Ilustracje: Kacper Kępiński. Copyright © Małopolski Instytut Kultury. All rights reserved.

Architektura wspólnoty

4 [51] 2015

13 | 07 | 2016

Poza wspólnotę – budując to, co wspólne

 

Obrona niewielkich części naszego terytorium – czyli projektowanych budynków – pozwoliła innym przejąć większe sieci1.

Nishat Awan, Tatjana Schneider, Jeremy Till

Działające w Polsce partie i organizacje polityczne można ogólnie podzielić na dwa obozy – te, które odwołują się do indywidualnego egoizmu jednostek, oraz te, które odwołują się do – różnie definiowanego – pojęcia wspólnoty.

Indywidualistyczna antropologia jest niezwykle skuteczną zaporą przeciwko wszelkim rodzajom (auto)totalitaryzmów – pomaga dysydentom w opresyjnych społeczeństwach bronić swej odrębności, prawa do nieprzynależności (owo prawo do nieprzynależności nie musi być jednak ugruntowane jedynie w ideologii liberalnego indywidualizmu – do tej myśli jeszcze wrócę w dalszej części niniejszego tekstu); jednak jako dominująca politycznie, państwotwórcza siła jest absurdem, a praktyka takiego działania może być tylko destrukcyjna. Przez ostatnie lata rządy w Polsce sprawowała formacja traktująca idee wspólnotowe z dużą nieufnością. Niszczenie tego, co wspólne i społeczne, musiało się skończyć powrotem do tego, co przednowoczesne – do prostackiego nacjonalizmu i plemiennej religijności. To nie przypadek, że program gospodarczy nacjonalistów z Ruchu Narodowego wygląda na bardziej radykalną wersję programu Nowoczesnej Ryszarda Petru – antropologiczne fundamenty tych dwu ugrupowań, wbrew pozorom, nie są od siebie tak bardzo różne. Indywidualistyczna antropologia neoliberalnego kapitalizmu postrzega ludzi jako konkurujące z sobą jednostki – liberalny indywidualizm naiwnie wierzy, że suma egoizmów jest korzystna dla społeczeństwa; nacjonaliści wiedzą, że w zatomizowanym społeczeństwie liczy się tylko naga siła – i oni tę siłę chcą zachować dla siebie. Miasto zbudowane na takiej wizji świata i człowieka to okrutna „miejska dżungla”.

Obóz odwołujący się do różnie definiowanego pojęcia wspólnoty jest o wiele bardziej zróżnicowany – mamy tu takich, co odwołują się do wspólnoty ufundowanej na tożsamości narodowej (czasem wręcz plemiennej), mamy takich, co fundamentu wspólnoty szukają w religii. Można również wyobrazić sobie wspólnotę ufundowaną na innym zestawie odniesień – „słabą” wspólnotę ludzi, wspólnotę mieszkańców Polski, wspólnotę pracowników czy prekariuszy. Można również wyjść poza kwestie tożsamościowe i myśleć o wspólnocie codziennego doświadczenia.

Czy można jednak wyjść poza dychotomię wspólnota (masa) – jednostka? Czy można pomyśleć taką zbiorowość ludzką, która gwarantowałaby ontologiczne bezpieczeństwo nie zmuszając jednakże do jednoznacznych deklaracji tożsamościowych? O takim „mieście werbusów” pisał Paweł Jaworski2. Próbę opisania takiej struktury na przykładzie metropolii górnośląskiej podjąłem dwa lata temu na łamach „Nowych Peryferii”3. Wierzę, że miasto z samej swojej natury stwarza możliwość zaistnienia (czy raczej zbudowania) takiego bytu społecznego (nie mamy jeszcze języka, by taki byt prosto zdefiniować, ja będę się odwoływał do idei radykalnego inkluzywizmu), który jest nieindywidualistyczny i przekracza ekskluzywizm oraz wsobność tradycyjnej wspólnoty.

Czego trzeba, by można było pomyśleć społeczną podmiotowość? Wydaje mi się, że społeczny podmiot, by zaistnieć, potrzebuje trzech czynników:

  • terytorium, rozumianego jako infrastruktura zapewniająca trwanie i reprodukcję owego podmiotu;
  • wewnętrznego języka (wspólnych systemów wartości i pojęć – przynajmniej jako punktu odniesienia), pozwalającego trwać podmiotowości jako wielości (podmiot społeczny jest z definicji wielością – składa się z odrębnych osób/ jednostek);
  • interfejsu/infrastruktury (granicy) z jednej strony oddzielających wnętrze od zewnętrza, pozwalając się ukształtować podmiotowości (czyli na przykład regulacji dotyczących funkcjonowania określonych obszarów – jak specjalne strefy ekonomiczne, ale też zasady „miru domowego”), z drugiej pozwalających porozumiewać się z tym, co na zewnątrz (podmiotowość, o której mówię, jest zawsze kontekstowa, nigdy nie jest zamkniętą całością – istnieje raczej jako węzeł/zgęszczenie niż jako wydzielony byt).

