Narracje architektury dwudziestolecia

3 [62] 2018

05 | 02 | 2019

PRZYSZŁOŚĆ BĘDZIE INNA

Zacofanie, nierówności ekonomiczne, klęska mieszkaniowa, ogromny problem bezdomności (także wśród dzieci) – to wszystko składa się na obraz pozaborowej Polski. Sytuacja odbudowywania zarówno państwowości po ponad wieku niebytu na politycznej mapie świata, jak i tożsamości podzielonego dotąd zaborami i rozwarstwionego społeczeństwa stanowiła jednocześnie szczególnie podatny grunt dla narodzin modernizacyjnych idei społecznych.

W publikowanych fragmentach tekstów, pochodzących w większości z okresu międzywojnia, odczytujemy kluczowe dla nowoczesnego społeczeństwa postulaty, jak równouprawnienie płci i emancypacja słabszych grup społecznych. Formułowane przez ich autorów koncepcje miały służyć integracji społeczeństwa, niwelowaniu podziałów i nierówności społecznych. Maria Orsetti w swoim manifeście podkreślała wagę świadomego i aktywnego udziału kobiet w ruchu spółdzielczym i wskazywała na ich fundamentalną rolę w procesie modernizacji. Szczególne miejsce w modernistycznym projekcie lepszego społeczeństwa zajmowały również dzieci. Dostrzeżenie ich autonomii i podmiotowości za sprawą postępowych koncepcji pedagogicznych (m.in. zaprezentowanych w tekstach Janusza Korczaka) to jeden z istotnych aspektów przemian społecznych okresu dwudziestolecia międzywojennego.

Nowoczesną organizację życia społecznego postulował w swoich tekstach między innymi Teodor Toeplitz, utożsamiając ją z rozwojem ruchu spółdzielczego. Zarówno on, jak i przywołani przez wybrane teksty architekci, Helena i Szymon Syrkusowie czy Barbara Brukalska, podnosili kwestie poprawy warunków życia za sprawą dobrze urządzonej przestrzeni życiowej – w skali makro (miasto i osiedle), i mikro (mieszkanie). W modernistycznych projektach osiedli społecznych odnajdujemy zalążki myślenia ekologicznego (za przykład służy tu działający na żoliborskim WSM-ie „pensjonat” dla roślin). Warto też zwrócić uwagę na chętnie stosowane już w latach 30. bardzo współczesne praktyki architektoniczne oparte na partycypacji społecznej (ankiety przeprowadzane wśród mieszkańców Rakowca).

Na różne aspekty dynamicznych przemian społeczno-obyczajowych zachodzących w okresie dwudziestolecia międzywojennego zwraca uwagę wystawa Przyszłość będzie inna. Wizje i praktyki modernizacji społecznych po roku 1918 prezentowana w Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki od 24 lutego do 27 maja tego roku oraz towarzysząca jej publikacja.

Prezentując przykłady aktywności kobiet na gruncie architektury, architektury wnętrz, a także fotografii i filmu, zapomnianej działalności teatrów robotniczych i ludowych czy też pionierskich projektów dla dzieci, wystawa Przyszłość będzie inna pokazała dwudziestolecie międzywojenne w dużej mierze poprzez historię „słabych” i ich emancypację. Zwracała uwagę na rodzące się wówczas wartościowe idee społeczne, nośne i aktualne również obecnie.

 

 

Spółdzielczość – nowa organizacja życia społecznego

Początki nowoczesnej spółdzielczości w Polsce przypadają na okres zaborów, jednak nowe realia związane z odzyskaniem niepodległości przyczyniły się do jej rozkwitu na ogromną skalę. Ten bezprecedensowy rozwój możliwy był nie tylko dzięki sile oddolnych inicjatyw, ale i za sprawą postępowego ustawodawstwa (ustawa o spółdzielniach z 1920 r., uważana za najnowocześniejszą w tamtych latach w Europie). W roku 1937 w Polsce działało prawie 10 tysięcy spółdzielni (spożywczych, rolno-handlowych, mleczarskich, kredytowych, mieszkaniowych), z 3 milionami członków. Spółdzielczość rozumiana jako nowoczesna koncepcja organizacji życia społecznego obejmowała wszystkie jego dziedziny: edukację, kulturę, sport, handel, czas wolny (w tym turystykę), działalność polityczną. Tworzyła „podwaliny nowego ładu i wychowywała dla tego ładu nowego człowieka” (Stanisław Tołwiński), a jednocześnie stała się drogą emancypacji różnych grup społecznych: zarówno kobiet (działalność Marii Orsetti i Ligi Kooperatystek) i dzieci, jak i mniejszości narodowych.

Teodor Toeplitz, Znaczenie spółdzielczego budownictwa mieszkaniowego, 1931 [fragmenty][1]

Podniesienie kultury mieszkaniowej idzie dwiema drogami. Przedewszystkiem [sic!] przez udostępnienie szerokim warstwom ludności wszystkich tych udogodnień, które dotychczas istniały tylko dla ludzi zamożnych. Do nich należą: przeprowadzenie światła elektrycznego, zastosowanie gazu jako opału dla kuchni, urządzenia ułatwiające usunięcie śmieci, umożliwienie korzystania z kąpieli, bądź w każdem mieszkaniu, bądź przez urządzenie kąpielowe dla określonych grup mieszkaniowych, woda bieżąca zimna ew[en]t[ua]l[nie] i gorąca w każdem mieszkaniu, możność użytkowania wody gorącej w odpowiednio urządzonych pralniach, wreszcie ogrzewanie centralne, które w tak wybitnym stopniu zmniejsza trud opalania mieszkań, a jednocześnie ułatwia utrzymanie ich w czystości.  

