źródło: Barbara Nawrocka, Dominika Wilczyńska/kolektyw Palce Lizać, kadr z filmu animowanego Tryptyk o polskiej transformacji (część 1, 1970–1989)

Transformacja

3 [54] 2016

30 | 01 | 2017

Neoliberalizm udaje, że nie jest ideologią

 

z Rafałem Wosiem – dziennikarzem ekonomicznym, autorem książki „Dziecięca choroba liberalizmu” – rozmawiają Marta Karpińska i Dorota Leśniak-Rychlak


DOROTA LEŚNIAK‑RYCHLAK: Z pana perspektywy jak nacechowane jest pojęcie transformacji? Pozytywnie? Neutralnie?

RAFAŁ WOŚ: W polskim dyskursie publicznym przez lata było nacechowane pozytywnie, co miało związek z pozytywną oceną transformacji jako takiej. Zaczęło się to zmieniać w ostatnich latach. Sam oceniam transformację w sposób bardziej zniuansowany. Odczuwałem brak takiego podejścia, zanim zabrałem się za pracę nad książką. Wszystkie informacje o transformacji brzmiały jak z broszury reklamowej, jak opowieści o sukcesie: A prowadzi do B, B do C – i jest to najlepsza ścieżka, jaką można sobie wyobrazić. Albo inaczej – jedni mówili, że „przecież nie było alternatywy”, a drudzy: „wyobraźcie sobie, że alternatywy mogły być tylko gorsze”. Te narracje nawzajem się wzmacniały w przekonaniu, że obrana droga była optymalna. Jestem jednym z tych, którzy sprawdzili, w którym miejscu jednak optymalna nie była. Dlatego moja ocena transformacji jest nie tyle negatywna, co krytyczna.

DLR: Samo pojęcie transformacji zakłada, że istnieje jakiś model dojścia do określonego celu. Znamy kierunek i wiemy, co chcemy osiągnąć: włączamy się w ten zachodni świat, tam wszystko jest już poukładane i my sobie to teraz też poukładamy według tego wzoru.

RW: Ja sobie ustawiłem ramy polskiej transformacji trochę szerzej. Choćby chronologicznie, bo dla mnie ona się zaczyna w latach 80. Nie jestem w stanie wyznaczyć precyzyjnie momentu, kiedy pojawia się wola polityczna, zarówno po stronie obozu rządowego, jak i opozycji, która poprzez środki masowego przekazu zaczęła kreować nowy dyskurs. Na YouTube można zobaczyć wydania Dziennika telewizyjnego z lat 80. Jeszcze na początku dekady idzie przekaz typu: socjalizm, wizyty robocze itd. W drugiej połowie tej dekady pojawia się coraz więcej reportaży, których przekaz jest taki: „dajcie nam wreszcie ten rynek, zróbcie z nas normalne społeczeństwo”. Bez wątpienia opiniotwórcze elity dążące do przemiany w pewnym momencie stanowczo przejęły inicjatywę. Pojawił się spór dotyczący charakteru tej przemiany – ma być radykalna czy stopniowa. Wygrali zwolennicy radykalnej opcji. To, co proponowali, wiązało się z wieloma interesami różnych grup.

DLR: Zewnętrznych czy wewnętrznych?

RW: I zewnętrznych, i wewnętrznych. Wewnętrznych, czyli tej części nomenklatury…

DLR: Nomenklatura, transformacja. Te pojęcia są mocno osadzone w języku, prawda?

RW: Tak. Próbuję opisywać te procesy za pomocą języka, który jest zakorzeniony w literaturze. Jeden z rozdziałów mojej książki, bardziej socjologiczny, opowiada o wytworzeniu się w ramach mocno egalitarnego – teoretycznie – społeczeństwa PRL klasy uprzywilejowanej, owej nomenklatury właśnie. Przedstawicieli tej klasy polska rzeczywistość lat 80. też uwierała – chcieli jeździć za granicę, żyć jak na Zachodzie, mieć jachty, posyłać dzieci do dobrych szkół. No i myśleli, że jak dokonają przemian, to tak będzie. Z kolei zachodni biznes poszukiwał nowych rynków. Cała historia kapitalizmu to kreowanie potrzeb i szukanie nowych rynków. A w tej części świata było puste pole do zagospodarowania, ze złaknionym społeczeństwem trzymanym poniżej optymalnego poziomu konsumpcji i zadowolenia z możliwości samorealizacji, które było pozytywnie nastawione do wzorców zachodnich. Przemiany zaczęły następować w wyniku splotu tych czynników.

