kwalifikacjami – raczej to są na przykład piekarze i trzeba ich przyuczyć do zawodu. Nie ma już za wiele zawodowych szkół budowlanych. Wiadomo, rodzice tłumaczą dzieciom „Idź, idź, ucz się, a pracować ciężko nie będziesz musiał”. Niestety, większość ludzi ląduje na budowie.

Kto według Pana ma najcięższą pracę na budowie?

DM: Zależy od organizacji pracy, bo jeżeli dobrze ją sobie podzielimy, to nikt nie ma za ciężko. Jeden drugiemu zawsze może pomóc. Najcięższa fizyczna robota to chyba fundamenty w każdej postaci – czy to są żelbety, czy wykopy. Gdy wykonujemy fundamenty i zaczyna padać deszcz, to jest najbardziej przerąbane. Człowiek chodzi od stóp po pachy w błocie uwalony.

A najlżejsza praca na budowie?

DM: Najlżejsza robota to chyba tak zwana robota papierkowa – czyli trzepanie worków po cemencie [śmiech]! Ale poważnie, to nadzór. Bo to jest tylko przychodzenie i patrzenie się, jak ludzie ciężko pracują. To są ludzie do wnikania, a nie do pomocy. Ale tak to już jest na świecie, że ktoś musi pracować ciężej, ktoś musi pilnować, a ktoś musi nadzorować całą robotę.

 Czy częste są kontrole BHP?

DM: Często mamy kontrole BHP, ale takie nasze wewnętrze. Są one jak najbardziej potrzebne, bo jeśli bezpieczeństwo pracy jest dotrzymane, to jest mniej wypadków. Czasami, niestety, jednak się nie uda przypilnować tego wszystkiego.

 A jak to jest z architektem/projektantem na budowie?

DM: Architekt to jest chyba najsłabsze ogniwo w budownictwie. Namaluje, co namaluje, nie skonsultuje, nie wie, jak to ma w praktyce wyglądać i po prostu potem wychodzą takie „szopki”, że nikt nie wie, jak to rozwiązywać. Na przykład ostatnio było tak, że brakowało zbrojenia w fundamentach, a na naszych terenach zbrojenie to jest podstawa. A na końcu odpowiadam za to ja i to ja muszę tego dopilnowywać. Gdyby ten człowiek był na budowie, architekt czy inny projektant, to wtedy by zrozumiał. Ja tam uważam, że jak się czegoś samemu własnymi rękami nie zrobi, chociaż raz, to ciężko to jest narysować. A jak ktoś jest na tej budowie i widzi, to potem dwa razy się zastanowi, zanim narysuje. Tych błędów projektowych jest mnóstwo!

Jak wygląda życie w ciągłej delegacji?

DM: No niestety, trzeba sobie jakoś życie ułożyć, jak człowiek gdzieś non-stop jeździ i buduje. Tu czasem przychodzą do nas na budowę i takie terminy powkładają, że musimy po dwanaście godzin pracować. To co, nikt nie wie, że my też byśmy chcieli po ośmiu godzinach i pięciu dniach do domu jechać? Nie, bo jest termin i ma być zrobiony! Terminy są ustalane z góry, my nie mamy nic do powiedzenia. Czasami mógłby ktoś pomyśleć: „A zróbmy to trzy miesiące później, nic się nie stanie, bo przecież ci ludzie nie będą tak pracować”. To się nie da tysiąca ludzi wrzucić na jedną budowę i ją zrobić. Im więcej ludzi, tym większy burdel i większe niebezpieczeństwo się zaczyna robić. Musi być odpowiednia liczba ludzi, jeżeli jest przekraczana, to się robi bałagan, a nie wykonywana praca

Jak to się stało, że wszyscy tak narzekają w tej budowlance? Jest jakiś główny problem?

