Robot HONDA Asimo dyrygujący orkiestrą

Przestrzenie pracy

2 [61] 2018

04 | 02 | 2019

Nasze roboty społeczne

Z Nunzią Bonifati, dziennikarką naukową i wykładowczynią filozofii na Uniwersytecie Tor Vergata w Rzymie rozmawia Emiliano Ranocchi.

 

Emiliano Ranocchi: Chciałbym zacząć od bardzo ogólnych pytań: jaka historycznie była rola mechanizacji pracy? Jakie były podstawowe etapy jej rozwoju? W jakim punkcie znajdujemy się dziś i czego możemy się spodziewać w najbliższej przyszłości, nie popadając przy tym w narracje zaczerpnięte z fantastyki naukowej?

Nunzia Bonifati: Prawdziwa mechanizacja pracy miała miejsce na przełomie XVIII i XIX wieku wraz z pierwszą rewolucją przemysłową, która spowodowała masowe zastosowanie automatycznych maszyn o napędzie wodnym lub parowym w zakładach przemysłowych. Wśród pierwszych znalazły się mechaniczne krosna tkackie na tyle skuteczne – szczególnie jeśli chodzi o tkanie jedwabiu – że tradycyjne pracownie z ręcznymi krosnami miały poważne problemy.

Najpierw rzemieślniczą, a następnie rolną produkcję dzięki „pracującym maszynom” stopniowo zastępowano przemysłową. Była to zmiana paradygmatu: maszyna przestaje być jedynie narzędziem uruchamianym pod ludzką kontrolą, a staje się „maszyną operatywną” (skuteczną i efektywną), zdolną do tego, by narzucać robotnikowi tempo i czynności; robotnik staje się częścią integralną produkcji, prowadząc pracę mechaniczną, jak gdyby sam był trybikiem maszyny. Nie przypadkiem klasa robotnicza powstaje jako rezultat pierwszej industrializacji, właśnie wraz z pierwszymi maszynami parowymi, nie po to, by nimi kierować, lecz jedynie po to, by je wspomagać. Nie oznacza to jednak, że na skutek pierwszej industrializacji warunki robotników się pogorszyły. Wręcz przeciwnie. Maszyny skracały i ułatwiały ludzką pracę. Jednak to w tej fazie historycznej wybucha pierwszy wielki konflikt między pracownikiem a maszyną. Wystarczy wspomnieć o oporze, na jaki natrafiło wprowadzenie krosna Jacquarda (1800), największego wynalazku w przemyśle tkackim. Ta wyjątkowo wydajna maszyna spowodowała rewolucję w tkactwie, jednak była bojkotowana przez samych pracowników – poprawiała warunki pracy, ale jednocześnie zabierała im tę pracę.

W drugiej rewolucji przemysłowej (połowa XIX wieku–początek XX wieku), w ogromnym skrócie, podstawową rolę odegrały naukowo-technologiczna innowacja oraz kapitalizm „o ludzkiej twarzy”, któremu zależało na gospodarczym i kulturowym rozwoju kraju. Powstaje wielki przemysł z linią produkcyjną i utwierdza swoją pozycję w każdym sektorze produkcji oraz w usługach (w pierwszej kolejności w transporcie). W rewolucji tej pierwsze skrzypce grają coraz bardziej złożone maszyny. Robotnicy już nie protestują przeciwko maszynom, lecz przeciwko przemysłowcom, którzy uczynili ich trybikami łańcucha montażowego (obraz choćby z Dzisiejszych czasów Charliego Chaplina). Trzecia rewolucja przemysłowa ma miejsce po II wojnie światowej, pod naporem postępu i innowacji technologicznej (przede wszystkim na polu energetyki jądrowej i telekomunikacyjnych systemów satelitarnych). W środku tej rewolucji są automatyzacja i komputer, ale jest ona na tyle złożona, że nie da się jej opisać w kilku słowach. Mogę jednak powiedzieć, że w tym kontekście pracownik stopniowo traci możliwość kontroli całego procesu produkcji artefaktu. To dlatego, że w najbardziej zaawansowanych (czytaj: zinformatyzowanych) fabrykach w sposób wybiórczy i wysoce wyspecjalizowany wytwarzane są tylko niektóre części składowe pewnego produktu, na przykład samochodu, który jest składany gdzie indziej. Zatem walczący robotnik już nie jest w stanie blokować cyklu produkcji, by bronić swoich praw lub domagać się podwyżki. Część, którą robotnik wytwarza, jest bowiem zaledwie jedną z wielu komponentów końcowego produktu. Podsumowując: robotnik został wyrzucony z całego cyklu produkcji. Frustracja ta odbija się na relacji człowiek–maszyna: w epoce elektroniki robotnik już nie wie, jak działa maszyna, którą uruchamia; widzi tylko obiegi, nie mechanizmy, karty, nie koła zębate. Mimo to na Zachodzie warunki robotników się poprawiają. Poczynając od lat 60. ubiegłego wieku, w fabrykach przy łańcuchu montażowym zaczynają pracować roboty. Coraz częściej zwalnia się robotników z wykonywania czynności powtarzalnych i alienujących, typowych dla łańcucha montażowego. To jednak nie powoduje bezrobocia.

