Krajobraz

2 [49] 2015

25 | 11 | 2015

Terror terroiru

 

Nagle wszystko stało się dla nas krajobrazem1. Mówimy i piszemy o mentalnych, intelektualnych, kulturowych, medialnych, artystycznych krajobrazach. O pejzażach miejskich, politycznych, ideowych i ideologicznych, kulinarnych, wydawniczych, rozrywkowych i designerskich. O psychicznych, wewnętrznych, książkowych, akademickich. Nasze pragnienie krajobrazu daje możliwość zobaczenia w nim jednej z najbardziej wielowymiarowych metafor współczesności. Czymże nie jest dla nas pejzaż, w czymże nie widzimy pejzażu?

Krajobraz jest skrawkiem krainy i przestrzeni i wydaje się nam, że zdołaliśmy podejrzeć jego właściwości, określamy jego ukształtowanie, ale także spójność i zwartość. Tak wyznaczamy obraz krajobrazu. Kraj wyposażony w antropologiczny „obraz” staje się krajobrazem. Z krajobrazów składamy sobie, układamy sobie kraje, rozpadające się następnie, dzielące się dla nas na obrazy, w których usiłujemy znaleźć schronienie albo wręcz się zadomowić.

Ciekawi mnie i niepokoi nie tyle objętość krajobrazowej metafory (bo tak naprawdę nie wiadomo, co właściwie ona obejmuje), ile jej wszechogarnialność, jej powszechność w naszych czasach, jej wszechobecność oraz – jak się wydaje – jej zdolność do anektowania coraz to nowych, dziwniejszych i bardziej zaskakujących regionów znaczenia. Powstają więc efekty semantyczne, które – zdaje się – urzekają nas i nawet zadowalają. Coś musi tutaj być takiego, coś musi jednak tutaj być. Co takiego daje nam metafora krajobrazu, czego nic poza nią nam nie daje, do czego otwiera dostęp, co odsłania, co umożliwia? Dlaczego jest w nas tak głęboka potrzeba myślenia krajobrazami, przedstawienia sobie krajobrazami, konceptualizacji krajobrazami. Co takiego ujawnia o naszym stanie i statusie?

Czyżby rzecz polegała tylko na tym, że w metaforze „pejzażu” brakuje oczywistej i widocznej hierarchii, że synchronia ma tutaj wyraźną przewagę nad diachronią, syntagmatyka nad paradygmatyką? Czy też właśnie „krajobraz” jest tym, na co nas jeszcze stać. Być może na więcej już nie mamy ani siły, ani odwagi. Brak nam już siły nawet na paradygmatyczne utrzymanie „kraju”, co dopiero „świata”. Byłoby nam na rękę, byłoby miło, gdyby świat zarówno rozpadał się na krajobrazy, jak i składał się z nich, mógłby w razie potrzeby szybko się złożyć, z ich nanizania, przylegania, przesuwania, alternacji – i nakładania na siebie.

Czyżby rzecz polegała tylko na przewadze, jaką daje syntagmatyka, syntagmatyczny sposób przeżywania świata: odmowa hierarchii, płynność przejść, sama płynność jako taka, tranzytywność, dyspozytywność topiki? Przecież między krajobrazami niby nie ma granic, a jednak one są – wprawdzie w wyobraźni, lecz wytrwale, w przeciwnym razie krajobrazy nie byłyby krajobrazami. Właśnie ta ambiwalencja jest ciekawa: rozgraniczenie bez granic, umiejętność przeprowadzenia odgraniczeń nie za pomocą twardych krzywików, lecz miękkich – umiejętność zmiennego i płynnego określenia tego, co jest czym i gdzie co jest.

Elementy przyrody – dźwięki, grupy – słowa, krajobrazy – zdania, świat – język. Ale krajobrazy to także spójne teksty, to zdolność historii, potencjalność opowieści. To w ogóle niepozbawiony diachronii świat. Krajobrazy tylko na pierwszy rzut oka są pozbawione paradygmatyki. Myślenie krajobrazami zakłada syntagmatykę świata, ale także możliwość rzetelnej wewnętrznej paradygmatyki samego wyodrębnionego krajobrazu. Być może rzecz nie polega tylko na syntagmatyce, lecz także na pragmatyce. Pragniemy nie tylko płynności i przejść, lecz także wyodrębnienia i „przebywania/przebywań”. W tym sensie krajobraz jest doskonałym konstruktem.

Ale nawet akt „pejzażowania” wymaga większej siły konceptualnej, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka. Krajobrazy najczęściej mają dużo fałd, są całe pofałdowane – dlatego są złożone. Pomiędzy te fałdy my wkładamy swoje zakładki, i tych zakładek jest coraz więcej, krajobrazy obrastają zakładkami, zakładki sterczą z fałd krajobrazów i trzepoczą na wiatrach i w przeciągach interpretacji.