Wszystkie te urządzenia są stosowane niezawsze i niewszędzie. Nie ma jednakże budownictwa społecznego, któreby niektórych z nich, a często wielu nie stosowało. Wszędzie zaś znajdujemy bezwzględnie zadosyćuczynienie tak ważnemu ze względu higieny postulatowi oddzielnego ustępu w każdym mieszkaniu. Nieomal powszechnem jest także przeprowadzenie zasady dwustronnego przewietrzania każdego, nawet najmniejszego mieszkania. Możność otwierania dwóch okien na przestrzał jest może tą cechą, która najbardziej odróżnia budownictwo, które się stosuje do potrzeb zdrowotnych mieszkańca, od oficynowych mieszkań domów czynszowych, których otwarte okna, wychodzące na ciasne podwórko, pozwalały najwyżej na wymianę złego powietrza dwóch naprzeciwko siebie położonych mieszkań.

W trosce o ułatwienie życia i pracy mieszkańcom budowanych dla nich domów budownictwo społeczne zajęło się także w sposób bardzo intensywny zagadnieniem racjonalizacji pracy domowej.

Oprócz wspomnianych już urządzeń centralnych dało to szereg bardzo ciekawych rozwiązań budowy i urządzenia kuchni jako miejsca, w którem się koncentruje główna praca domowa. W wielu miastach, z Frankfurtem nad Menem na czele, każde mieszkanie zaopatrzone jest we wszystkie sprzęty kuchenne, dostosowane do budowy kuchni i pozwalające na znaczne oszczędności w jej wymiarach.

Samo udostępnienie urządzeń kulturalnych ludności nie wystarcza dla podniesienia kultury mieszkaniowej. Trzeba przyznać, iż znaczna część osób, która się znajduje w nowych warunkach mieszkaniowych, odbiegających w znacznym stopniu od dotychczasowych, musi być dopiero w odpowiedni sposób nauczona i pokierowana, aby poziom ich kultury mieszkaniowej podniósł się istotnie.

Nie wystarcza posiadać właściwe urządzenie, trzeba umieć użytkować je w odpowiedni sposób. Nauczyć tego może tylko budownictwo społeczne. Konieczne są w tym celu szczegółowe regulaminy i instrukcje, wyraźne nakazy, rzeczywista kontrola nad sposobem wykonywania regulaminów i spełniania nakazów i niestety, sankcje karne w razie rażących odstępstw od prawidłowego sposobu użytkowania mieszkań.

(…)

Niezależnie od tego, czy mieszkania te znajdują się w wielkich domach zbiorowych, czy w osiedlach małych domków jednorodzinnych, wszędzie istnieje i coraz się powiększa ilość tych pomieszczeń, które powstają dla zadośćuczynienia tym wspólnym potrzebom. Sale zebrań czy klubowe, czytelnie i bibljoteki, żłobki dla małych dzieci, przedszkola dla większych, cały szereg wspomnianych już urządzeń o charakterze technicznym (pralnie, kąpiele, ogrzewanie itp.), wszystko to wymaga planowości w zadośćuczynieniu tym potrzebom.

Planowość ta jest konieczna zarówno przy projektowaniu osiedli, jak i przy organizowaniu w nich życia.

Organizacja życia w nowych osiedlach wymaga radykalnej zmiany stosunku mieszkańców do zamieszkiwanej przez nich nieruchomości i z swej strony do tej zmiany się przyczynia.

(…)

Czyż zaprawdę nie jesteśmy świadkami powstawania nowych form współżycia ludzkiego, które zawdzięczamy całkowicie budownictwu nieobliczonemu na zysk, budownictwu, które mając na celu jedynie zaspakajanie potrzeb lokatorów, nie może tego czynić bez ich udziału i pomocy?

A pomoc wzajemna, okazywana w tych nowych osiedlach, czyż to nie początek wymarzonych przez Edwarda Abramowskiego Związków Przyjaźni?

„Pomoc wzajemna, rozszerzona na wszystkie wypadki życia i wykonywana w małych grupach ludzi znających się osobiście”*. „Związek, w którym nie powinno być żadnego biurokratyzmu… czysty typ związku ludzi dobrej woli, czyniących dobro bezinteresownie, nie jak urzędnicy towarzystw dobroczynnych, lecz tak jak pomagają przyjaciele”**.

Społeczne budownictwo mieszkaniowe znajduje się ledwie w zaczątkach, ale dziś już są nam widne wszystkie tające się w niem możliwości oraz znaczenie, jakie mieć ono może dla przekształcenia życia ludności osiedli miejskich.

 

Stanisław Tołwiński, Bogactwo form spółdzielczego ruchu mieszkaniowego, 1936 [fragmenty][2]

 

Celem ruchu spółdzielczego jest zaspokajanie potrzeb drogą pomocy wzajemnej zrzeszonych obywateli. Różnorodność potrzeb powoduje różnorodność form organizacyjnych ich zaspokajania.