Roboty stają się bohaterami dzisiejszej rewolucji przemysłowej. To tak zwana industria 4.0, która charakteryzuje się połączeniami pomiędzy inteligentnymi maszynami cyfrowymi, ten nowy przemysł dąży do współpracy między zintegrowanymi maszynami a pracownikiem. Jesteśmy u zarania rewolucji, w której systemy inteligentne staną się najważniejsze.

W fabrykach będzie coraz więcej współpracowników robotów. Stanowią oni łącznik pomiędzy robotem przemysłowym a społecznym. Pojęcie staje się jasne, jeśli wyobrazimy sobie wspólne narzędzie na prąd, na przykład wiertarkę, zintegrowane z systemami inteligentnymi. W fabryce, w pracowni, w laboratorium robotnicy i rzemieślnicy dzisiaj pracują wespół z robotami współpracownikami, bez ryzyka dla własnego bezpieczeństwa. Dzieje się tak dzięki ulepszeniu systemów uczenia się i kontroli (blokują się, jak tylko zbliżymy się do obszaru ich działania). Roboty współpracujące są elastyczne i przyjazne dla użytkownika, wychodzą naprzeciw potrzebom małych i średnich przedsiębiorstw, zajmą więc istotne miejsce w czwartej rewolucji przemysłowej, w której fundamentalna rola przypadnie właśnie systemom inteligentnym.

ER: Czego możemy się spodziewać w przyszłości?

NB: Trudno przewidzieć. Na pewno będziemy świadkami dwóch zjawisk. Pierwszym jest stopniowy proces humanizacji systemów inteligentnych, które zastąpią prawie wszystkie prace zwykle wykonywane przez człowieka. Będziemy coraz częściej interreagować z robotami (nie tylko w pracy, wszędzie). Interakcja ta pociąga za sobą ryzyko, że będziemy „schodzić” na poziom maszyn, a to dlatego, że nastąpi chwila, gdy gama ludzkiej komunikacji zostanie sprowadzona do gamy komunikacji maszyny. Widzimy to już teraz na portalach społecznościowych: jeśli nie da się odróżnić tego, co jest generowane przez człowieka, od tego, co jest generowane przez robota, to dlatego, że komunikacja człowieka niewiele różni się od komunikacji maszyny. To do nas należy podniesienie poziomu komunikacji, nie do maszyny. Drugim fenomenem, którego będziemy niechybnie świadkami, jest stopniowe zastępowanie ludzkich pracowników robotami. W pierwszej kolejności na obszarze przemysłu, gospodarki rolnej i transportów.

