rys. Kuba Skoczek

Formy własności

3 [58] 2017

01 | 02 | 2018

Opowieści własnościowe

1.

Gdyby ktoś chciał się przyjrzeć społecznemu życiu własności mieszkaniowej, mógłby sięgnąć po książkę Zachłanni Magdaleny Żelazowskiej, na okładce przedstawianą jako „pierwsza powieść o pokoleniu słoików”. To splatające się historie kilku przyjezdnych do Warszawy. W pierwszej części bohater, Paweł, przedstawia się: „jestem słoikiem”. Wcześniej, w onirycznym prologu czytamy: „śniłem o ziemi”, i dalej, „Na własnym organizmie odczuwałem, czym jest uziemienie. […] W kontakcie z podłożem stawałem się niewzruszony. Jednocześnie z każdego zanurzenia w ziemi czerpałem siłę. […] Moja ziemia”. Marzenie o poczuciu tożsamości i mocy, wywiedzionych z własności, zakorzenienia  w czymś swoim, we współczesnej Warszawie nieuchronnie każe Pawłowi skonfrontować się z polskim problemem mieszkaniowym, o którym w reportażu 13 pięter pisał Filip Springer. Przyjezdnemu Warszawa jawi się jako miasto trudno zamieszkiwalne, pełne przewartościowanych i zagraconych kawalerek z wścibskimi właścicielami, którzy w każdej chwili mogą wyrzucić. (Wizualny i socjologiczny portret „wynajęcia” dają Natalia Fiedorczuk, Rafał Drozdowski, Marek Krajewski, Filip Schmidt i Marta Skowrońska). Próbując zamieszkać Warszawę, Paweł przeżywa dylematy charakterystyczne dla wchodzących w życie absolwentów studiów w dużych miastach. Wynajmować? „Wynajmować to frajerstwo – mówi Marcin. – Nabijasz komuś kabzę. Nic z tego nie masz, a obcego spłacasz”. Kredyt? „Brać kredyt na całe życie na zakup jakiejś nory? Dziękuję, postoję”. To Paweł. Ale już jego kolega mówi: „Drogo, ale wiesz, że śpisz na kasie. Bulić i tak bulisz, ale przynajmniej jesteś na swoim”.

Książkę rozpoczyna gniew, chciałoby się powiedzieć: klasowy gniew. Nie chodzi jednak o typowe rozumienie klasy społecznej, lecz o to, co brytyjscy badacze nazwali klasami mieszkaniowymi, wymiarem zróżnicowania ze względu na relację z zamieszkiwaną przez siebie przestrzenią. Między ludźmi podobnymi do siebie, biorąc pod uwagę inne klasowe parametry – wykształcenia, dochodu, kapitału społecznego czy kulturowego, rozciąga się w obserwowanej przez Pawła Warszawie przepaść między właścicielami mieszkań a tymi, którzy ich na własność nie mają. Do tego należałoby dodać kredytobiorców, też właścicieli, ale w jakże inny sposób od tych nieobarczonych hipoteką. Badacze tej przepaści zwróciliby uwagę na złożoną historię wciąż trwającej polskiej urbanizacji. Na mający kolosalne konsekwencje dla nierówności akt prywatyzacji mieszkań w latach 90. Na procesy dziedziczenia, które w innej sytuacji stawiają spadkobierców kilku morg w lubelskiem, a w innej trzech pokoi na Ochocie. Klasy społeczne i klasy mieszkaniowe we współczesnej Polsce częściowo się rozchodzą: wykupione za bezcen trzy pokoje mogły być kiedyś mieszkaniem robotnicy, dziś ustawiają życie jej wnukowi, który w korporacji mija się z podobnym do siebie kolegą, którego połowa miesięcznego budżetu idzie na ratę za mniejsze mieszkanie trzy dzielnice dalej. W ten sposób własność mieszkania urasta do jednego z podstawowych wymiarów zróżnicowania we współczesnych miastach, ale i do jednej z głównych osi publicznych i klasowych emocji. Własności się zazdrości, o własności się marzy. Dla własności – jak wiedzą czytelnicy dalszych przygód Pawła z Zachłannych – można posunąć się bardzo daleko.

