Planowanie

1 [56] 2017

15 | 04 | 2017

Planują wszyscy i cały czas

Planowanie, a może nawet ręczne sterowanie jest gospodarce potrzebne. To praktycznie jedyna szansa, by wiek XXI nie przyniósł nam straszliwych społecznych katastrof. W XX wieku mieliśmy ich przecież aż nadto. Planowanie gospodarcze długo kojarzyło się u nas jak najgorzej. Przywoływało na myśl końcowy etap gnicia realnego socjalizmu (widoczny zwłaszcza w latach 80.) oraz podtrzymujące go jednowładztwo partii komunistycznej. I oczywiście jest to skojarzenie słuszne. Bo PRL faktycznie próbowała realizować koncepcję gospodarki nakazowo-rozdzielczej. To znaczy takiej, która znosiła rynkowy mechanizm ustalania cen oraz prywatną kontrolę nad środkami produkcji. Komuniści chcieli w ten sposób zlikwidować kilka paskudnych (ale niestety naturalnych) cech kapitalizmu, czyli koncentrację zysku w rękach już i tak najbardziej majętnych, oraz nadprodukcję, której cechą są wahania koniunktury skutkujące regularnym wpadaniem gospodarki w fazy głębokiej dekoniunktury. Ten eksperyment nie spełnił jednak pokładanych w nim nadziei. A jego praktyczne skutki najlepiej opisał w połowie lat 80. węgierski ekonomista János Kornai, nazywając ją gospodarką niedoboru, w której brak produktów na rynku nie jest wypadkiem przy pracy, lecz stanem powszechnym, intensywnym i chronicznym. A nawet stanem w pewnym sensie preferowanym przez władze walczące z nadprodukcją.

Z oceną dorobku realnego socjalizmu jest jednak zasadniczy problem. To był system, który istniał w konkretnej rzeczywistości geopolitycznej. Innymi słowy, na podstawie fiaska centralnego planowania w ZSRR i innych krajach byłego bloku wschodniego można wyciągnąć co najwyżej wniosek, że nie sprawdził się ten specyficzny sowiecki rodzaj planowania w przypadku krajów biednych i mocno wobec Zachodu opóźnionych. Czy sprawdziłby się inny niesowiecki model centralnego planowania wprowadzony – jak to wieszczył Marks – w krajach najbardziej uprzemysłowionych? Tego nie wiemy.

Nigdy w praktyce nie zastosowano na przykład modelu rynkowego socjalizmu Oskara Langego. Polak dowodził w nim, że działający w ramach swobodnie kształtujących się cen centralny planista będzie podejmował bardziej trafne i efektywne decyzje dotyczące alokacji zasobów niż setki czy tysiące niezależnych od siebie prywatnych producentów. I to nawet przy założeniu, że jego decyzje będą podlegały politycznym czy lobbystycznym naciskom. Wszak i decyzje prywatnych producentów nie są od takich nacisków wolne. Podstawową różnicą między rynkowym socjalizmem Langego a kapitalizmem miała być jednak lepsza redystrybucja wypracowanego przez gospodarkę dochodu, który nie trafiałby do prywatnej kieszeni pojedynczego przedsiębiorcy, lecz do kasy państwowej. Koncepcja – ogłoszona po raz pierwszy w 1936 roku – zrobiła z Langego gwiazdę amerykańskiej ekonomii i dała mu profesurę na Uniwersytecie Chicagowskim. Nawet w pogrążonej w skutkach wielkiego kryzysu Ameryce dobrze rozumiano wówczas potrzebę wprowadzenia do gospodarczej gry zawodnika, który będzie potrafił planować na czas dłuższy niż tylko zamknięcie kolejnej giełdowej sesji.

Mniej więcej w tym samym czasie genialny austriacki ekonomista i pionier badań nad przedsiębiorczością Joseph Schumpeter otwarcie wieszczył, że kapitalizm będzie ewoluował w kierunku socjalizmu i na odwrót. A brytyjsko- -amerykańskie porozumienie z Bretton Woods i powołanie międzynarodowych organizacji finansowych można rozumieć jako stworzenie fundamentów pod budowę ogólnoświatowego urzędu ekonomicznego planowania. Dopiero wybuch zimnej wojny przekreślił te wszystkie plany. A Stany Zjednoczone i Związek Radziecki z antyhitlerowskich sojuszników stali się arcyrywalami.

Często zapominamy, jak zabójczy okazał się wybuch zimnej wojny dla kilku bardzo ciekawych eksperymentów. Na przykład dla projektu, jakby żywcem wyjętego z filmu science fiction, na który zdecydowali się Chilijczycy po przejęciu władzy przez lewicowy rząd Salvadora Allende w 1970 roku. Władze w Santiago zwróciły się do słynnego brytyjskiego pioniera cybernetyki Stafforda Beera z prośbą o stworzenie supernowoczesnego systemu centralnego zawiadywania gospodarką. Projekt nosił nazwę Cybersyn i polegał na połączeniu za pomocą mostu informacyjnego należących do państwa fabryk ze specjalnym centrum operacyjnym w Santiago. Miały tam trafiać najważniejsze informacje dotyczące poziomu produkcji. Komputer i planiści mieli je analizować i dawać fabrykom wytyczne. Ostateczna decyzja należała jednak do opartych na radach zakładowych dyrekcji fabryk. Był to więc pomysł zupełnie odmienny od znanego ze Związku Radzieckiego (i kopiowanego w innych demoludach z wyjątkiem Jugosławii) hierarchicznego ręcznego sterowania gospodarką. Systemu nigdy nie sprawdzono, bo w 1973 roku rząd Allende został obalony przez wojskowych wspomaganych przez CIA. A utrzymany w stylistyce Star Treka pokój operacyjny z superkomputerem puczyści wysadzili w powietrze.