Z drugiej strony roboty współpracujące mogłyby spowodować odrodzenie rzemiosła, przywracając wartość ludzkiej kreatywności, która w fabryce liczy się tylko na poziomie zarządzania i dizajnu. Współpraca między robotem i pracownikiem, będąca już rzeczywistością w fabrykach 4.0, w rzemiośle mogłaby być antidotum wobec globalizowanej produkcji przedmiotów do siebie wzajemnie podobnych.

ER: Czy dostrzegasz różnice jakościowe w stosunku do dzisiejszego rozkwitu robotyki w porównaniu z użyciem maszyn w przeszłości, czy są to tylko różnice ilościowe? Obawa przed tym, że maszyna może zastąpić człowieka w pracy, daje o sobie znać od samego początku rewolucji industrialnej. Czy to ten sam strach? Czy też dzisiejszy jest bardziej uzasadniony? Czy możemy się spodziewać nadejścia nowego luddyzmu?

NB: Od zawsze maszyny do pracy projektowano i budowano w celu polepszenia produkcji, zarówno pod kątem ilości, jak też jakości, oraz poprawienia warunków pracy robotników. Nie przypadkiem jednym z pierwszych robotów przemysłowych był spawacz (Stany Zjednoczone, 1961) w fabrykach samochodowych. Wspomagał produkcję aut, ale też zapobiegał częstym wypadkom robotników przy pracy.

Jeśli chodzi o utratę miejsca pracy, nie sądzę, żeby to się zmieniło. Ludzie po prostu lubią, by wszystko toczyło się dalej dawnymi torami. Boimy się innowacji, także dlatego że wolimy zaspokajać natychmiast swoje własne potrzeby (także jeśli chodzi o możliwości płacowe), stąd ewentualne przyszłe korzyści wynikające z technologicznej innowacji coś mało nas interesują. Jeśli stracę miejsce pracy, która, jakkolwiek straszna i wyniszczająca, dostarcza mi niezbędnych, minimalnych środków do przeżycia, po co mam się zachwycać krosnem Jacquarda?

Angielscy robotnicy, którzy na początku XIX wieku niszczyli maszyny, jak Ned Ludd przed laty zniszczył krosno, postrzegali maszyny jako nieuczciwych współzawodników, którzy w najbliższej przyszłości mieli doprowadzić ich do bezrobocia. Zamiast jednak złościć się na właścicieli, swoją frustrację rozładowywali na maszynach. Dzisiaj, kierując się podobną logiką, przedsiębiorstwa niechcące inwestować w technologię i kapitał ludzki, lokalizują zakłady tam, gdzie siła robocza jest tańsza. W ten sposób obciążają robotników pracą wyniszczającą i rutynową, którą roboty wykonują lepiej od człowieka. Jest to przejaw mentalności prymitywnej, która nikomu nie służy i przeciwko której ruch robotniczy walczył już za czasów Karla Marksa.

Obawy są dzisiaj jednak bardziej uzasadnione, ponieważ każda kategoria pracownika zostanie prędzej czy później zastąpiona połączonymi z sobą systemami robotycznymi. Już dziś każdy rodzaj pracy powtarzalnej, mechanicznej, niemożliwej lub zbyt niebezpiecznej do wykonywania może zostać powierzony robotowi, na ogół ze skutkiem efektywności, wydajności i bezpieczeństwa. Nawet astronautów zastępuje robot, lub pomaga im (jak roboty rover, które od lat eksplorują planetę Marsa).

Prawdopodobnie kategoria robotników rolnych oraz robotników niewyspecjalizowanych przejdzie kiedyś do lamusa. Także kierowców zastąpią autonomiczne samochody. Drony i środowiskowe systemy kontroli będą mogły przejmować wiele funkcji obecnie wykonywanych przez stróży prywatnych, policjantów i strażników miejskich. Trudno mi się o tym myśli, ale za sprawą najbardziej rozwiniętych metodologii i narzędzi zdalnej dydaktyki także nauczyciele mogą zostać kiedyś zastąpieni przez systemy inteligentne.