MARTA KARPIŃSKA: A jednocześnie upadek komunizmu utwierdzał tych wszystkich, którzy wierzyli w doktrynę wyznawaną przez Margaret Thatcher i Ronalda Reagana, że świat zmierza w dobrym kierunku.

RW: Tak. To był specyficzny moment, akurat tak się niestety złożyło. Pewnie gdyby blok wschodni upadł dziesięć lat później, to byłaby inna historia, mógłby wtedy nie upaść wcale. Nie widzę jednak powodu, żeby nie mówić o negatywnych skutkach transformacji. Całościowe przesłanie mojej książki, mógłbym sprowadzić do jednego zdania – polemizuję z hasłem, że transformacja nam się udała. Nie twierdzę, że była porażką – mówię, że różnie to było. Jednym się udało, innym nie. Natomiast ci zadowoleni z transformacji przemawiają w imieniu tych, którzy tego zadowolenia wcale nie czują.

DLR: W polskich relacjach o przemianie ustrojowej wciąż najmocniejszy jest aspekt polityczny: kto z kim się dogadał, dlaczego się dogadał, kto zachował dziewictwo itd. Kontekst ekonomiczny jest wypychany z tej narracji. Według mnie najbardziej interesujące w pana książce jest pokazanie, że zmiana ustroju jest logiczną konsekwencją splotu czynników zewnętrznych i wewnętrznych. Jak one się balansują w pańskiej ocenie?

RW: Bez wątpienia polska opowieść o transformacji była do tej pory polityczna, ale to nie jest charakterystyczne tylko dla tego konkretnego momentu, my w ogóle tak przedstawiamy historię. Opowiadamy historie królów, wielkich bitew, czyli zdarzeń politycznych. W podręcznikach historii zazwyczaj jest jakiś podrozdzialik o ekonomicznych uwarunkowaniach takiego czy innego wydarzenia – uczniowie zwykle tego nie czytają, bo to nudne. Tutaj jest podobnie. Gospodarka stanowi ważną część opowieści o transformacji, ale jest przedstawiana jednowymiarowo: nie dało się po prostu tego dłużej utrzymać, system zawalił się pod swoim własnym ciężarem i trzeba było to naprawiać. Ja się z tą dominującą narracją nie do końca zgadzam, z kilku powodów. Przede wszystkim, uważam, że czynniki polityczne i ekonomiczne były bardzo mocno splecione. To, że polska gospodarka znalazła się w roku 1989 w takim stanie, w jakim się znalazła, czyli z bardzo wysokim poziomem inflacji, odcięta od rynków zagranicznych z powodu ogłoszenia bankructwa przez rząd Jaruzelskiego w pierwszej połowie lat 80., wyschnięta, z tymi ludźmi wystającymi w kolejkach po podstawowe towary – ta sytuacja nie była jakąś immanentną cechą systemu komunistycznego. Stanowiła raczej konsekwencję tego, co wydarzyło się w polskiej polityce wcześniej, zwłaszcza na początku lat 80. Często postrzegamy cały okres PRL jako jednorodną całość. A to jest nieprawda. Byli różni liderzy, którzy prezentowali różne koncepcje polityki gospodarczej. Gierek był inny niż Gomułka, wczesny Gierek był inny niż późny Gierek itd. W latach 80. mamy jednak do czynienia z ostrym konfliktem politycznym. Nie udaje się go zażegnać, tak jak to bywało w poprzednich dekadach – rok 1956 czy 1970 przyniosły przecież nowe otwarcia. Ekipy, na których czele stali najpierw Stanisław Kania, a potem Wojciech Jaruzelski, nie dostają tego poparcia społecznego, które jednak dostał Gierek („Pomożecie? Pomożemy!”). Zamiast tego pojawia się Solidarność, obóz władzy reaguje stanem wojennym i właściwie przez resztę dekady mamy okres ostrego konfliktu politycznego, w którym gospodarka nie może się rozwijać. Nie ma takiej siły, żeby gospodarka – nawet kapitalistyczna – kwitła w takich warunkach. Gdyby w społeczeństwie kapitalistycznym było tak, że są dwa na śmierć i życie skłócone obozy polityczne – dużo mocniej niż dziś – to państwo by nie działało. Gospodarkę paraliżują strajki, nie ma produkcji, rynki są odcięte, brakuje środków w budżecie, system podatkowy nie funkcjonuje – wszystko się wali jak domek z kart. I sytuacja roku 1989 jest konsekwencją konfliktu, jaki sobie zafundowaliśmy.