Język składa się ze zdań, z ciągu spójnych zdań – świat składa się z ciągu krajobrazów. To już nie przyroda – to właśnie świat. Świat życia, niedający się pomyśleć bez krajobrazu; jego podłoże, naturalny skrawek, skiba, na której wszystko się odbywa.

Wiara w to, że świat składa się ze znaczeń, układa się w znaczenia, że jest zbiorem znaczeń, podczas gdy krajobrazy są ich kwintesencjami i reprezentantami. Biblioteka krajobrazów tworzy encyklopedię uniwersalnych, ale niepowtarzalnych, indywidualnych znaczeń.

Pragniemy myśleć krajobrazami, odczuwać krajobrazami, tworzyć krajobrazami – i tworzyć krajobrazy. I dlatego my je sobie wytwarzamy, odtwarzamy je dla innych, godzimy się na te już gotowe, wdzięcznie w nich przebieramy.

Idealnie by było, gdyby historyczne prowincje w całości, bez reszty, bez luk i szczelin nakładały się na krajobrazy, pokrywały się z nimi – zwartymi, swoistymi, niepowtarzalnymi.

Coraz częściej wyobrażamy sobie Europę nie jako różaniec sąsiadujących z sobą państw, nie jako ciąg krain, lecz jako zespół krajów. Ale krajów w sensie krain. Zespół, konglomerat krajobrazów. Aragonia i Akwitania, Aargau i Brandenburgia, i Burgenland, Burgundia i Bawaria, Baskonia i Bohemia, Brabancja i Bretania, Valois, Wołyń i Walonia, Walia i Warmia, Waldviertel i Weinviertel, Galicja i Gaskonia, Huculszczyzna i Holsztyn, Katalonia, Kastylia, Karyntia, Kurlandia, Łużyce i Langwedocja, Mühlviertel i Mostviertel, Mazury i Morawy, Normandia i Nassau, Połtawszczyzna, Prowansja i Prusy, Piemont, Palatynat i Pomorze, Podole i Polesie, Salzkammergut i Sudety, Saksonia i Sycylia, Spisz, Toskania i Turenia, Flandria, Frankonia i Franche-Comté, Szampania i Styria. Pragniemy, by regiony – historyczny czy kulturowy – były tożsame z pejzażem, nakładały się na pejzaż, pokrywały się z nim i nim zakrywały. Marzymy o tożsamości krajobrazu z regionem, regionu z prowincją, prowincji z proweniencją, proweniencji z obediencją, obediencji z obrzędem, obrzędu z narzędziem, narzędzia z narodem, narodu z rodem, rodu z przyrodą, przyrody z naturą, natury z kulturą. Rytuału z ceremonią, ceremonii z patrymonium.

Krajobrazy są jak ludzie. Niekiedy u nas też wkrada się podejrzenie, że one nie są takie niepowtarzalne, ale od razu je odsuwamy, wmawiamy sobie, że tak nie jest, a jednak odkrywamy ową niepowtarzalność. Wyobrażenie o powtarzalności, ba!, nawet o podobieństwie krajobrazów, trudno wytrzymać. Krajobraz powinien być przytułkiem niepowtarzalności, choćby nawet ostatnim. Z tego powodu bliskie są sobie wizualizacje krajobrazu jako skutku „Tworzenia” i „duszy” krajobrazu – dwaj gwaranci i dwie gwarancje jego niepowtarzalności. Może być „człowiek bez właściwości”, ale „krajobrazu bez właściwości” nie ma. Jego po prostu nie może być, bo my wytwarzamy je w ogóle tylko dla utrzymania właściwości w jakimś miejscu, dla przywiązania, dla lokalizacji, żeby było, gdzie je pomieścić. Krajobraz musi być „typowy”, „charakterystyczny”, inaczej nie spełnia oczekiwań i nie daje obietnic. Powinien być niepowtarzalny, w przeciwnym razie zupełnie zawiedzie – nie tyle oczekiwania, ile swoje przeznaczenie i rację istnienia.

Otóż krajobraz jest potrzebą obrysowania, określenia i określoności, roz- i odgraniczoności – i równocześnie otwartości, jest potrzebą zarazem osobności i płynności.

Przewaga i zaleta takiego stanu rzeczy polega na tym, że ten czy inny przymiot można uczynić aktywnym, uruchomić w zależności od okoliczności: jeśli jest poczucie bezpieczeństwa – otwartość, w wypadku zagrożenia – osobność.

Właśnie tak, przy okazji, działa Unia Europejska. To jest jej najgłębsza istota.