DM: Terminy… Jeżeli się nie zrobi jakiejś inwestycji w terminie, to są ogromne kary. Kiedyś, pamiętam, jak pracowałem jeszcze za ucznia, to salę gimnastyczną budował nasz ówczesny szef pięć lat. Teraz taką salę gimnastyczną chcą mieć postawioną w cztery miesiące. To jest ogromne tempo –nie zawsze do wykonania, nawet przy udogodnieniach technologicznych. Jak się startuje w przetargach, to nagle się okazuje, że ktoś chce wybudować szkołę i zakłada kosztorys na pięć milionów. A ktoś to chce wybudować za dwa i pół miliona. Za coś takiego uważam, że powinien przyjść od razu prokurator z pytaniem: „Człowieku, kogo ty chcesz okraść?”. I tu się właśnie zaczyna: firma wykonawcza, pod nią kolejna firma podwykonawcza, trzecia, czwarta… i na końcu wychodzi, że to niestety my, ci, co najwięcej pracują, są najbardziej wykiwani na kasie. To mnie zawsze najbardziej w budownictwie dziwi. Najczęstsze problemy pojawiają się na budowie, kiedy finansowania nie ma. Jak są pieniądze płacone za każde wykonanie roboty, to każdy przychodzi z uśmiechem, bo wie, że swoją wypłatę dostanie. Gorzej jest potem, kiedy dzwonimy: „Jak to z płatnościami? – No, będą”. To już wiemy, ożesz, znowu ten sam problem. I mogę powiedzieć, ludzie, uwierzcie mi, że od sześciu lat to jest nagminne.

Pan jest brygadzistą grupy. Jaki powinien być dobry brygadzista, szef według Pana?

DM: Najważniejsze to umieć się dogadywać z pracownikami, mordy nie drzeć na ludzi – przede wszystkim szanować pracownika. Akurat moja ekipa się bardzo dobrze dogaduje, długie już lata pracujemy razem, no więc nie narzekamy.

A jeżeli Pan mógłby jeszcze raz wybrać zawód, to byłoby to samo?

DM: Tak, to samo, bo to po prostu lubię, uwielbiam i jak najbardziej chcę w tym zawodzie dalej pracować. Przychodzi kolejny budynek, kolejny pomnik i buduje się i patrzy się, czy rośnie, czy jest wszystko ok., to nas cieszy najbardziej.

 

Pan Andrzej. Doświadczony brygadzista w firmie budowlanej.

AD: Mam na imię Andrzej, mam sześćdziesiąt jeden lat, jestem związany z budownictwem od podstawówki. Czterdzieści dwa lata przepracowałem w budownictwie, z czego jestem bardzo zadowolony. Kocham tę pracę.

Dlaczego Pan kocha tę pracę?

AD: No, uwielbiam to robić. Wydaje mi się, że urodziłem się w budowlance. Nie lubię się chwalić, ale wiele powstało dzięki naszej firmie, w której pracuję od początku. Dużo obiektów, małych, dużych, prokuratury, szpitale, kościoły, pojedyncze domki i pawilony handlowe, także jest z czego być dumnym, zadowolonym.

A jak wygląda taki typowy dzień pracy w tym zawodzie?

AD: Jest zróżnicowany. Raz ciężko, raz lekko. Warunki pogodowe są, jakie są. Wymiar godzin jest po osiem, dziewięć. No latem, jak już są terminy, to nie patrzymy na zegarek. Jak wszędzie. To jest kochane budownictwo. Musimy się z tym pogodzić.

Czy ludzie doceniają waszą pracę?

AD: To różnie bywa. Są różne zdania, cóż tu dużo mówić. Ten, co pracuje, to wie, jaki to jest ciężki kawałek chleba. Kiedyś było takie przekonanie, że budowlaniec lubi wypić. Teraz się czasy zmieniły. Bo dzisiaj w budownictwie to i inżynierowie przy łopatach robią. Swego czasu miałem na budowie, magistra, kilka języków znał, skończył studia i sobie wyobraźcie, że przy łopacie pracował, nic innego. I on to robił z takim wdziękiem. Jak już skończył, to przychodził, żeby mu dać coś następnego i też go pytam: dlaczego ty tu pracujesz? Bo ja to kocham, bo ja to kocham…

Jak są Pana najlepsze wspomnienia z pracy?