Ten podział na trzy elementy nie powinien być traktowany zbyt dosłownie – istnieją i działają one raczej jako zintegrowany mechanizm, niż jako zestaw warunków. Terytorium (infrastruktura) jest (może być?) elementem granicy (interfejsu/infrastruktury). Również wewnętrzny język musi być raczej wielością języków, które są również częścią interfejsu, pozwalając wejść w kontakt z zewnętrzem. Mielibyśmy więc do czynienia z maszyną wytwarzającą podmiotowość, której działanie polega na równoczesnym wydzielaniu i łączeniu. Każdy z wymienionych elementów maszyny jest istotny, lecz ważne jest, jak maszyna działa i co wytwarza – wytwarza warunki, w których społeczna podmiotowość może się bezpiecznie rozwijać, rosnąć, wchodzić w interakcje z innymi podmiotowościami. Proces ten jest jednak zróżnicowany zarówno w przestrzeni, jak i w czasie. Podmiotowość powstaje i rozwija się w pulsującym, zmieniającym swój kształt i położenie „blobie”. Podmiotowość jest dialogiczna, musi posiadać swoje zewnętrze – które jednak wcale nie jest po Schmittiańsku definiowane jako wrogie. Raczej – jak pisze Leszek Koczanowicz – dobrze byłoby powrócić do pragmatycznej i dialogicznej myśli Georga Herberta Meada, opisującego „kolejne etapy rozwoju uniwersalności, na których komunikacja między jednostkami staje się coraz bardziej inkluzyjna. [ … ] punktem dojścia uniwersalności jest «uniwersalne społeczeństwo », które zawiera całą ludzkość…”4.

Niewspólnotowa miejska społeczna podmiotowość (którą w innych swoich tekstach określam jako społeczność radykalnie inkluzywną5) jest budowana na podstawie doświadczenia wspólnego życia, wspólnego korzystania z tej samej przestrzeni6 – ale niekoniecznie w tym samym czasie. Owo wspólne doświadczenie wyprzedza jakiekolwiek sądy moralne – a więc wyprzedza tożsamość, wyprzedza ideologie czy religie7.

W książce Drach Szczepan Twardoch posługuje się ciekawym zabiegiem – kompresuje czas, nakładając na siebie różne wydarzenia, które dzieją się w tym samym miejscu, ale w innym czasie. Ten zabieg pokazuje czas jako odstęp – umożliwia on wykorzystywanie tej samej przestrzeni w maksymalnie efektywny sposób. Owa wspólna przestrzeń nie jest neutralną, pustą płaszczyzną – jest infrastrukturą, społeczno‑materialnym konstruktem, powstałym w splocie tego, co materialne (drogi, powietrze, rzeki, sieci energetyczne i tak dalej, i tym podobne), oraz czynników niematerialnych (regulacji, konwencji, estetyk). Infrastruktura – również taka jak rzeki czy powietrze – nie jest dana („naturalna”), jest konstruktem. O rzeki trzeba dbać i starać się, by nas nie zatapiały, powietrze wymaga monitorowania i ochrony. Rzeki i powietrze (nie mówiąc już o chodnikach czy sieciach energetycznych) są więc produktem określonych praktyk – zarówno w skali makro (planowania przestrzennego, polityki gospodarczej, ochrony środowiska etc.), jak i w skali mikro – indywidualnych aktywności ludzi jeżdżących samochodami, palących w piecach.


[1.] N. Awan, T. Schneider, J. Till, Spatial Agency. Other Ways of Doing Architecture, London: Routledge, 2011.
[2.] http://miastoprojekt.blogspot.co.uk/2015/01/miasto‑werbusow. html [dostęp: 10 października 2015].
[3.] http://nowe‑peryferie.pl/index.php/2013/05/ metropolia‑ducha‑metropolia‑ciala‑przyszlosc‑slaska‑a‑ekonomia‑mocy/ [dostęp: 10 października 2015].
[4.] L. Koczanowicz, Polityka Dialogu, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN, 2015, s. 29.
[5.] Przede wszystkim tutaj: http://wladzasadzenia.pl/2014/3/o‑denerwujacej‑niemozliwosci‑inkluzywnej‑architektury.pdf [dostęp: 11 października 2015].
[6.] O takim rozumieniu przestrzeni jako infrastruktury pisałem w kontekście kurdyjskiego regionu Rojava w północnej Syrii: http://kurdishquestion.com/index.php/kurdistan/tag/Krzysztof%20Nawratek.html [dostęp: 11 października 2015].
[7.] L. Koczanowicz, dz. cyt., s. 27: „Mead ostrzega przed dedukowaniem rozwiązań problemów społecznych na podstawie zasad etycznych.Przekonuje, iż odpowiadając na konkretne trudności, powinniśmy polegać raczej na doświadczeniach życia codziennego. I, co istotne, na metodach naukowych”.