Nie wydaje mi się jednak, by miała nas czekać fala protestów podobna do luddyzmu. Proces będzie bowiem powolny i stopniowy, i zostawi ludziom czas, by nie tylko się do niego przyzwyczaili, lecz także zaakceptowali stałą kondycję bezrobocia. Tak jest już we Włoszech, gdzie młodzi, którzy decydują się na to, by zostać w kraju, godzą się na wykonywanie prac dorywczych, mało płatnych, bez najmniejszej perspektywy na przyszłość i założenie rodziny. A mimo to nikt nie protestuje. Być może dlatego, że młodych we Włoszech jest niewielu, a ci nieliczni są przyzwyczajeni do braku praw. Problem można rozwiązać, stosując dalekosiężne polityczne strategie na obszarze pracy oraz podnosząc poziom wykształcenia. Jak już mówiłam, jestem przekonana, że jeśli potrafimy i będziemy chcieli pokierować tą czwartą rewolucją przemysłową na rzecz ludzkich praw, a nie zysku, uda nam się uniknąć bezrobocia. Byleby roboty były naszymi podporządkowanymi współpracownikami – postaciami ważnymi i kompetentnymi, z którymi będziemy się konfrontować, jednak pozbawionymi mocy decyzji.

ER: Chciałbym jeszcze poruszyć dwa ważne i bardzo aktualne punkty. Jednym z obszarów, w których najczęściej mowa o robotach (obecnie szczególnie w Japonii), jest opieka nad starszymi ludźmi i osobami samotnymi. W oczach ludzi z Zachodu stwarza to pewne problemy etyczne, bo wydaje nam się, że człowiek ma prawo do bycia zaopiekowanym przez innego człowieka. Ale być może to my jesteśmy w błędzie i roboty będą w stanie świetnie sobie radzić także i z tym zadaniem?

NB: Z Japonią łączy nas czynnik demograficzny: Japończycy są długowieczni i mają mało dzieci, podobnie jak my. Praca, odległości i wiek emerytalny, który przesuwa się coraz bardziej, w tym kontekście stanowią przeszkodę dla opieki nad potrzebującymi, nawet jeśli są nimi nasi najbliżsi. Nie przypadkiem powierzamy opiekę nad starszymi osobami i nad dziećmi ludziom zatrudnianym na godziny lub całodobowo, w zależności od potrzeb. Nie mamy przy tym żadnych skrupułów, często staramy się im jak najmniej płacić, dowodząc w ten sposób, jak mało ich szanujemy właśnie jako ludzi. Roboty społeczne mogłyby zatem stanowić alternatywę. Ale wydaje mi się, że trudno będzie przekonać ludzi z Zachodu, by powierzyć maszynom opiekę nad swoimi bliskimi. Choć ostatecznie, wywołując potrzebę, rynek jak zwykle wygra i ten mecz Wracając do problemów etycznych, nie wydaje mi się, by ludzie z Zachodu zbytnio zaprzątali sobie tym głowę. Główne cechy robota społecznego to: ładny dizajn, elastyczne materiały, lekkość, giętkość ruchów, wyraźne zdolności zmysłowe i ruchowe. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że robot społeczny potrzebuje doskonałego interfejsu człowiek-maszyna. Łatwo się to mówi, trudniej z realizacją. Tym bardziej, że kwestia nie dotyczy wyłącznie inżynierii. By zaprojektować maszynę, która będzie wykonywała różne czynności w otoczeniu domowym, trzeba – ni mniej, ni więcej – ludzkiej wiedzy. Inżynierzy i naukowcy powinni pracować z mnóstwem ekspertów, by odpowiedzieć na pytania, jakie stawia koegzystencja z robotami: jak powinny wyglądać? Jak powinny się zachowywać? Jak powinny komunikować? By móc odpowiedzieć na te pytania, potrzebni są antropolodzy, językoznawcy, semiotycy, filozofowie, socjolodzy, lekarze, psycholodzy, architekci, dizajnerzy i inni artyści. Pamiętając cały czas, że są jeszcze kluczowe pytania natury etycznej, na które muszą odpowiadać sami projektanci, nie tylko filozofowie i etycy. Powstają problemy prawne z zakresu odpowiedzialności cywilnej i karnej, bezpieczeństwa i prywatności: potrzebny jest zatem wkład prawników i adwokatów. Jest wreszcie badanie przełożeń na ekonomię, gospodarkę i politykę: potrzebni są ekonomiści, socjolodzy, politolodzy, statystycy itd. Ta złożoność czyni robotykę być może najbardziej interdyscyplinarną i transdyscyplinarną nauką, jaka istnieje. To coś cudownego, ja kocham robotykę właśnie ze względu na tę wyjątkową złożoność. Ale jestem też pewna, że wszystkie te badania nie zostaną przeprowadzone. Trzeba by było bardzo dużo czasu, niebotycznych inwestycji i poczucia odpowiedzialności. To się rynkowi nie opłaca. No i w rezultacie w sprzedaży znajdą się kosztowne roboty społeczne o dyskusyjnym designie i z mnóstwem wad na poziomie oprogramowania, które zresztą powodują także problemy prywatności. Są to kwestie moralne, które otwierają wielkie problemy zarządzania sprawami ludzkimi.