(…)

Na wyprodukowaniu domów mieszkalnych nie kończy się, ale właściwie dopiero zaczyna, teren spółdzielczego zaspakajania swoistej potrzeby mieszkaniowej. Spółdzielnie mieszkaniowe typu W. S. M. (Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa) nie tylko budują domy i osiedla mieszkalne, ale prowadzą administrację tych osiedli i organizują zaspakajanie wszystkich potrzeb związanych z użytkowaniem dostarczonego członkowi i jego rodzinie mieszkania. Rozwój więzi społecznej wśród mieszkańców, opartej na zasadzie pomocy wzajemnej, robi tutaj szybkie i rozległe postępy. Nie tylko administracja i utrzymanie w porządku budynków, dziedzińców i mieszkań oraz ułatwianie lokatorom zaopatrywania się w artykuły spożywcze zadzieżga [sic!] trwały związek ze spółdzielczością spożywców. Rosnące potrzeby kulturalne pociągają konieczność dostarczenia na ten cel odpowiednich lokali. Tak samo potrzeby związane z reformą gospodarstwa domowego popychają do budowy i organizowania wspólnych urządzeń gospodarczych, oraz do współdziałania z powstającemi w tym celu spółdzielniami spożywczo-wytwórczemi jak np. pralnie spółdzielcze. Wreszcie w interesie spółdzielni mieszkaniowej leży zapewnienie czy podniesienie wypłacalności lokatorów przez organizację pomocy wzajemnej, celowego, na zasadach spółdzielczych opartego, ubezpieczenia lokatorskiego.

(…)

Mieszkaniem można nie tylko „zabić człowieka jak siekierą”. Na mieszkaniu oprzeć można również rozbudowę więzi społecznej, podnoszącej na wysoki poziom kulturę obyczajową całego społeczeństwa pracującego, odpowiedzialność i sumienność, stworzenie warunków sprzyjających nieograniczonej możliwości rozwoju zdolności i pracy twórczej człowieka.

 

Maria Orsetti, Referat na Zjeździe Założycielskim Ligi Kooperatystek w Polsce, 1935 [fragmenty][3]

Pierwszym (…) warunkiem ruchu, który, jak spółdzielczość, opiera się na dobrowolnym współdziałaniu i poddany jest w całej pełni zasadzie solidaryzmu, tj. uzależnienia pomyślności całości od wartości części składowych, jest budzenie świadomej postawy swych członków w sprawach społeczno-gospodarczych.

Jasne jest, że jakiekolwiek przedsięwzięcie społeczne mające ogarnąć masy, skazane jest z góry na niepowodzenie, jeśli nie obejmuje kobiet, które stanowią z górą połowę ludności (w Polsce przeszło 51%). A tym bardziej stosuje się to do ruchu gospodarczego, który podchodzi do reformy tego życia od strony organizowania spożycia, jako koniecznego warunku dostosowania wytwarzania do potrzeb społeczeństwa, przynajmniej w zakresie artykułów pierwszej potrzeby, oraz do uczynienia stosunków pomiędzy spożywcą i wytwórcą płodów rolnych przejrzystymi i sprawiedliwymi przez wyrugowanie długiego ogniwa pośredników.

Nie potrzeba już dziś chyba dowodzić, jakie znaczenie dla gospodarki kraju mają kierowniczki gospodarstw domowych, które rozporządzają siłą zakupu rodzin (w Polsce kwota przechodząca przez ręce kobiet oceniana jest na 6 miliardów złotych rocznie), rozdzielają ją według własnego uznania pomiędzy przedsiębiorstwa handlowe i przemysłowe i ponoszą odpowiedzialność za zdrowie, zdolność do pracy członków swej rodziny – są to rzeczy już dziś ogólnie uznane w teorii, zarówno jak i to, że na sprawy zakupów domowych wpływ mężczyzn jest minimalny.

W praktyce życiowej natomiast doniosłość i odpowiedzialność funkcji kierowniczki gospodarstwa domowego nie jest jeszcze należycie doceniana ani w opinii ogółu, ani co gorsza przez same kobiety. Pracy w gospodarstwie domowym odmawia się godności pracy zawodowej, często uważana jest niemal za pasożytnictwo zarobków mężczyzny. Dzieje się tak dlatego, że w naszych zmaterializowanych czasach ceni się tylko pieniądz, a więc praca, której nie mierzy równoważnik pieniężny, jest ogólnie lekceważona. Pamiętamy wszyscy, jak przy spisie ludności dołączona instrukcja pouczała gospodynie domu, że zawód ich jest „przy mężu!”. Dzięki temu – nawiasem mówiąc – nie wiadomo dokładnie, ile Polska liczy ognisk domowych.

Ta wielomilionowa, a więc najliczniejsza grupa zawodowa, nie jest dotychczas zorganizowana na szerszą skalę. Nikt nie broni jej interesów. Prawodawstwo ochronne pracy pomija ją, choć niewątpliwie niebezpieczniejszą dla kobiety przed porodem jest praca gotowania i prania dla licznej rodziny, wymagająca dźwigania znacznych ciężarów, niż np. zawijanie karmelków w fabryce.

Pracę swą spełnia gospodyni domu zazwyczaj bez żadnego przygotowania zawodowego, metodami prymitywnymi, odziedziczonymi po prababkach, zamknięta w czterech ścianach mieszkania, przepracowana tysiącem drobnych powtarzających się codziennie czynności; tym bardziej jeżeli równocześnie pracuje zarobkowo, nie ma możności interesowania się sprawami społecznymi, kształcenia się, wykorzystywania swych zdolności i umiejętności w szerszym społecznym zakresie.

