Szkoła Podstawowa nr 51, Katowice Giszowiec, proj. Stanisław NIemczyk, 1990-1993 (fot. K. Twardowska. All rights reserved)

Architektura wspólnoty

4 [51] 2015

12 | 07 | 2016

Nie jestem sam dla siebie projektantem

 

ze Stanisławem Niemczykiem rozmawia Kamila Twardowska

 

KAMILA TWARDOWSKA: Chciałabym porozmawiać o wspólnotowym wymiarze architektury. W Pana dorobku znajdują się projekty rozmaitych przestrzeni publicznych: od pawilonów handlowych, poprzez zespoły mieszkaniowe, przedszkola, szkoły i domy seniora, aż po kościoły. Czy jako architekt czuje się pan odpowiedzialny za rodzaj relacji, jaka nawiązuje się między ludźmi w projektowanej przez pana przestrzeni? I czy projektując budynek, można również „projektować” wspólnotę? Czy architektura jest dla pana narzędziem, które służy rozwijaniu wspólnotowości?

STANISŁAW NIEMCZYK: Zdecydowanie cała architektura temu służy, nie tylko publiczna. Są miejsca, które mogłyby istnieć bez architektury jako miejsca wspólnotowe. Powstają one od początku cywilizacji; nomadzi, zatrzymując się, tworzyli miejsca i tworzyli tym samym relacje. Dopiero później uzyskiwały one tę otoczkę materii, dającej ochronę i bezpieczeństwo, powstającej stopniowo i zmieniającej kształt. Ta materia była elementem dodanym do wspólnoty. Nie jest to dobra relacja, jeżeli my mówimy: „Wybudujmy otoczkę i wprowadźmy wspólnotę”; wtedy ta równowaga jest zachwiana. Projektując, przede wszystkim lubię poznać adresata projektu. Nie tylko lubię, wręcz tego wymagam. Chcę poznać te osoby. Ktoś może powiedzieć: „Ale do kościoła ktoś będzie chodził za sto lat i pan go nie będzie znał”. Nie szkodzi, bo znam tę osobę, która dzisiaj ze mną rozmawia, którą mogę sobie wyobrazić w tym miejscu. Tak samo przy projektowaniu domu czy nawet obiektu handlowego. Nie znam konkretnych klientów, ale potencjalnie wiem, że to jest, w mniejszym lub większym stopniu, moja społeczność. Mogę to rozciągnąć nawet bardzo szeroko i powiedzieć: „To jest mój kraj, moi rodacy tu będą chodzili”. Przy projektowaniu zawsze muszę myśleć o moich rodakach, o moich związkach z rodziną, z miejscem.

KT: Zatem z jednej strony mamy wyobrażenie konkretnego użytkownika, a z drugiej strony coś, co dzisiaj modnie nazywalibyśmy „konsultacjami społecznymi”. Jaki jest udział użytkowników w procesie projektowym? Chciałabym przede wszystkim zapytać o kościół i klasztor Franciszkanów w Tychach. Świątynia powstaje już od piętnastu lat, parafianie w tym czynnie uczestniczą, pasterki odbywają się na budowie. Sytuacja przypomina sposób organizowania się wspólnot wokół kościołów budowanych w PRL‑u, przy czym wtedy miało to zdecydowanie inne podłoże społeczne, zasadzało się na istnieniu wspólnego wroga, na oporze wobec władzy i wynikającej z nich potrzebie bycia razem. W jaki sposób dzisiaj, w zupełnie innych warunkach, udało się zbudować równie silną wspólnotę? Taką, dzięki której udział w życiu religijnym nie sprowadza się tylko do wejścia i wyjścia z kościoła?

SN: Wspólnota tutaj tak naprawdę dopiero się buduje. Ja nie wiem, kogo albo czego to jest wina, że ludzie z reguły wchodzą do kościoła i wychodzą jako osoby bezimienne. Niekiedy chcemy pozostać anonimowi. Ja zawsze zakładam interakcję między ludźmi, zawsze z kimś współpracuję. Nie jestem sam dla siebie projektantem, inwestorem, inspiratorem, zleceniodawcą. Nie, ja jestem usługodawcą, który odpowiada na pewne hasło, potrzebę, a w tej potrzebie muszę poznać człowieka, nie instytucję. Obojętne, jaka by była sama instytucja – to jest za mało. Tak na przykład tutaj, u franciszkanów, do spraw budowy jest oddelegowany jeden konkretny zakonnik, który rozmawia ze mną i którego ja bardzo potrzebuję. Czasem istnieje potrzeba konsultacji w szerszym gronie, z udziałem przełożonych z prowincji, a wtedy ja i ten człowiek, z którym współpracuję, mamy takie samo zdanie. Zawiązaliśmy taką naszą pierwszą wspólnotę myśli projektowej i nie chodzi o to, żeby jej za wszelką cenę obronić, tylko żeby ją rozwinąć. A czegoś takiego jak głosowanie społeczne na temat wyboru jakiejś koncepcji nie ma. To jest daleko posunięte nieporozumienie, nie żadna demokracja. Parafianie mówią: „Podoba nam się”, albo: „Chcielibyśmy jeszcze to”. I ja na takie wypowiedzi zawsze czekam. I to niekiedy są nawet uwagi ludzi niekoniecznie wierzących, albo innych wyznań; oni też się dzielili swoimi spostrzeżeniami. To jest dla mnie pobudzające. Relacja i z grupą parafialną, i z przełożonymi wyznaczonymi z ramienia klasztoru jest tu ważna. Tak jest przy każdym projekcie. Szukam w relacji z inwestorem emocjonalności, partnerstwa. Bez emocjonalności to ja biorę przepisy prawa budowlanego i mogę się jedynie w jakimś momencie zdenerwować nowym przepisem.

