Ograniczenie

4 [43] 2013

13 | 11 | 2014

Patrząc pod nogi

Wygląda na to, że pamięć jest drobnomieszczańska – wszystko widzi osobno. Szerokie plany szybko bledną, a nam pozostają pojedyncze kadry, zbliżenia, detale. Tym sposobem bierzemy odwet na wszystkich, którzy uzurpują sobie prawo do kształtowania przestrzeni. Mimo całego zadęcia architektura pozostaje tylko bezbarwnym tłem biografii, a prawdziwą mapę naszego życia wyznaczają przypadkowe drobiazgi.

Pewnie dlatego, myśląc o swoim mieście, nie mam przed oczami jego pocztówkowej panoramy, skądinąd coraz bardziej przypominającej rząd potłuczonych butelek na szczycie ogrodzenia. Zamiast tego widzę pokrywy studzienek kanalizacyjnych z napisem „Białogon 1936”.

A także:
– krój pisma użyty na tabliczkach z numerem domu;
– betonowe kosze na śmieci (miniaturowe dymiące wulkany);
– bruk na ulicy Rybnej;
– białe i żółte koperty namalowane na płytach chodnikowych (po kolejnych awariach kanalizacji zamieniają się w rozsypaną chińską łamigłówkę);
– ślady kul w metalowych ogrodzeniach.

Większość pozycji z tej listy zaświadcza o tym, jak rzadko podnoszę wzrok.

*

Próbuję sobie przypomnieć drogę, którą chodziłem do szkoły. Przez osiem lat – było to na długo przed reformą edukacji – dzień w dzień przemierzałem tę trasę, wlokąc za sobą tornister i worek z kapciami. Pominę uwagi na temat ówczesnej szarości – określenie „komunistyczna szarość” stało się współczesną odmianą zwrotu „koszmarne czasy sanacji”.

Co jeszcze pamiętam? Poręcz na klatce schodowej, bramę, wydeptany trawnik, na którym poniewierały się jakieś zapomniane materiały budowlane, i niebieską furgonetkę. Był to hipisowski volkswagen z holenderskimi numerami. Na karoserii miał kolorowe kwiaty, obłoki i tęcze. Wyglądał jak przybysz z kosmosu albo z Kalifornii, przy czym w 1982 roku Kalifornia wydawała się znacznie bardziej odległa. Volkswagen zawsze stał w tym samym miejscu i nie widziałem, żeby ktoś do niego wsiadał. Już nigdy się nie dowiem, jak trafił między syrenki i maluchy na ulicy Falęckiej, niemniej obraz tego samochodu pozostaje jednym z najwyraźniejszych wspomnień tamtego okresu.

Reszta była banalna. Witryna szewca – za szybą piętrzyły się stosy korkowych obcasów. Sklep warzywny ze stadem kotów. Elektryczna maszynka na ladzie i garnek, w którym gotowały się rybie głowy. Jordanek. Miejsce straceń.

*

W którymś z rosyjskich serwisów społecznościowych przeczytałem następującą historyjkę. Słynny projektant został zaproszony do wygłoszenia wykładu w jednym z prowincjonalnych rosyjskich miast (prowincjonalne rosyjskie miasta liczą po milion mieszkańców). Tematem miał być design.

Artysta przyjechał rano. Miał kilka godzin wolnego, więc spacerował i robił zdjęcia. Wieczorem zaskoczył audytorium i zamiast zilustrować speech pokazem własnych prac lub projektami kolegów, zaprezentował slajdy sprzed kilku godzin. Były tam tabliczki, plakaty, szyldy i przykłady graffiti. Oryginalna i dowcipna twórczość miejscowych anonimów.

Rzecz nie działa się w Akwizgranie ani we Florencji, nie byłoby trudno zapełnić karty pamięci obrazami zaniedbania i brzydoty. Designer postąpił jednak inaczej, przypominając, że wszędzie, nawet wśród blokowisk Krasnodaru, zdarzają się przebłyski wizualnego humoru, inteligencji i urody. Czasami stworzone celowo. Czasami porzucone przypadkiem, jak mój niebieski volkswagen.