Ruch spółdzielczości spożywców był poniekąd pionierem równych praw dla obu płci w czasach, kiedy jeszcze kwestionowano, czy kobieta ma w ogóle duszę i czy może myśleć w ten sposób co mężczyzna, ponieważ przeciętnie waga mózgu jej nie dorównywa wadze mózgu mężczyzn. Rozwiązał tę sprawę niechcący wielki filozof Emanuel Kant, którego mózg – po jego śmierci – okazał się jeszcze lżejszy, niż przeciętny mózg kobiety.

Pomimo tych pionierskich zasług ruchu spółdzielczego rzeczywiste równouprawnienie kobiet jest jeszcze w dużym stopniu na papierze. Dowodem tego jest przytłaczająca przewaga członków-mężczyzn i ich niemal wyłączny monopol w organach kierowniczych. I to jest największą przeszkodą dla pomyślnego rozwoju spółdzielni, wszystkie bowiem aktualne bolączki spółdzielni, jak sprzedaż nie-członkom, sprzedaż na kredyt, niedocenianie produkcji spółdzielczej, rozwiązać może tylko uświadomienie i aktywność kierowniczek podstawowych komórek spółdzielczych – ognisk domowych.

 

 

Wspólnota – przestrzeń dobrze urządzona

Podstawową zasadą wprowadzoną do życia społecznego dzięki inspiracji ideami spółdzielczymi było pojmowanie wspólnoty jako dobrze urządzonej przestrzeni. Koncepcję architektury wspólnotowej realizowano w projektach osiedli, których istotnym elementem stały się urządzenia kolektywne zapewniające „dobrodziejstwa życia zespołowego” (jak kotłownia centralnego ogrzewania, kąpielisko, pralnia, sala teatralno-kinowa, kluby zainteresowań, dziedzińce). Z dzisiejszego punktu widzenia szczególnie interesujący wydaje się proces projektowania, w który próbowano włączać przyszłych lokatorów, intuicyjnie wprowadzając tym samym w życie zasady partycypacji społecznej.

Założenia nowej wówczas dziedziny, jaką była architektura wnętrz, trafnie streszcza hasło sformułowane przez grupę Praesens na potrzeby zorganizowanej na żoliborskim osiedlu Wojskowej Spółdzielni Mieszkaniowej (WSM) w 1930 roku wystawy Mieszkanie najmniejsze: „Piękno to organizacja przestrzeni, a nie chaos zbytecznych ozdób”.

Helena i Szymon Syrkusowie, Współdziałanie użytkowników przy opracowaniu projektów mieszkania robotniczego w osiedlu na Rakowcu, 1936 [fragmenty][4]

(…)

Punkt wyjścia władz W[arszawskiej] S[półdzielni] M[ieszkaniowej], przedstawiony architektom: „Osiedle na Rakowcu przeznaczone jest dla robotników. Nie wolno nam przekroczyć komornego, odpowiadającego możności płatniczej przyszłych lokatorów. Wiemy, że w stosunku do osiedla żoliborskiego kolonja na Rakowcu będzie pod względem wygód krokiem w tył. Ale jeżeli uda nam się stworzyć typ naprawdę taniego mieszkania robotniczego, usuwającego konieczność podnajmowania, powiemy, że uczyniliśmy raczej duży krok naprzód. Mieszkania na Rakowcu mają pomieścić 200 rodzin, zatrudnionych w okolicznych fabrykach – liczne zastępy bezdomnych towarzyszy pracy nie powinny zazdrościć im pałacu”.

Odpowiednikiem niskiego czynszu jest, jak wiadomo, zredukowanie powierzchni mieszkania. Twórczy wysiłek architektów musiał być skierowany na te czynniki higjeny mieszkaniowej, któreby choć w pewnej mierze stanowić mogły rekompensatę narzuconego warunkami ekonomicznemi ograniczenia przestrzennego. Więc przede wszystkiem na nasłonecznienie.

Dostęp promieni słonecznych do każdego mieszkania, jeżeli nie w ciągu całego dnia to przynajmniej w ciągu paru godzin na dobę, to postulat od którego nie wolno było odstąpić. I choć na zatwierdzonych oficjalnie planach sytuacyjnych przewidziana była zabudowa obrzeżna, ,,Praesens” zmienia system zabudowy, projektując cztery bloki równoległe do linji NS – prostopadle do ulicy Pruszkowskiej. Połowa mieszkań korzystać ma ze światła wschodniego, połowa zaś z zachodniego.

(…)

Barbara Brukalska, Zasady społeczne projektowania osiedli mieszkaniowych, 1948 [fragmenty][5]

Wytyczna I. Wolność

Należy dążyć do zapewnienia mieszkańcom maksymalnej wolności życia osobistego w granicach wyznaczonych przez równe prawo do wolności pozostałych mieszkańców.

Aby zdać sobie sprawę z doniosłości tego pozornie banalnego twierdzenia, przytoczymy jeszcze tezy, które są z nim sprzeczne, a będąc w praktyce życia zbiorowego dotychczas stosowane, nakładają na architekta inne obowiązki niż Wytyczna I.

Wytyczna liberalizmu kapitalistycznego głosi, że mieszkańcom należy pozostawić wolność życia osobistego w granicach wyznaczonych przez ich udział (wysoce zróżnicowany) w dochodzie społecznym.

Wytyczna totalizmów zawiera postulat, w myśl którego życie tak samo publiczne jak i osobiste mieszkańców ma być przez specjalny aparat wykonawczy kierowane i nadzorowane w ramach ideologii obowiązującej doktryny.