MK: Czy jednak ten konflikt nie był skutkiem niewydolności gospodarki, do której doprowadziła ekipa Gierka, na co dodatkowo nałożył się światowy kryzysu paliwowy?

RW: Ja uważam, że to było trochę bardziej skomplikowane. Upadek Gierka miał przyczyny (jak zawsze) wewnętrzne i zewnętrzne. Wewnętrzne – to brak demokratycznego mechanizmu korygowania arbitralnych decyzji ekonomicznych. Zewnętrzne – to pogorszenie warunków obsługi długu zagranicznego. Krótko mówiąc, Gierek wpadł w tę samą pułapkę, co kraje Ameryki Łacińskiej. A to, że dziś patrzymy na gospodarkę Gierka jak na dyletantyzm, jest wynikiem utrwalenia się w powszechniej świadomości narracji ekipy Jaruzelskiego i Kani o marnotrawnym poprzedniku (to znany trick przy każdej zmianie władzy, do dziś). Opowieść tę siłą rozpędu powtórzyła i przyjęła III RP, dodając doświadczenie strasznych lat 80. Pamiętajmy, że pod koniec lat 80. wprowadzane są reformy ekonomiczne: zaczyna Zbigniew Messner, potem kolejne wprowadza rząd Mieczysława Rakowskiego. Te ostanie są kojarzone z nazwiskiem Mieczysława Wilczka, ministra przemysłu w rządzie Rakowskiego. To są bardzo rynkowe rozwiązania – rząd, między innymi, uwalnia ceny żywności, co wywołuje hiperinflację. Tego zjawiska nie było wcześniej w PRL. I na to wchodzi w 1989 roku ekipa Balcerowicza. Jeśli wiemy, że i rząd i opozycja chcieli tego samego – liberalizacji gospodarki – to tłumaczenie Leszka Balcerowicza, że musiał podjąć takie, a nie inne kroki, bo komuna wywołała galopującą inflację, jest o tyle nieprawdziwe, że właśnie do tego zjawiska doprowadził najbardziej liberalny rząd PRL. Czyli z jednej strony dolewamy benzyny, a z drugiej strony gasimy i mówimy, że inaczej się nie dało. W tym miejscu polemizuję z opowieścią, w której gospodarkę traktuje się jak zjawisko pogodowe: przychodzą chmury, leje deszcz, no, nie dało się inaczej, taki mamy klimat. Jednak warto się przestawić na inną logikę, bo jest to bardzo uwalniające pod względem myślowym. Możemy rozważać różne scenariusze postępowania na dalszym etapie transformacji, bo dla mnie transformacja nie kończy się z Balcerowiczem, tylko trwa właściwie do dziś. Nie wszyscy lubią wolność intelektualną, która przyjmuje, że można było przeprowadzić ten proces inaczej. Mam wrażenie, że niektórzy – choć pewnie uważają się za bardzo otwarte umysły – są przywiązani do ułudy o sprawiedliwym świecie: to, co się wydarzyło, musiało się wydarzyć. Cała dyskusja o transformacji dotyczy nie konkretnych rozwiązań gospodarczych, ale narracji politycznych. Tych wielkich, na które składają się mniejsze „podnarracyjki”. I kiedy z tej opowieści wypada jeden fundamencik, to zwolennicy pozytywnej opowieści o transformacji bardzo się denerwują. Na mnie też się zdenerwowali, kiedy wydałem swoją książkę.