Prywatność na przykład jest kwestią moralną. Dlaczego? Każdy robot społeczny jest podłączony bezprzewodowo do sieci w celu instalowania aktualizacji programów i zachowywania codziennie w chmurze gigantycznej masy danych. Nie jest to rzecz błaha. Na przykład robocik, który czyta bajkę na dobranoc naszym dzieciom, na dłuższą metę zgromadzi znacznie więcej informacji o życiu naszej rodziny, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Przyrząd zobaczy, usłyszy i zapamięta dane o przyzwyczajeniach, chorobach, szkolnych sukcesach naszych dzieci, a to już wystarczy, by mieć dość szczegółowy obraz życia konkretnej rodziny. Do tych przyrządów można się włamać, narażając na szwank naszą prywatność i bezpieczeństwo. Co by się stało, gdyby te dane wpadły w ręce organizacji przestępczych, towarzystw ubezpieczeniowych, prześladowców lub chociażby zwykłych firm, które mogłyby je wykorzystać do bezpośredniego marketingu? Nie możemy spać spokojnie. Tym bardziej że portale społecznościowe już odzwyczajają nas powoli od ochrony prywatności. Powierzchowność zachowań internautów nasila problemy z bezpieczeństwem informatycznym. Prywatność jest zagrożona , skoro można ją naruszyć nawet w najbardziej chronionych systemach. Zasada jest taka: kiedy wymyślimy zamek, nawet najbardziej technologicznie zaawansowany, prędzej czy później ktoś wymyśli także i klucz. W sprawie bezpieczeństwa informatycznego i prywatności roboty społeczne, nasze przyszłe nianie i opiekunki, są ogromnym problemem. Wiemy bowiem, że hasła nie wystarczą i jedynym sposobem, by bronić się przed możliwymi włamaniami online, będzie ochrona naszych robotów z taką samą gorliwością, z jaką ochraniamy naszych bliskich, nasz dom i nasze pieniądze. To nie jest możliwe przy połączeniach bezprzewodowych.

Inne problemy moralne wynikają z tego, że roboty mogą popełniać błędy podobne do ludzkich. W wypadku szkód, nie ma konsekwencji prawnych, bo trzeba ustalić, czyja jest odpowiedzialność cywilna lub karna. Jeśli jednak polityka nie podejmie kroków w tym kierunku, biura prawne producentów zastosują wcześniej odpowiednie środki, by się zabezpieczyć. Rynek robotów powinien być regulowany, przede wszystkim dlatego, że to społeczeństwo musi wziąć na siebie odpowiedzialność za ewentualne „przewinienia” maszyn, szukając najlepszych i najsprawiedliwszych rozwiązań, by zagwarantować wspólne dobro oraz przestrzeganie obowiązków i praw ludzkich. To nie zmienia jednak faktu, że dzieląc się przestrzenią z robotami, nie jesteśmy w stanie zlikwidować możliwości błędu. Możemy go jedynie zminimalizować.