Na razie Paweł czuje gniew. Na Marcina, który „cwaniaczy, bo ma nadzianych rodziców. Starzy kupili mieszkanie jemu i jego siostrze”. Na miejscowych, którzy nie rozumieją słoiczych frustracji. „Każdy ma mieszkań po rodzinie, tylko wybierać […] A my? Od dziesięciu lat na walizkach”. Stawką opowieści jest zaczynanie życia: przejście od narzeczeństwa do ślubu, założenie rodziny. Kwestia własności wpleciona jest w przebieg życia, jego kluczowe etapy i punkty zwrotne.
2.

Badania etnograficzne, jakie w latach 2014–2017 Marta Olcoń-Kubicka i Mateusz Halawa przeprowadzili, wśród dwudziesto- i trzydziestokilkulatków z warszawskiej klasy średniej, pokazują, w jaki sposób własne mieszkanie (faktyczne lub wymarzone) jest doświadczane na co dzień[1]. Badacze odwiedzali rozmówców w ich mieszkaniach, pytali, jak posługują się pieniędzmi, jak rozliczają się między sobą, pożyczają i oszczędzają. Własność pojawiała się w tych rozmowach zawsze jako podstawowa aspiracja artykułowana przez osoby nieposiadające własnego mieszkania. Jako ukryty czynnik, umożliwiający taki, a nie inny styl życia tych, którzy własne mieszkanie mieli. Pojawiał się też kredyt, wielki temat tego pokolenia, do którego wszyscy muszą się odnieść: bo kredytu brać nie muszą, lecz są kredytobiorcami otoczeni; bo kredytu kontrkulturowo nie biorą, mimo zachęt przyjaciół, rodziców, państwa i banków; bo chcieliby wziąć kredyt, ale nie mają zdolności kredytowych.

Tylko część odwiedzanych osób na starcie wspólnego życia miała mieszkanie, często było ono własnością jednego z partnerów, co na początku związku rodziło osobne problemy. Wiele par wynajmowało wspólnie mieszkanie, przy czym dla nikogo wynajem nie stanowił perspektywy długoterminowej, był raczej fazą przejściową pomiędzy życiem singla a tym, co rozumiane jest jako dorosłe życie „na swoim”. Socjolodzy gospodarki badają między innymi jej wymiar wyobrażony i normatywny: co ludziom wydaje się dobre, rozsądne i sensowne. Gdy Olcoń-Kubicka i Halawa po kilku latach wracali do części badanych par, które w tym czasie zdążyły wziąć kredyt i się urządzić, uderzało ich, jak zdecydowanie rozmówcy odmawiali prawomocności swojemu wcześniejszemu życiu na wynajmie. Okazywało się ono ledwie przygrywką, wstępem, etapem na drodze do. Dopiero zamieszkaniu na własnym towarzyszyła moralna sankcja właściwego i godnego szacunku innych życia, a także gospodarcze przekonanie, że teraz pieniędzy się nie traci.

Kamil i Ania to para, która poznała  się na studiach, oboje mieszkali w akademiku, na jednym piętrze. Później w różnych dzielnicach, z różnymi osobami – dzieląc pokój, wynajmując wspólnie mieszkanie na studiach – wreszcie razem w wynajętym wspólnie mieszkaniu na Gocławiu, gdzie badacze ich poznali. I chociaż nazywają się wzajemnie partnerami (w żartach niekiedy konkubentami), wspólne życie i wspólne mieszkanie w ich pojęciu zaczyna się dopiero wówczas, gdy mieszka się we własnym mieszkaniu.