(…)

Wytyczna VI. Uspołeczniony indywidualizm.

Dążymy do stopniowego choć ograniczonego rozszerzenia obszaru IB (społeczne zaspokajanie potrzeb biologicznych) kosztem obszaru IA (indywidualne zaspokajanie potrzeb biologicznych), oraz do równoległego i nieograniczonego rozszerzenia obu obszarów IIA i IIB (indywidualne oraz społeczne zaspokajanie potrzeb psychicznych).

Innymi słowy dążymy do tego, aby w każdym mieszkaniu lokatorzy mieli możność zaspokajania potrzeb psychicznych, zwłaszcza tych, które mają charakter powszechny i codzienny, jak lektura, muzyka, pogawędka z przyjaciółmi, praca pozazawodowa… Niezależnie od tego uważamy za konieczne takie urządzenia społeczne poza mieszkaniem, które by zaspokajały potrzeby psychiczne na większą skalę lub przy większej specjalizacji, jak biblioteki, widowiska, kluby, większe imprezy towarzyskie i inne.

Tylko głód mieszkaniowy ze względu na konieczne oszczędności może zmusić do ograniczenia tego programu. Ograniczenie to traktujemy jako czasowe i w możliwie jak najmniejszym zakresie; za konieczne bowiem uważamy to, aby mieszkanie nie zatracało charakteru gniazda rodzinnego, do którego człowiek śpieszy nie na nocleg jedynie, ale także, aby odpocząć od obcych i odetchnąć atmosferą życia prywatnego.

Dobrze jest zauważyć, że jeżeli chodzi o potrzeby psychiczne, to wytyczna powyższa jest w zgodzie z Alfredem Adlerem, który uważa, że koniecznym warunkiem pełnego rozwoju indywidualnego jest mocna więź jednostki ze społeczeństwem i odwrotnie – koniecznym warunkiem rozwoju kulturalnego społeczeństwa jest swobodny rozwój indywidualny jego członków.

(…)

Wytyczna XII. Możność odosobnienia a zaściankowość.

Dążąc do zapewnienia każdemu mieszkańcowi możności odosobnienia jednocześnie chcemy zapobiegać wytwarzaniu się zaściankowości. Nie należy pojęcia zaściankowości identyfikować z pojęciem dążenia do odosobnienia. Każde z nich dotyczy innej dziedziny życia: możność odosobnienia polega na izolowaniu swego życia wewnętrznego od niszczących go wpływów zewnętrznych, natomiast zaściankowość jest odgradzaniem się od zewnętrznych wpływów kulturalnych.

Dwie ostatnie wytyczne (o atrakcyjności i zaściankowości) traktują o wpływie środowiska. Wskazują raczej na wagę zagadnienia, niż by je miały w całości wyczerpywać. Obszerną tę dziedzinę zjawisk badają przedstawiciele przeszczepionej z nauk przyrodniczych do socjologii – ekologii.

Ekologia jest zatem nauką, która może nam architektom dostarczać potrzebnego do układania programów osiedli mieszkaniowych materiału, jako że stopień harmonii między jednostką a środowiskiem ma tu znaczenie podstawowe.

(…)

Jak wynika z poprzednich rozważań, do roli architekta należy przewidywanie przyszłych potrzeb. Będziemy starali się przekonać, że architekt winien o ile możności organizować przestrzeń w sposób ramowy, tj. wyznaczając jedynie w grubych zarysach sposób życia mieszkańców, nie przesądzając w szczegółach ich stylu życia, że ramy narzucone przez architekta powinny mieć zakres tak szeroki, jak tylko na to warunki gospodarcze pozwolą.

Zbędne zmniejszanie swobody życia przyszłego mieszkańca jest nadużyciem władzy spoczywającej w ręku budującego. Należy umożliwiać, a nie narzucać nowych sposobów życia. Dotyczy to zarówno programów ułożonych przez zespól ekonomistów, techników społecznych, konstruktorów, jak i samego projektu, którego autorstwo należy przede wszystkim do architekta.

Często słyszymy dzisiaj o próbach wprowadzenia w życie mieszkańców tego rodzaju ładu, który ograniczając ich swobodę dawałby rzekomo w zamian dostateczną rekompensatę. Mówi się np. o przedszkolu obsługującym wyłącznie jedną kolonię, o sklepie zaopatrującym z takąż wyłącznością jakąś zamkniętą grupę mieszkańców albo nawet o konieczności rozmieszczenia budynków i ścieżek w osiedlu nie w taki sposób, aby skrócić drogę do przystanku, ale żeby ją wydłużyć, aby tym samym zmusić mieszkańca do odbywania korzystnego dla zdrowia spaceru. Tego rodzaju próby kształtowania życia przyszłych mieszkańców o tyle są niecelowe, że nigdy nie są w stanie ogarnąć całości zmiennych potrzeb wplecionego w nie elementu przypadku, jak również możliwych błędów i nieścisłości przewidywań.