Kolejnym problemem etycznym związanym z robotami społecznymi (ale, jak pewnie zrozumiałeś, ja wolę mówić o problemie moralnym) jest tzw. oddelegowanie technologiczne. W hipotetycznym społeczeństwie sprawiedliwym roboty mogłyby nas wyzwolić nie tylko od niewoli pracy ciężkiej i upokarzającej, ale także od samotności. Technologiczne oddelegowanie zakłada jednak wysoką cenę do zapłacenia: szeroko pojęte uzależnienie od maszyn. Chętnie cenę tę płacimy, kiedy stosunek między korzyścią a kosztami jest na plus, jak to się dzieje z lekami. Ale kiedy powierzamy robotom zadania wdzięczne i kreatywne, jak opieka nad ludźmi, rzeczy się zmieniają. Trudno przewidzieć, do jakiego rodzaju uzależnienia by to nas doprowadziło i z jakim skutkiem. Przede wszystkim w rozwoju dziecka i osoby młodej oraz w psychicznym zdrowiu starszego człowieka. Nie dysponujemy jeszcze badaniami, byłby to jak skok w ciemno, wielki eksperyment na żywym organizmie. Oddelegowanie technologiczne moim zdaniem nie powoduje problemów tylko wówczas, gdy interakcja pomiędzy człowiekiem a robotem pozostawia pole dla ludzkiej kreatywności i mocy decyzji. Weźmy jeszcze raz przykład robotów współpracujących: w domu roboty-narzędzia przydałyby się do uproszczenia i poprawienia pracy ręcznej. Tutaj nie ma uzależnienia, bo przeważa kooperacja, ta ostatnia  ograniczona do roli i funkcji robota, który jest tu po to, by nam służyć. Jednak praca opiekunki czy niani nie da się sprowadzić do pracy maszyny, bo jest zbyt złożona. Ci pracownicy nie są narzędziami, lecz osobami ludzkimi z własną tożsamością, uczuciami, tradycjami, kulturą i wolną wolą. Funkcji związanych z opieką nie można oddzielić od tożsamości i wolności podmiotu, który opiekuje się inną osobą. Uważam, że nie powinniśmy powierzać opieki nad ludźmi maszynom, chyba że jako wsparcie dla osoby w usługach, które roboty potrafią wykonywać szczególnie dobrze (na przykład mycie naczyń, podłóg, sprzątanie, zarządzanie kalendarzem wizyt u lekarza oraz rozkładem godzin, kiedy poszczególne leki mają być przyjmowane).

ER: Następne pytanie jest znowu bardzo szerokie, możesz wybrać tylko jeden wątek i odpuścić sobie pozostałe: w jakiej mierze roboty są konsekwencją systemu neoliberalnego? Gdybyśmy podważyli ten system lub próbowali go naprawić, co by się stało z robotami?

NB: Po części już odpowiedziałam na to pytanie, ale dodam, że roboty na szczęście nie są konsekwencją neoliberalizmu, lecz zdumiewających ludzkich zdolności inżynieryjnych w połączeniu z wiedzą i we współpracy z ekspertami z różnych dyscyplin. Jednak nie możemy zostawić rynkowi zarządzania handlem czymkolwiek, a tym bardziej maszynami tak fenomenalnymi i potencjalnie niebezpiecznymi, jakimi są roboty. Teoretycznie na Zachodzie rynek jest regulowany, i gdyby reguły te faktycznie działały jak powinny, neoliberalizm według mnie byłby tylko teorią. Jeśli znajduje coraz to nowsze fortele, by wyjść na swoje, to dlatego, że interesów jest tu wiele, presje są duże i polityka, czując się w potrzasku, na to ciągle pozwala. Powinniśmy zmienić model rozwoju ekonomicznego, ale nawet nie wybiegając za daleko, już wielkim wydarzeniem byłoby zachować liberalizm, który jako model pasuje do kapitalizmu w przestrzeganiu praw człowieka.