Wspólne własne mieszkanie (a co za tym idzie – wspólny kredyt) to zupełnie inny rodzaj odpowiedzialności. Rodzice Ani chcieli kupić mieszkania dla niej i jej siostry, kiedy ceny za metr kwadratowy były niższe niż dziś. Ale ważniejsza była relacja, którą tworzy wspólne mieszkanie. Ania i Kamil chcieli mieszkanie dla nich, wspólne, nie takie, które będzie od rodziców i w którym Kamil mógłby „tylko” mieszkać. Są więc różne własności. Ta, o którą chodzi, ustanawia miłość i autonomię gospodarstwa domowego. Ania: „Ja z rodzicami to już w ogóle dawno, dawno [planowałam zakup]. Moi rodzice strasznie żałują, że nie kupili te osiem–dziewięć lat temu mieszkania. Więc ten temat cały czas się pojawiał. No, ale jak zaczęłam pracować to cały czas nie było wiadomo, bo oczywiście śmieciowe umowy były. No i potem już rodzice właśnie stwierdzili, że skoro ja już pracuję, to może weźmiemy razem ten kredyt”[2].

3.

Zakup mieszkania był niezwykle ważnym doświadczeniem dla tych młodych par, które nie „wżeniły” się w warszawskie mieszkania. Podczas badań w prawie każdej rozmowie, prawie tymi samymi słowami, jak refren: po co płacić komuś za wynajem, skoro można płacić za własne. Wynajem długoterminowy, na przykład na dziesięć lat, właściwie nie mieścił się w głowie. Dostępne na wynajem mieszkania przeważnie postrzegali jako mało estetyczne, niedoinwestowane, zarobaczone i pełne starych mebli. Własność, przez kontrast, była doświadczana jako kontrola nad otoczeniem i nadawanie mu ładu. Zwłaszcza w kontekście nowych deweloperskich mieszkań ustanowienie własności było przyjemnością nowego początku.

Stworzenia miejsca, w którym nie mogą się znaleźć na przedmioty przypadkowe i inne niż własne. Wystarczy spędzić kilka popołudni w Castoramach, Leroy Merlin, w Ikei, popodsłuchiwać innych klientów, by zorientować się, jak mocno urządzanie własnego mieszkania splecione jest z tym, co antropolog Daniel Miller nazwał „uprawianiem miłości w supermarkecie”. Dobór koloru ściany (wreszcie wolno pomalować), umywalki (takiej, jak chciałam) czy lampy pośredniczy w rozmowach o związku, o dzieciach, o przyszłości. Własność to coś, co praktykuje się na co dzień, dbając o nią, urządzając, przekształcając.

W potocznej wyobraźni własność, zwłaszcza oferowana przez deweloperów, jest doświadczeniem nowości. Na zdjęciach Jędrzeja Sokołowskiego z serii Nowa Warszawa własność jawi się jako suburbanizacja napędzana kredytowym, spekulacyjnym pieniądzem. Nowe domy wyrastają wprost z pól uprawnych. Ania opowiada: „Najchętniej, żeby było to nowe mieszkanie, albo z takich nowszych. Kamil przegląda raczej od 2000 roku w górę. Ja tam zahaczam o lata 90. Wolałabym w nowym, to jest świeże, i na klatce, i w mieszkaniu. Fajnie by było, gdyby było mieszkanie z rynku pierwotnego. Tak jak mówiliśmy, żebyśmy mogli sobie od zera wszystko urządzić, wszystko po swojemu. Nie byłoby szkoda płytek zbić, czy czegoś wyrzucić”. Zakup własnego mieszkania nie kończy jednak aspiracji związanych z własnością.

