Niesamowitość

4 [47] 2014

11 | 09 | 2015

Strażnik Wieży

Na wielką Wieżę strumieniami spada deszcz. Woda spływa po dachówkach i rynnach, bulgocze w kanałach, gubi się w pienistych wirach hen po gargulcach aż do studni, które otwierają się w stromych fundamentach. Ze swojego niewielkiego okna nadaremnie wpatruję się w tę ogromną, mglistą pustkę, w której błyszczą srebrzyste, grube sznury deszczu. Zresztą powietrze jest prawie zawsze przyćmione i nawet w pogodne dni z tych przyprawiających o zawrót głowy wyżyn rzadko kiedy widać falistą równinę, na której wznosi się Wieża.

Czasami jednak z Zachodu zrywa się porywisty wiatr, syczy wśród łuków i strzelistych pinakli, potrząsa bramami i witrażami, uderza w nasypy. Rozpościerają się odrętwiałe chorągwie, wielkie kamienne i skórzane harfy wibrują jak wieszcze serca i cała Wieża napełnia się pracowitym szumem. Na tle błękitnego nieba odcinają się niezmiernie odległe góry, słońce głaszcze strome boki Wieży, pozłacając jej mury i urwiste skarpy, a jej wielki cień rozciąga się po równinie – potężny, posępny i zagadkowy. Wszyscy wyglądają wtedy z okien, wychodzą na tarasy i balkony, zaludniają galerie i belwedery i długo, w pełnym wzruszenia milczeniu, przyglądają się cieniowi, pokazują sobie nawzajem jego domniemane szczegóły, próbują ustalić, gdzie i jak oddziela się od fundamentów wieży, której jest zarazem świadectwem i podobizną.

Ja jestem jednym z czternastu Strażników Wieży i spędziłem większą część swego życia, obserwując ją, eksplorując jej zakamarki, przemierzając jej schody i korytarze. Ilekroć jednak wyglądam na jeden z głębokich dziedzińców wewnętrznych lub zatrzymuję się w jednym z wielobarwnych ogrodów wbudowanych pomiędzy wysokie mury, jej złożona i potężna struktura zdumiewa mnie, jakbym ją widział po raz pierwszy. Któż potrafi pojąć Wieżę – obraz jej, skończony i przejrzysty jak kropla rosy, zawrzeć w swoim sercu?

Odchodzę od okna, sięgam po łuk i kołczan pełen strzał, rozglądam się po komnacie, sprawdzam, czy w mojej sakwie są chleb, lont i krzesiwo, i ruszam na poranną inspekcję. Moim zadaniem jest chronić Wieżę przed ruiną, która z powodu wieku i samych rozmiarów ustawicznie jej zagraża. Wielkimi ogniskami muszę oznajmiać każde pęknięcie, każde tąpnięcie, każde obsunięcie. Niezwłocznie nadchodzą wtedy załogi robotników, murarzy, cieśli i kuśnierzy, którzy – pod nieugiętym nadzorem niektórych z naszych Mędrców – naprawiają, przybijają, reperują i odnawiają. Konserwacja Wieży jest trudnym i męczącym zadaniem, gdyż niektóre jej części, zrobione z drzewa, skóry i materiału, szybko niszczeją pod naporem wiatrów, deszczów i częstych trzęsień ziemi, które podważają budowlę u samych podstaw.

Z lekkiego podestu, na który wychodzą moje drzwi, kieruję się w prawo i po kamiennych schodkach zaczynam wchodzić wzdłuż ściany bez okien, pnącej się w niebo i jednolitej jak skała. Po lewej otwiera się otchłań, do której z długimi westchnieniami wpadają strumienie i małe wodospady deszczówki; dalej za nią nasyp dręczony lizenami, belkowaniami, kapitelami zatopionymi w ścianę – zawiła, niemal czarodziejska mozaika stylów i nachodzących na siebie architektonicznych inkrustacji. Stopnie są mokre, tu i ówdzie zielone od mchu; muszę uważać, żeby się nie poślizgnąć. Gdy wchodzę, powoli roztacza się przed moimi oczyma rozległa i wielowarstwowa panorama tej olbrzymiej budowli i jak zwykle zadaję sobie pytania, na które nie ma odpowiedzi: Kto zbudował Wieżę? I dlaczego? Czy prawdziwa jest legenda wielkich Mistrzów? Funkcja i znaczenie niektórych części Wieży już nam umykają, ba – cała ona jest dla nas tajemnicą z kamienia i kryształu, stanowi wyzwanie dla naszego zrozumienia.

Wystarczy jedno niepokojące pytanie, by zaprzątać noce, które nam zostały do śmierci: Dlaczego nie możemy wyjść z Wieży? Jakiż to milczący i nieugięty zakaz zabrania nam schodzić aż do jej kamiennych skarp, wychodzić na niezmierzoną równinę, z kołaczącym sercem spacerować długo wśród kamieni i zarośli i odwrócić się wreszcie, by móc ją obserwować z oddali – to nasze miejsce zamieszkania; by zyskać nareszcie pewność, że ona rzeczywiście wznosi się pośrodku rozległego płaskowyżu; by móc się zachwycać jej kształtem, będącym już przedmiotem tylu roztrząsań i domniemywań, i jej kolorem? Ci, którzy podjęli próbę i zapuścili się w głuche korytarze, po stromych schodkach, po śliskich kanałach, zawrócili zlęknieni, opowiadając o jaskiniach, o niezmierzonych studniach, o głośnym kapaniu kropel w pokrętnych wnętrznościach kamienia…