AD: Najlepsze wspomnienie, jak sięgam pamięcią, to otwarcie naszej kochanej prokuratury w Gdyni, gdzie przez pięć lat żeśmy walczyli przy budowie. Na otwarciu była pani premier Suchocka, cała świta gdańska i tak dalej. Były podziękowania dla nas – nie zapomnę tego do końca życia. Bo to nie chodzi o pieniądze, niekiedy wystarczy te słodkie, ciepłe „dziękuję”. To niekiedy więcej znaczy niż te pieniążki.

A jakby Pan porównał, jak to kiedyś było na budowie, jak teraz? Są jakieś różnice?

AD: Sięgając ładnych parę lat do tyłu, to była inna organizacja. Bo to wiadomo, wszystko było państwowe. Przychodziło się do pracy na te osiem godzin, to, tamto i bach, koniec. Było takie powiedzenie: „Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy”. A teraz trzeba pracować, nikt za darmo ci nic nie da. Jest inna pracy organizacja – jest tych dwudziestu ludzi i trzeba im stworzyć warunki, zadbać o BHP. To jest najważniejsze. I tego pilnuję jak oka w głowie. Choć różnie to bywa na tych budowach, czasami jest bałagan. Ale nie dopuścić do tego, bo to jest podstawa. Człowiek jest najważniejszy. Maszyna nie zastąpi człowieka. I my też z naszej strony staramy się o nich (pracowników) dbać, żeby jakiś kawałek tej premii mieli, zapewniony odpowiedni socjal. Staram się nie gonić, nie cisnąć, bo to nie o to chodzi, żeby go cisnąć. Jest taka zasada, ja ją stosuję: wolniej, ale dokładniej. Tak się więcej zrobi, więcej wykona tej pracy.

Jakie najbardziej niebezpieczne zdarzenie Panu się przytrafiło?

No takie małe potknięcia, urazy, wiadomo, są na porządku dziennym. Ważne, żeby pilnować porządku, zasad BHP. Na budowie, wiadomo, tam deska, tam gwóźdź, wkręt i tak dalej. Trzeba upominać: podnieś, odłóż.

Jakie są Pańskie plany na przyszłość?

AD: Nie planuję już, cóż planować. Niczego mi nie brakuje. Już te parę ładnych lat przepracowałem. Nie narzekam, godziwe pieniądze są, a na emeryturze to zobaczymy, na pewno nie będę siedział.

Jacek, robotnik ogólnobudowalny

 

JSz: Tylko proszę głośno zadawać pytania. Ja mam bardzo dobry wzrok, ale bardzo słaby słuch. Budowa dała o sobie znać. Nigdy nie zabezpieczałem słuchu. Na budowie nie ma takiej opcji. Szef, chce żeby było zrobione jak najtaniej i jak najmniejszym kosztem. To nie jest tak, że ja sobie zażyczę hełm z słuchawkami. Na przykład w kopalniach są związki zawodowe, to oni pilnują pewnych standardów.  Na budowach nie ma czegoś takiego i nie będzie, bo to jest niemożliwe do ogarnięcia. Budowlańcy zostawieni są sami sobie. Nikt nas nie reprezentuje. Budowa to jest jeden wielki wyzysk.

Dlaczego nie ma możliwości założenia związków zawodowych?

JSz: Na budowie robotnicy są bardzo podzieleni. Na przykład my jesteśmy od wentylacji, są chłopaki od hydrauliki, są chłopaki od tynków, fundamentów, od wielu różnych rzeczy. Nie ma możliwości, żeby był ktoś taki, kto by pilnował interesów wszystkich tych grup. Jest wykonawca, pod nim kolejni podwykonawcy, pod nimi kolejny wykonawcy i tak dalej.  Nie ma możliwości, żeby ktoś nad wszystkim zapanował. To zbyt skomplikowane.

Co by Pan zmienił?