Igor i Natasza to para, która nigdy nie chciała wynajmować wspólnie mieszkania. „Jakoś od początku […] byliśmy już mocno wkręceni w to, że chcemy być razem. Wynajem nam się kojarzył ze zużyciem bezsensownie pieniędzy”, opowiada Igor. Pierwsze mieszkanie kupione w 2003 roku na Bemowie miało 37 metrów. W 2008 roku kupili pod Warszawą działkę budowlaną. W przyszłości chcieliby także kupić mieszkania dla swoich dzieci. „Ponieważ życie jest krótkie i dlaczego kolejne dzieci, na których nam zależy, miałyby znowu zaczynać od zera?” – mówi Igor. Opowieść o trudach „zaczynania od zera” pojawia się u wielu rozmówców. Ci, którzy kupili mieszkanie, zrealizowali plan na posiadanie własności, planują teraz inną ścieżkę dla swoich dzieci. Z tej perspektywy kredyt, remont, zakup i budowa mają horyzont dalszy niż ich życie. Marzenie o własności jest marzeniem o majątku wysyłanym w przyszłość, następnym pokoleniom. Nie chodzi tylko o to, by wyszarpać Warszawie swój kawałek podłogi, lecz by dzieci już nie musiały szarpać. Własność obiecuje klasowy awans.

Zakup mieszkania dla dzieci, które dziś mają kilka lat albo dopiero się urodzą, to planowanie na wiele lat naprzód. „Tak, żeby nasze dzieci nie miały takiego poczucia, że »daliście ciała«, bo wtedy kiedy na przykład mieszkanie było po osiem czy siedem tysięcy z metra, a teraz kosztuje dwanaście, czy tam piętnaście w tym samym miejscu Warszawy, bo weszliśmy do strefy euro, ceny podskoczyły, zarobki podskoczyły i w związku z tym podskoczyły też koszty nieruchomości w mieście” – mówi Natasza. Własność dla kolejnego pokolenia ma być punktem wyjścia, a nie aspiracją, jak w przypadku wielu osób objętych badaniem. Igor: „[Jest] zapewnieniem przyszłości dzieciom, wiec dbałością o rodzinę i o to, co się wypracowało, bo jednak, umówmy się, że życie jest krótkie, jednak nie wierzę w życie pośmiertne i wieczną szczęśliwość, więc zakładam, że od punktu A do punktu B mogę coś zrealizować i chciałbym jak najwięcej zapewnić kolejnemu pokoleniu”.

Nieco inaczej o własności łączącej dzieci i rodziców opowiada Justyna, która mieszka w mieszkaniu matki wraz ze swoim partnerem, Janem. Własność daje jej poczucie bezpieczeństwa. Często mówi o rodzinnym majątku. Majątek jest także własnością, choć taką, która łączy poprzednie pokolenia z obecnym, a tym samym – dwa różne systemy. Określa stan posiadania danej osoby lub rodziny. Justyna z uznaniem mówi o swoich dziadkach, którzy wiele sobie odmawiali, jednak mieszkania kupowali zawsze za gotówkę: „Niektórzy się czasami dziwią, jak mówię, że mama ma mieszkanie, zakupiła mieszkanie, już nie mówię, że to dziadkowie kupili, tylko że ona, i każdy się dziwi na ile lat kredytu, a ja mówię, że nie, gotówką, każdy robi wielkie oczy, jest wielce zdziwiony, tylko że moi dziadkowie pracowali na to czterdzieści parę lat, nie wydawali pieniędzy, po prostu żyli oszczędnie i zapracowali na to swoją ciężką pracą”. Justyna pomija w tej opowieści fakt, że żeby móc zaoszczędzić na drugie mieszkanie, dobrze jest nie musieć spłacać tego, w którym się mieszka. Pojęcie majątku łączy w jej wyobraźni dwa odmienne reżimy mieszkaniowe: peerelowski i kapitalistyczny.

Młodzi warszawiacy sporo mówili o swoich oczekiwaniach wobec własności, snach o niej. Choć niektórzy, jak Ania, deklarowali, że do własnego mieszkania mogliby przeprowadzić się choćby i dziś, oczekiwania formułowane są często w odniesieniu do odległej przyszłości. Może to być spłata kredytu zaciągniętego na trzydzieści lat lub dorosłość dzieci.

4.

