Planowanie

1 [56] 2017

15 | 04 | 2017

Tarcza wielu możliwości

Z Krzysztofem Nawratkiem, urbanistą, architektem i nauczycielem akademickim z Sheffield University rozmawia Dorota Leśniak-Rychlak


Dorota Leśniak-Rychlak: Czym jest planowanie? Jak byś sformułował definicję tego procesu? I od razu zapytam też, o relację między teorią a praktyką. Rzeczywistość urbanistyczna a teoria urbanistyczna, w jakim paradygmacie planowania teraz jesteśmy?

Krzysztof Nawratek: Planowanie to próba zmierzenia się z nieznaną przyszłością. Próba jej oswojenia, najczęściej w postaci ekstrapolacji istniejących tu i teraz trendów, czasem z próbą „zaklęcia” tej przyszłości w pożądane formy. Pytanie o teorie urbanistyczne jest trudne, bo w zasadzie ciężko powiedzieć, czym jest, albo raczej czym nie jest – niemal wszystko, co dzieje się w mieście, dostaje oznacznik „miejski”, wiec mamy miejską geografię, miejską socjologię, miejską ekonomię. Teoria urbanistyczna jest – mówiąc pół żartem – każdą teorią, która w jakimkolwiek stopniu opisuje to, co dzieje się w mieście. Czy istnieją fenomeny, które są jedynie miejskie, i nie mogą być użyte do tego, by wychodzić w bardziej uniwersalne rejestry – pozostawiłbym jako pytanie otwarte.

Co do obowiązującego paradygmatu planowania – nie jestem praktykującym planistą, więc nie jestem prawdopodobnie najlepszą osobą, by o tym mówić, ale patrząc trochę z zewnątrz, okiem najpierw praktykującego architekta i urbanisty (urban design), a potem akademika, powiedziałbym, że planowanie przestrzenne jest w ciężkim kryzysie od dłuższego czasu. Nie tylko w Polsce, rozwiązanie Izb Urbanistów widziałbym w szerszym kontekście utraty legitymizacji zawodu. Nie bardzo więc wiadomo, po co są urbaniści i komu służą. Z jednej strony mamy tradycję participatory planning, która dziś ujawnia się wśród planistów działających na obrzeżach ruchów miejskich – zarówno tych formalnie zatrudnionych w pracowniach czy w miastach, jak i tych działających trochę na zewnątrz (ale nie do końca) systemu (jak fundacja Napraw Sobie Miasto). Ja na swoje potrzeby mówię też o paradygmacie modernistycznym – projektowaniu przyszłości jako lepszej teraźniejszości; paradygmacie postmodernistycznym – projektowaniu przyszłości jako lepszej przeszłości i paradygmacie post-postmodernistycznym (głównie związanym z ideą smart city) jako o powstrzymywaniu przyszłości poprzez kontrolowanie teraźniejszości.

DLR: Chciałabym chwilę zatrzymać się przy tym ostatnim (do partycypacyjnego planowania jeszcze powrócimy). Przeczytałam u ciebie ważne zdanie: „Współczesne planowanie flirtuje z big data i koncepcjami smart city – próbuje kontrolować teraźniejszość, by zaplanować przyszłość”. Te teorie zyskują ogromną popularność w Polsce, są też napędzane przez korporacje sprzedające poszczególne smart technologie. W jaki sposób można wprowadzać krytyczny element do dyskusji na temat smart city? Czy też należy je porzucić jako manifestacje systemu neoliberalnego?

KN: Jestem bardzo sceptyczny jeśli chodzi o możliwości krytycznego wykorzystania (przejęcia) idei smart city w wersji proponowanej przez IBM… Mam też fundamentalny problem, o którym wspomniałem powyżej – flirt z big data raczej zamyka niż otwiera przyszłość. Również dlatego, że big data wprowadza radykalną zmianą w uprawianiu nauki – nie tylko usuwa znaczenie małych próbek i badań jakościowych (zostawmy na chwilę kwestie, na ile rozróżnienie na badania jakościowe i ilościowe ma sens), ale przede wszystkim kwestionuje potrzebę konceptualizacji, potrzebę istnienia jakiejkolwiek teorii. Big data stwarza pokusę niemal dowolnego układania danych w różnorodne narracje. To jest jednak moment, w którym potencjalnie może pojawić się element transgresji (wydaje mi się, że Paweł Jaworski idzie w swych działaniach w tym kierunku – mówię o wystawie w Katowicach i nowej wystawie w Muzeum Warszawy), gdy nie tworzymy teorii, ale tworzymy opowieści. Dla mnie to jednak brzmi dość postmodernistycznie, więc nie jestem przekonany, że to jest kierunek, w którym powinniśmy iść…

DLR: Projektowanie partycypacyjne stało się ważnym postulatem między innymi ruchów miejskich, równocześnie, jak piszesz, jest to odpowiedź na brak legitymizacji neoliberalnego planowania. Uczestnictwo jest łatwo przechwytywane przez logikę rynku i służy często z jednej strony właśnie uzasadnieniu niepopularnych decyzji władz, a z drugiej bywa już wykorzystywane po prostu jako narzędzie marketingowe. Autentyczne uczestnictwo jest zbyt sfragmentaryzowane, by stawić czoła narracji kapitalistycznej. Co zatem należy z nim zrobić?