Niemniej doniosłe mają znaczenie nie dające się przewidzieć powikłania, wynikające z wpływu jednej indywidualności na drugą: sympatie i upodobania zawsze będą kształtować stosunki między ludźmi i będą sprawiać, że jedno dziecko np. będzie zadowolone w przedszkolu „A”, zaś nieszczęśliwe w przedszkolu ,,B”, podczas gdy inne dziecko może wskazywać wprost przeciwne upodobania; że jedna gospodyni więcej ceni sklep spółdzielczy Nr 1 niż podobny doń spółdzielczy sklep Nr 2, bo być może lubi tamtą sprzedającą, bo być może przyjemniejsza jest dla niej droga do tamtego sklepu ze względu na cień pod drzewami, czy na słońce, czy na wiatr. Któż zgadnie subiektywne reakcje ludzkie? Tym bardziej niedorzeczne są pomysły zmuszania ludzi do takiej przyjemności jak spacer. Ludziom potrzebne są drogi łączące ich mieszkania z różnymi innymi punktami przez nich uczęszczanymi, i to drogi możliwie jak najkrótsze. Spacery, odchylenia od tych dróg – pozostawmy ich uznaniu. Sam autor pomysłu takiego łączenia realizacji społecznego zaspokajania potrzeb z nakazami wychowawczymi, gdyby udając się do pracy czy na ważne zebranie – był spóźniony, zrezygnowałby na pewno z przechadzki i nie zawahałby się iść do tramwaju najkrótszą drogą.

Pobieżny choćby przegląd zasad i wytycznych, które poruszyliśmy powyżej w swych rozważaniach, unaocznia, jak mocno są dziś związane zadania architekta z pracami innych specjalistów (ekonomisty, socjologa, statystyka, higienisty, nauczyciela, psychologa). Nie poruszamy tu doniosłej skądinąd potrzeby współpracy architektów z innymi artystami plastykami; wykraczałoby to poza temat pracy niniejszej. Rola architekta o tyle jeszcze komplikuje się, że z jednej strony pracuje jako twórca i artysta – samodzielny i niezależny, z drugiej zaś – ma obowiązek syntetyzować pracę innych w zespołach wielofalowych.


 

 

Dziecko – już mieszkaniec, obywatel i już człowiek

Przestrzenny układ otoczenia, jego skala i walory estetyczne oraz jego znaczenie wychowawcze odegrały szczególną rolę w nowej w okresie dwudziestolecia i ważnej dziedzinie — projektowaniu dla dzieci. Przykładem nowoczesnej praktyki projektowej była działająca wówczas na osiedlach Wojskowej Spółdzielni Mieszkaniowej Poradnia dla Racjonalnych Urządzeń Mieszkaniowych „Moje Mieszkanie” otwarta przy oddziale Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci (RTPD) na Żoliborzu. Pracowali w niej Barbara Brukalska, Nina Jankowska i Jadwiga Toeplitzówna, które objęły kierownictwo do spraw architektury i ogrodnictwa, oraz dr Aleksander Landy, odpowiedzialny za sprawy higieny, udzielając porad w zakresie racjonalnego urządzenia mieszkań i ogródków, a także prowadząc wypożyczalnię mebli i sprzętów oraz wzorcownię mebli dla małych mieszkań.

 

Dziecko w mieszkaniu, 1932[6]

Przestronność, czystość, powietrze i światło nabierają szczególnego znaczenia, jeżeli w mieszkaniu jest dziecko. Musi mieć ono swobodę ruchu, musi móc przebywać w całem mieszkaniu, nie przeszkadzając dorosłym. W tym wypadku urządzenie mieszkania wymaga specjalnej pieczołowitości. Sprzęty nie mogą zabierać za dużo miejsca, tłumić światła, tamować dopływu świeżego powietrza.

Nie mogą być zbiornikami kurzu. Sprzęty dziecinne muszą być przystosowane do wzrostu, a więc rosnące lub wypożyczane (odpowiednio do wzrostu i wieku dziecka zmieniane).

Niektóre tylko zabawki (w dobrym stanie) powinny się mieścić w pokoju. Na rupiecie, w które szybko przeistaczają się zabawki, powinna być skrzynka lub koszyk na kólkach, które dziecko przewozi sobie na czas zabawy.

 

Janusz Korczak, Sprawozdanie Towarzystwa „Nasz Dom” za okres 24 XI 1921–30 X 1923 [fragmenty][7]

Wychowanie współczesne przenika zasada, że wychowawca odpowiada przed społeczeństwem za dzieci. Pragniemy oprzeć wychowanie na zasadach, gdzie wychowawca odpowiadałby przed dziećmi za społeczeństwo.

Celem wychowania współczesnego jest przygotowanie dzieci do życia, gdy po latach staną się ludźmi. Pragniemy przekonać ogół, że dzieci już są ludźmi, że traktować je należy jako żywe i już ludzkie istoty.

Pragniemy zorganizować społeczeństwo dziecięce na zasadach sprawiedliwości, braterstwa, równych praw i obowiązków.

Nie mając na razie lepszych niż te wzorów, które dla siebie wypracowało społeczeństwo dorosłych, będziemy je naśladowali, przystosowując do potrzeb i właściwości społeczeństwa dziecięcego.

Karność zastąpić pragniemy przez ład, przymus przez dobrowolne przystosowanie się jednostki do form życia zbiorowego, martwy morał zmienić chcemy w radosne dążenie do doskonalenia się i samozmagania.

Stawiamy szacunek dla siebie samego na równi z życzliwością dla bliźnich, lepiej – współobywateli.

Zarzucić musimy pogląd, że dziecko ma się z łaski karmić okruchami ofiarowanymi przez tkliwie, pobłażliwie czy pieszczotliwie dlań usposobione serca bądź macierzyńskie, bądź filantropijne.

Dążyć będziemy do międzynarodowej organizacji dzieci i młodzieży, zachęcając do obioru wspólnego dnia święta, wspólnego sztandaru, wspólnej pieśni i pracy, i jednego języka, żądania równouprawnienia dla siebie.