Wyobrażenia dotyczące przyszłości w istotny sposób wpływają nie tylko na podejmowanie decyzji finansowych, uzasadniają także bieżące wyrzeczenia. Uważa się, że to racjonalne kalkulacje leżą u podstaw podejmowania dalekosiężnych decyzji finansowych, jednak obietnice i kuszące wizje posiadania własnego, nowego mieszkania, „czystej karty”, by zacząć wspólne życie, są nie mniej ważne. To one pomagają podjąć decyzję, obiecując dobrą przyszłość i sankcjonując teraźniejsze wyrzeczenia (niemiecki socjolog Jens Beckert nazywa je „fikcyjnymi wyobrażeniami”). Wielu badanych myśli o wcześniejszej spłacie, zrobieniu banku „na szaro” (cytując jednego z naszych rozmówców), a jeśli coś się nie powiedzie – mieszkanie po prostu można wynająć. Jeśli nie będzie nas stać na wymarzony metraż, kupimy mniejsze mieszkanie przechodnie.

Konstanty i Alicja to młode małżeństwo, które podczas pierwszego spotkania z badaczami snuło plany dotyczące zakupu dużego domu lub mieszkania w atrakcyjnej dzielnicy Warszawy.  Nie chcieli po prostu jakiegoś miejsca, by mieszkać – szukali działek o odpowiednich parametrach, w odpowiedniej odległości od Środmieścia, w odpowiednim otoczeniu. Alicja opowiadała: „Spłacać swój kredyt, który potem będzie ktoś nam spłacał. Zakładamy, że będziemy wynajmować to mieszkanie, my nigdy takiego scenariusza nie braliśmy pod uwagę. Tak jak mówiliśmy, bo chcieliśmy mieć duże mieszkanie. Potem już myśleliśmy o budowie domu, a teraz zaczęliśmy się nad tym zastanawiać, że to może nie jest taki głupi pomysł, żeby takie przejściowe mieszkanie mieć”.

Jurek i Krysia mieszkanie na kredyt kupili kilka lat temu. Mogą już skonfrontować swoje wyobrażenie życia z kredytem z rzeczywistością. Krysia mówi: „Wyobrażenie nasze, ile pieniędzy jest na urządzenie mieszkania, to się w ogóle nie przekłada z tym, jakie były realia. […] My w ogóle myśleliśmy, że zdecydowanie dwa razy mniej wydamy pieniędzy, a tu non stop było coś. I cały czas jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia Jurek i Krysia czują się rozczarowani wieloma elementami procesu brania kredytu, zakupu mieszkania, wyposażania. Nic nie było takie, jak sobie wyobrażaliśmy – opowiadają zgodnie. W ich wypadku, jak w wielu innych, okazuje się, że wizje przyszłości – i tak już obarczone ryzykiem planowanie na wiele lat – nie muszą być prawdziwe. Wystarczy, że są przekonujące jak reklamy nowych mieszkań otoczonych zielenią, „10 minut od centrum Warszawy”.

5.

Trzecie spotkanie z Kamilem i Anią odbywa się już w ich własnym mieszkaniu. Ania mówi: „Dużo lepiej by było, gdyby jednak stać nas było, ogólnie młodych ludzi, na zakup swojego mieszkania, bez tego kredytu. Tutaj czuję takie rozgoryczenie, naszym państwem, jak to wygląda. Bez tego nie ma opcji, na pewno nie w Warszawie. Z drugiej strony, w mniejszym mieście, też nie ma szansy, bo nie ma tej pracy. Więc takie koło”.

il. Daniel Gutowski


PRZYPISY:


[1] Tekst opiera się również na badaniach Halawy wśród kredytobiorców hipotecznych prowadzonych niezależnie w latach 2010–2017, częściowo we współpracy z Mikołajem Lewickim.

[2] Cytaty z wywiadów pochodzą z badań Marty Olcoń-Kubickiej i Mateusza Halawy.