KN: Myślę, że dotknęłaś sedna sprawy – tego, że projektowanie partycypacyjne jest zbyt fragmentaryczne, by stanowić jakąkolwiek przeciwwagę dla rynkowych spekulacji. Z drugiej jednak strony, jest to malutki wyłom w systemie, dający (albo mogący dawać) ludziom poczucie sprawczości. Myślę, że warto bardzo bacznie obserwować dwa miasta, gdzie rządzą ludzie jakoś tam kojarzeni z ruchami miejskimi i etosem partycypacji – myślę oczywiście o Gorzowie i o Słupsku. Moja intuicja bowiem jest taka, że (za przykładem Kurytyby i Jaime Lernera) pewna „rama instytucjonalna” na poziomie miasta, jeśli zostaje sprzęgnięta z oddolnymi działaniami, może dać dobre rezultaty. Taki był początkowo pomysł na Łódź, ale wygląda na to, że stare struktury tam zwyciężyły i choć miało być dobrze, jest dziś jak zawsze bywało.

DLR: Wróćmy jeszcze do opisu stanu, w którym jesteśmy. Mamy kryzys planowania globalnie – urbanistyka jest sprowadzona do roli facylitatora przepływu kapitału. Propozycje, które się pojawiły z rejestru urbanistyki taktycznej, wydają się zaledwie próbą hakowania neoliberalnego systemu. Jakie widzisz możliwości wprowadzania innej logiki na poziomie bardziej ogólnym, choćby skali miasta, wobec wszechogarnialności kapitalizmu (nawet w wersji zombie)?

KN: Od pewnego czasu interesuje mnie perspektywa postsekularna w radykalnej wersji, czyli takiej, która w zasadzie kwestionuje założenie, że kiedykolwiek byliśmy rzeczywiście w świecie świeckiego społeczeństwa. Oczywiście w polskim kontekście, takie zainteresowania są podejrzane i lokują mnie potencjalnie po stronie jakiejś kleroprawicy. Nic bardziej błędnego. Ja wychodzę od obserwacji, że miasta o silnym elemencie religii w polityce, takie jak Dubai, Kuala Lumpur czy Teheran, niczym się nie różnią w mechanizmach rozwoju od miast, gdzie religia nie ma znaczenia. Teheran jest szczególnie interesujący, bo islamski rząd realizuje założenia planistyczne z lat 60. XX wieku, sformułowane przed rewolucją, żeby było śmieszniej – przez amerykańskich planistów. Religia działa więc jako stabilizator lub/i jako proteza. Tym, co mnie interesuje, jest pytanie znacznie bardziej fundamentalne – pytanie o nieznane. Rudolf Otto w swej pracy o świętości (z 1912 roku) wskazał relację pomiędzy człowiekiem a Absolutnie Nieznanym jako fundament każdej religii. Religia po prostu próbuje owo przerażenie ze spotkania z Nieznanym zmniejszyć, a Nieznanego oswoić. Ów Nieznany czai się również w przyszłości – tu jest moment, w którym doświadczenie religijne spotyka się z planowaniem przestrzennym. Z tej perspektywy moja wizja planowania jest w gruncie rzeczy odrzuceniem wszystkich wspomnianych wcześniej paradygmatów, które starają się przed przyszłością uciekać. Ja proponuję, by się z nią zmierzyć, by zradykalizować miejskie prototypowanie, by nie tyle planować miasta, a je tworzyć; by wytworzyć „tarczę wielu możliwości”. Żeby to się jednak udało, punkt ciężkości musiałby zostać przesunięty na rozumienie i analizę skutków, jakie owo eksperymentowanie przynosi. Tu byłoby więc miejsce na smart city i big data jako elementy „feedbacku”, jaki otrzymujemy. Musimy też wiedzieć, czego chcemy od przyszłości. Musi istnieć etyczny fundament tego, co robimy. Kiedyś to brzmiałoby banalnie, ale dziś, w świecie, w którym ksenofobia wróciła do głównego nurtu polityki, w którym kwestionowanie równego statusu wobec prawa staje się uprawnioną narracją, przypominanie etycznego, uniwersalistycznego fundamentu jest absolutnie kluczowe. Mówiąc wprost – ustalmy etyczny cel naszych działań, na przykład: chcemy miasta, w którym wszyscy jego mieszkańcy mogliby wieść dobre życie, i eksperymentujmy z różnymi rozwiązaniami, które mogą nas do tego celu przybliżać. Zamiast planowania, skupmy się na analizie i dyskusji skutków. Planiści powinni działać z jednej strony jak dzieci, które nie wiedzą, że tak nie można, a z drugiej strony jak strażacy, którzy zapobiegają pożarom, albo je gaszą, gdy już wybuchną.