Nie urabiać i przerabiać, a zrozumieć i porozumieć się chcemy z dzieckiem, pomóc do odrodzenia niewolniczej, żebraczej jego duszy, odrzucenia brudu, który przeniknął i opanował społeczeństwo dzieci jako zaraza dorosłych. Zdemoralizowano dzieci tym, że się je karmi ideami i ideałami, na zrealizowanie których mają czekać dziesiątki lat.

(…) Działać musimy ostrożnie i z wolna, czujnie się pod kierunkiem dzieci kształcąc i wychowując.

Janusz Korczak, Wstęp, w: Zakład wychowawczy „Nasz Dom”. Szkic informacyjny, 1928 [fragmenty][8]

Dziecko – już mieszkaniec, obywatel i już człowiek. Nie dopiero będzie, a już. Dziecko ma dawność i przeszłość. Wspomnienia i pamiątki. Lata dziecięce – to życie rzeczywiste, nie zapowiedź. Radość i ból są prawdą, nie urojeniem. Każda chwila rzetelna jego poważnego, nie na żart czy próbę, życia – nie wróci, warta sama w sobie jako całość – zapadając się – żłobi. Nie morał na wyrost i frazes zadań i obowiązków przyszłych, jeno dzisiejszych. Bliski teren, drobne zagony, na których doświadcza, sił próbuje, święci zwycięstwa, doznaje porażek, ponawia wysiłek, zbiera plon – ćwiczy, hartuje i kontroluje siebie.

Dziecko rozgląda się, cieszy, dziwi, niepokoi. Świat piękny, pełen radosnych niespodzianek i dumnych zwycięstw. Ale nie tylko słoneczny i ciepły, pogodny i barwny. Bo i twardy, surowy, podstępny, okrutny.

(…)

Dziecko ufa. Pragnie wierzyć w silną, zrównoważoną, dojrzałą prawdę i dobro. Łagodnie przygotować, że ideał – marzeniem, a słabość i niedoskonałość – rzeczywistością. Że i my dzieci. Nie – podejść i zwieść. (…)

Szukamy nowych metod wychowania. Starcie między pokoleniem dawnych a nowych zasad będzie tym ostrzejsze, im mocniej jedni zechcą trwać, zachować, opóźnić, drudzy – lekkomyślnie popędzać i wybiegać.

Starcia mogą być drażniące i bezpłodne lub twórcze, zależnie od tego, czy zwalczające się strony uzbroją się w dostateczną ilość dowodów na poparcie twierdzeń.


 

Czas wolny

Z kształtującą się w okresie dwudziestolecia międzywojennego koncepcją „czasu wolnego” wiąże się demokratyzacja dostępu do sportu, rozumiana jako ważny element projektu modernizacji społecznej. Sport stanowił jedną z dziedzin emancypacji różnych grup społecznych: kobiet, środowisk robotniczych, a także mniejszości narodowych. Dynamicznie rozwijającymi się dziedzinami była piłka nożna, lekkoatletyka, boks, ale także pływanie. Powszechne uczestniczenie w zajęciach sportowych wymagało szerokiego dostępu do urządzeń sportowych i nowoczesnych, podążających za przemianami obyczajowymi rozwiązań architektonicznych.

Jedną z najwcześniej rozwijających się dziedzin działalności robotniczego nurtu kultury fizycznej oraz stowarzyszeń spółdzielczych była turystyka. Wpisywała się ona doskonale w realizację wychowawczej roli proletariatu, łącząc zagadnienia wychowania fizycznego z założeniami kulturalno-oświatowymi i krajoznawstwem.

 

Prawo do odpoczynku, 1931 [fragmenty][9]                                                                                                    

Radość pracy – niestety jak tyle innych bezcennych dóbr – dziś nieomal zagubiona, nie może być pełną, jeżeli okresowo nie ustępuje miejsca radosnemu odpoczynkowi.

Nie można zużywać wszystkich swych sił i wszystkich chwil tylko po to, by módz [sic!] istnieć i dalej pracować.

Trzeba zmiany, trzeba wytchnienia, trzeba możności innego niż co dzień [sic!] spojrzenia na świat i wgłąb [sic!] siebie. Trzeba czasem dla mózgu, mięśni i nerwów innego niż zwykle ćwiczenia, które najlepszym się staje wypoczynkiem.

Trzeba mieć możność beztroskiego spędzenia wolnych godzin w dniu, wolnych dni w tygodniu, wolnych tygodni w roku.

Proklamowanie prawa do pracy, to znaczy prawa do spełnienia podstawowego, koniecznego dla społecznego życia obowiązku jest jednym z tragicznych nieporozumień ustroju bezładnej produkcji. Takie jej zorganizowanie by możliwym był odpoczynek nadający życiu treść i barwę, jest najważniejszem zadaniem.

Prawo do odpoczynku pociąga za sobą prawo do właściwego spędzenia wczasów, nakłada więc obowiązek zachowania istniejących i stworzenia nowych właściwych dla odpoczynku miejsc i urządzeń. Trzeba o tem myśleć przy planowaniu mieszkań, domów, dzielnic miast i dzielnic kraju. Nie wolno nigdzie niszczyć bezmyślnie, zamykać dla ludności istniejących lasów i parków, trzeba wszędzie stwarzać nowe miejsca wypoczynkowe, w których nie tylko [sic!] przyroda, ale i dzieła ludzkie dadzą umysłom inną niż codziennie strawę.