JSz: Żeby krócej pracować po prostu. Budowa to jest ostatni chleb. Jeden z najcięższych, jaki może być. W kopalniach ludzie bardzo ciężko pracują, ale później jest budowa. A na tej budowie niestety nie ma nadzoru żadnego. Państwo po prostu to olewa. W strefie bhp sami musimy się pilnować.

Jakie jest Pana najgorsze wspomnienie z pracy?

JSz: Chyba taka ostania sytuacja, najświeższa w pamięci. Kierowca przyjechał z naczepą z piachem. Otworzył klapę, wysypał, a jeden chłopak podszedł sprawdzić, czy wszystko jest wysypane, a ta klapa po prostu urwała mu głowę. To w psychice zostaje. A ile takich wypadków przez życie zobaczysz, jak całe życie pracujesz na budowie?

Co się dzieje, gdy na budowie jest śmiertelny wypadek?
JSz: Przyjeżdża prokurator i kierownik budowy wtedy ma nie najciekawiej. Kilka lat temu pracowałem na budowie, spadłem z rusztowania. Umowę podpisywałem dopiero w szpitalu. Czasami, jak ktoś spadnie, to zakłada mu się szelki, kask, jak nie miał wcześniej, i wtedy dzwoni po pogotowie.

Co jest najważniejsze w pracy na budowie?

JSz: Niektórzy z ludzi nie mają wykształcenia, ale na budowie nie ma z tym problemu, bo każdy przyjmie. Potem wychodzą problemy, bo podczas pracy naprawdę trzeba dużo myśleć. Na każdej budowie występują kolizje, które trzeba jakoś ominąć. Budowa weryfikuje wszystko co na papierze. Nie możemy co chwilę latać do kierownika, który jest głównym prowadzącym, z byle jakim problemem. To jest budowlanka, tu jest taki freestyle po prostu.

Bezpieczeństwo jest też ważne. Ktoś młody to może powiedzieć: „A, co mi tam. Ja tam zrobię to i tamto. Bez tego i owego”. Ale pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Ja się tego nauczyłem na własnej skórze, bo spadłem z pierwszego piętra. Rozpędziłem się, krok za dużo, no i poleciałem z pierwszego piętra w dół. Na budowie człowiek sam musi się pilnować. No nie ma jakiegoś złotego środka, że istnieją przepisy, co cię uchronią od wypadku. No ale przepisy i tak są do czasu, póki termin nie goni.

Czy coś się zmienia/poprawia w warunkach pracy na budowie?

JSz: Na budowie niewiele się zmieniło. Chociaż jest jakiś plus. Starają się, zwłaszcza na większych budowach, żeby człowiek był zarejestrowany, miał jakąś umowę, jakieś badania. Coś się zmienia, ale bardzo powoli.

Czy jest różnica między pracą w Polsce a za granicą?

JSz: Pracowałem kiedyś w Niemczech i jest naprawdę duża różnica. Na wszystko jest czas i pieniądze. Nie ma czegoś takiego, że panowie, szybko, szybko, szybko, gonimy, gonimy, bo coś tam, tylko przychodzi  szef, mówi: jest tak i tak, macie czas na to tyle, na to tyle, spokojnie, powoli, ale macie to wykonać dobrze. I koniec.

Czy czuje Pan, że Pana praca jest szanowana?

JSz: Tak naprawdę, społeczeństwo myśli: ja mam kasę, płacę i wymagam. Także ludzie, którzy wykupują te mieszkania, to nie wiedzą, ile potu ktoś włożył w to – czy to ja się męczyłem, czy kolega. Ogólnie, dla budowlańców nie ma szacunku żadnego.

 

Fair Building – wystawa prezentowana w Pawilonie Polskim  na 15. Międzynarodowej Wystawie Architektury w Wenecji w 2016 roku

kuratorka: Dominika Janicka
współpraca kuratorska: Martyna Janicka, Michał Gdak
autor logotypu: Patryk Hardziej
organizatorzy: Zachęta — Narodowa Galeria Sztuki

Rozmowy, które prezentujemy są zapisem wypowiedzi bohaterów filmów przygotowanych przez autorów wystawy.