KT: Czy dość złożony program symboliczny kościołów zawsze jest pana pomysłem? Może jacyś księża, teologowie, ktoś jeszcze ma wpływ na zastosowanie tej konkretnej symboliki?

SN: My wszyscy, jako ludzie wierzący, mamy wyobrażenie tego, czym jest świątynia, jakimi atrybutami, środkami się posługuje, by osiągnąć daną symbolikę – i to jest pierwszy, podstawowy, elementarzowy zestaw, który powinien  każdemu katolikowi być znany. Gdy wierzący go nie zna, to bardzo źle. Często mnie pytają: „Czy kościół może zaprojektować niewierzący, protestant, żyd, obojętne kto?”. Wówczas zaprzeczam, choć nie w sposób kategoryczny. Wyjaśniam, w czym według mnie tkwi problem: w posługiwaniu się kodem tego wyznania. Jeżeli ja w nim wyrastam, a nie tylko pracuję dla niego – bo to są dwie różne rzeczy – to ja się z nim identyfikuję i chcę być człowiekiem tej wiary. Może mi się to udać bardziej lub mniej.

KT: I w tym sensie jest to projektowanie dla samego siebie.

SN: Przede wszystkim. Ja się do tego odnoszę zawsze przez swój pryzmat. Przyjmuję, że będę miał możliwość w tej świątyni się modlić i że ona jest dla mnie. Tak jak i dla innych…

KT: Ale jesteśmy też świadomi, że nie wszystkie osoby wierzące mają dostateczną wiedzę i wyobraźnię, żeby do końca zrozumieć tę architekturę i symbolikę jej przestrzeni.

SN: Wie Pani, jaki jest na to sposób? Jedna droga to jest taka, że się im to mówi, opisuje, a druga to jest katecheza. Ona trwa przez całe życie. Codziennie. Nie ma czegoś takiego, że my się raz nauczyliśmy prawd wiary, a parafianie, znając te symbole i rozumiejąc je, bardziej się identyfikują ze świątynią. To jest ich wspólna wiedza, bo w innym kościele jest już inaczej. I kiedy na budowie się spotkamy przy okazji różnych świąt – bo budowa jest otwarta tak naprawdę – wierni zadają pytania: „A dlaczego to jest takie?”, „A dlaczego to jest trójkącik?”. Kiedy widzimy twarz figury przedstawiającej świętego, jej atrybuty, to wiemy, kto to jest i kogo symbolizuje. Ale w elementach, które nie są realistyczne, naturalistyczne, wyobrażalne tak opisowo, powstaje pewien problem wyrażalności za pomocą materii budowlanej, struktur, form, kształtów. Ludzie są przyzwyczajeni do pewnego konkretnego realizmu.

KT: A inne realizacje. Giszowiec – miejsce z wyraźną architektoniczną tradycją i z dużym balastem problemów, nie tylko przestrzennych, ale przede wszystkim społecznych. Projektuje Pan tam szkołę podstawową – dla dzielnicy miejsce newralgiczne; takie, które w pewnej mierze będzie miało również wpływ na jej przyszłość. W oczywisty sposób to, jakie więzi dzieci nawiązują w szkole, jak się bawią i rywalizują, kształtuje je na całe życie.