 

Wspólnota ogrodu

Funkcjonujące na osiedlach Wojskowej Spółdzielni Mieszkaniowej ośrodek ogrodniczy, „sanatorium roślin” czy „sale ciszy”, dające możliwość schronienia się przed „zanieczyszczeniem wielkomiejskim hałasem”, posłużyć mogą za przykład myślenia ekologicznego, którego początki przypadają właśnie na okres dwudziestolecia międzywojennego.

Ewa Grzesiewicz, Cudze chwalicie… Nasz pensjonat roślinny i leczenie roślin w mieszkaniach, 1936 [fragmenty][10]

W ,,Robotniku” z dnia 16 września ukazała się wzmianka p.t. ,,Pensjonat dla kwiatów” w której mówi się o powstaniu pierwszej kliniki botanicznej i pensjonatu dla kwiatów w Paryżu. Za niewielką opłatą jeden z ogrodników paryskich przyjmuje kwiaty na przechowanie i leczenie. Liczni mieszkańcy opuszczają stolicę latem, mogą swe ulubione rośliny zostawić w fachowych rękach zamiast u opiekunów przygodnych, po których opiece rośliny więdły i marniały.

Nie jest to pierwszy pensjonat i pierwsza klinika dla kwiatów. Wcześniej powstał takiż pensjonat poparciem i zaufaniem wielu członków. Tyle, że nie w Ośrodku Ogrodniczym W[ojskowej] S[póldzielni] M[ieszkaniowej], cieszący się podano mu nazwy pensjonat, a mówiono po prostu ,,leczenie i przechowanie kwiatów”.

Od wczesnej wiosny wielu naszych członków (około 400) przynosiło swe ukochane rośliny, po kilka lub kilkanaście, prosząc o poradę na chorobę, umiejętne przesadzenie i leczenie. Na przechowaniu „w naszym skromnym pensjonacie” mieliśmy latem 115 palm, 35 araukaryj i 655 innych pacjentów.

Teraz po skończonych wakacjach coraz liczniej odwiedzają nas miłośnicy kwiatów, którzy latem nie korzystali z naszego „pensjonatu”, a teraz mają kłopoty ze zniszczonemi roślinami.

Dla ułatwienia pracy nad pielęgnacją roślin Ośrodek Ogrodniczy wprowadza nową formę opieki, a mianowicie: Stałą opiekę nad roślinami w domach naszych członków. Opieka ta będzie polegała na oglądaniu roślin raz na miesiąc, wydawaniu opinji i rady jak usunąć szkodniki i uleczyć chorą roślinę.

Pragnący korzystać ze stałej opieki winni zgłosić się do Ośrodka Ogrodniczego w godzinach urzędowania dla podpisania odpowiedniej deklaracji. Opłata miesięczna dla mieszkańców W. S. M. wynosi 50 groszy.

Mieszkańcy W. S. M. mogą też korzystać z doraźnych porad jednorazowych w swoich mieszkaniach za opłatą 1 zł. Inni mieszkańcy Żoliborza za poradę jednorazową w mieszkaniu opłacają 1,50 zł.

[1] Teodor Toeplitz, Znaczenie społecznego budownictwa mieszkaniowego, Warszawa: [s.n.], 1928, s. 8–9; 14 i 19. We wszystkich cytowanych fragmentach, jeśli nie zaznaczono inaczej, zachowano pisownię oryginalną.

 

[2] Stanisław Tołwiński, Bogactwo form spółdzielczego ruchu mieszkaniowego, „Dom, Osiedle, Mieszkanie” 1936, nr 5–6 (specjalny, pt. Mieszkania przyszłości), s. 6–8.

 

[3] Maria Orsetti, Zjazd Założycielski Ligi Kooperatystek w Polsce, „Społem” 1935, nr 22, s. 19–25. Zmodernizowano pisownię.

[4] Helena i Szymon Syrkusowie, Współdziałanie użytkowników przy opracowaniu projektów mieszkania robotniczego w osiedlu na Rakowcu, „Dom, Osiedle, Mieszkanie” 1936, nr 10–11, s. 22–34.

[5] Barbara Brukalska, Zasady społeczne projektowania osiedli mieszkaniowych, Warszawa: Trzaska, Evert i Michalski, 1948.

 

[6] Dziecko w mieszkaniu, „Dom, Osiedle, Mieszkanie” 1932, nr 1, s. 20–21..

[7] Janusz Korczak, Sprawozdanie Towarzystwa „Nasz Dom” za okres 24 XI 1921–30 X 1923, w: tegoż, Dzieła, t. 14, wol. 1, s. 196 i 199.

 

[8] Janusz Korczak, Wstęp, w: Zakład wychowawczy „Nasz Dom”. Szkic informacyjny, oprac. Maria Rogowska-Falska, Warszawa: Towarzystwo „Nasz Dom”, 1928. Cyt. za: tegoż, Dzieła, t. 14, wol. 1, s. 204, 207, 208.

 

[9] Pierwodruk: Prawo do odpoczynku, „Dom, Osiedle, Mieszkanie” 1931, nr 8, s. 1.

[10] E[wa] Grzesiewicz, Cudze chwalicie… Nasz pensjonat roślinny i leczenie roślin w mieszkaniach, „Życie Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, Stowarzyszenia «Szklane Domy», Oddziału Robotniczego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci na Żoliborzu i Gospody Spółdzielczej” 1936, wrzesień, s. 144–145.