SN: Tu Pani wyciągnęła temat, który jest aktualny: zmiana sposobu edukowania i podziału na szkoły podstawowe i gimnazja.  W szkole na Giszowcu elementem, który ewidentnie był podstawą rozwiązań przestrzennych i funkcjonalnych, była rozdzielność wiekowa szkoły. Nauczyciele mogą krążyć jak duchy po obu szkołach, dla nich ściany są przenikalne. Ale dla dzieci nie powinny być. Mamy tam dwa osobne wejścia, i to nie w jednej ścianie. Nie udajemy, że to jest osobno, tylko z jednej ulicy wchodzą maluchy klas 1–3 szkoły podstawowej, z drugiej wchodzą dzieci starsze, wtedy z klas 4–8. Mają całkowicie samodzielne zespoły klasowo‑szatniowo‑aulowe. Szatnie były szczególnym problemem, który dostrzegliśmy w innych szkołach. Szatnia powinna być przejrzysta, a nie być jakąś dziurą pełną zakamarków, gdzie światło nie świeci i nie ma kontroli wzrokowej, bo o taką w pierwszej kolejności chodzi. To powinna być przestrzeń przyjazna, tak jak klasy. Moja szkoła podstawowa powstała w międzywojniu i jej wspomnienie towarzyszyło mi w projekcie. Pamiętam, że wchodząc do szkoły, trzymałem się za mosiężną poręcz, otwierałem drzwi z mosiężnymi osłonami szkła i zaraz po prawej stronie, przy głównym holu, miałem dużą szatnię z wieszakami, ławeczkami, ze światłem, to nie był zakamarek; ona była w głównym miejscu wejściowym… Wracając do szkoły na Giszowcu: te dwa gospodarstwa, dla młodszych i starszych, funkcjonują niezależnie, ale powstawał dylemat: czy tworzyć dwie stołówki, dwie sale gimnastyczne? Dwa baseny? Nie, wtedy bylibyśmy rozrzutni. I dlatego kompleks sportowy stanowi zespół z basenem. Jest on dostępny dla ludzi z osiedla, dzieci mogą po południu przyjść z rodzicami. Szkoła nie jest zamknięta. A drugi wspólny zespół to była stołówka dla dzieci: prawdziwa dobra kuchnia z salą jadalną, nie jakiś tam bufecik ze śmieciem. Tak to było wszystko rozplanowane, że obiekt miał dwa patia, trzecie półotwarte, a zespół sportowy i żywieniowy oddzielone były osobnymi drzwiami od szkoły dla młodszych i starszych: na jednej przerwie otwartymi dla maluchów, a na drugiej dla dryblasów. W tej szkole są cztery sale gimnastyczne: dwie duże, dwie małe, oraz basen. Uważam, że szkoła ma być wybudowana dla dzieci jako przestrzeń edukacyjna i wychowawcza w całości. O edukacji nie decyduje tylko to, co nauczycielka powie na lekcji. Cały obiekt jest edukacyjny, wszystko zostało bardzo czytelnie rozwiązane. Materiały użyte do budowy mają być bardzo dobrej jakości, żeby były trwałe. Toalety muszą być przejrzyste, zawsze czyste. Nie ciasne, bo jedynie w ciasnocie powstaje brud spowodowany niemożnością sprzątania. I na tym nikt nie oszczędzał. W szkole pracowało trzydzieści sprzątaczek. Ten zespół pedagogiczny rozumiał, że szkołę trzeba dobrze utrzymać i nie można dzieci uczyć niechlujstwa, bałaganu, dziadowania, pisania po ścianach. Przez te dziesięć lat nie było tam popisanej ani jednej ściany. Mieliśmy świadomość, że z tych starych domów Giszowca, tych najskromniejszych – bo one były bardzo skromne – część dzieci nie miała warunków sanitarnych tak dobrych jak w szkole. I dlatego podkreślam: szkoła musi edukować w sferze życia, bo jest pierwszą po domu rodzinnym przestrzenią dla dziecka, i powinna uczyć najwyższych wartości. Kiedy dziecko wyjdzie z podstawówki, może już być bardzo różnie, jest starsze, jest zagrożone kontaktami z niewłaściwymi osobami. Musi być mocno ukształtowane, i dlatego szkoła ma być drugim domem dla dziecka: bezpiecznym; takim, żeby chciało je odwiedzić. Ja sam w ferie świąteczne chodziłem do mojej podstawówki na Giszowiec, bo było cicho, mogłem sobie pobyć, ile chciałem. To miejsce działa.

KT: Ta szkoła jest pewną enklawą, z okien klas nie widać blokowiska.

SN: Nie we wszystkich miejscach udało się uniknąć widoku bloków, na przykład można je zobaczyć, idąc korytarzem. Stary Giszowiec był pięknem zaczarowanym w tych domach. Część sal szkolnych wybudowaliśmy jako samodzielne domki, stojące dokładnie w tych samych miejscach, w których stały te, które kiedyś wyburzono. Odsunęliśmy się z budynkiem szkoły od ulicy, a na pierwszym planie pozostały te domki, tak jak kiedyś. Niektóre z nich zostały uratowane, a inne są nowe, ale w skali dawnych, ze skośnymi dachami. Zaprojektowaliśmy jeszcze bibliotekę, wykonaną tylko w niewielkiej części, mającą obsługiwać całe osiedle. Tak jak basen. I on też został zaprojektowany jak sala szkolna, i to nie tylko w takim sensie, że dzieci się uczą pływać. Można wejść pod nieckę basenu, tam jest wszystko wykończone, i pokazać dzieciom. To daje wyobraźnię techniczną i przestrzenną. Uzmysławia, że to jest realność, że są pomieszczenia, które obsługują basen: uzdatnianie wody, filtry powietrza, wszystko. Baseny zostały zaprojektowane jako oszklone pomieszczenia; na lekcje chemii nauczyciel może sprowadzić dzieci na dół, po wygodnych schodach. Tam jest małe laboratorium. Po co ja miałbym to chować, a dzieci jeździć do Centrum Nauki Kopernik? Nie wiem, ilu uczniów pójdzie w kierunku technicznym, a kto będzie humanistą. Ale dla humanisty rozwijanie wyobraźni jest tak samo ważne.