ER: Wreszcie prowokujące pytanie na fali aktualnej włoskiej polityki: czy dochód podstawowy może stanowić odpowiedź na rozpowszechnienie robotów?

NB: Powiedziałabym, że nie, że jest wręcz przeciwnie. Włochy nie ustępują innym krajom pod względem kreatywności i innowacji, z których czerpią nauka i technologia. Oczywiście w cywilizowanym kraju zapewnienie dochodu podstawowego bezrobotnym jest obowiązkiem. Ale to powoduje wzrostu ekonomicznego. Zresztą dane potwierdzają, że roboty tworzą więcej miejsc pracy, niż zabierają. Stopniowo coraz więcej zawodów będzie wykonywanych przez roboty, dla człowieka zostaną tylko te zawody, których maszyny nie mogą wykonywać. Na przykład dzisiaj (i mam nadzieję także w przyszłości) nie będzie maszyn wyposażonych w empatię, instynkt, uczucia, duchowość, kreatywność (w sensie łamania istniejących schematów w celu wynalezienia nowych), no i przede wszystkim maszyny nie mają i – tak sądzę – nigdy nie będą miały wolnej woli polegającej na możliwości wyboru pomiędzy dobrem a złem (moralność). Wszystkie zawody, które wymagają tych cech ludzkich (na przykład pielęgniarz lub nauczyciel), nie będą mogły być wykonywane przez roboty.

ER: Czy nowoczesność nie dokonała pewnej mechanizacji człowieka także w środowisku pracy? Określenie norm ergonomii w pracy z jednej strony zapewnia rodzaj komfortu ciałom, ale w tym samym czasie zakłada standardyzowaną, a zatem abstrakcyjną ideę istoty ludzkiej. Czy można wyjść z tej dychotomii?

NB: Na pierwsze pytanie trudno odpowiedzieć w kilku zdaniach. Tym bardziej, że idea człowieka jako maszyny jest historyczna, opiera się na dualizmie dusza–ciało i ugruntowuje się w XVII wieku na skutek Kartezjuszowskiego dualizmu umysł–ciało (pierwszeństwo umysłu nad ciałem), by dojść do naszych czasów, gdzie funkcjonuje ona jako dualizm umysł–mózg. Upraszczając, mogę powiedzieć, że skoro maszyny są wytworem ludzkiego umysłu, są też do nas podobne: są projektowane po to, by wykonywać pewne czynności na naszym miejscu, jest zatem naturalne, że się w nich odbijamy; nawet tyleż osobliwy, co niezrozumiały dualizm software–hardware odzwierciedla po części dualizm umysł–ciało. To powiedziawszy, mechanizacja istoty ludzkiej nie jest moim zdaniem niczym innym, jak tylko jedną z wielu konsekwencji dualizmu umysł–ciało. Już się tłumaczę: jeśli ludzkie ciało jest jak maszyna, mechanizacja pracy fizycznej jest czymś naturalnym. Kiedyś wykonywali ją niewolnicy, dzisiaj w dużej mierze maszyny (nieprzypadkowo Norbert Wiener, ojciec cybernetyki, z goryczą i niepokojem nazywał maszyny „niewolnikami mechanicznymi”). Problem polega na tym, że produkcja przemysłowa (która musi być seryjna z oczywistych  powodów) narzuca standaryzację procesów. W efekcie istota ludzka musi się dopasować do procesów produkcji (jak już mówiłam w łańcuchu montażowym robotnik był zaledwie trybikiem procesu produkcji). Dzisiaj to roboty wykonują większość prac polegających na powtarzaniu w kółko tych samych czynności. Jednak koncepcja się nie zmienia, także konsument musi się dopasować do procesów produkcji, akceptując towary standardowe, realizowane dla pewnych typologii ogólnych konsumentów (tzw. target). To dotyczy także technologicznych aplikacji. Co do ergonomii i designu jednak wydaje mi się, że rzeczy mają się nieco inaczej, jako że jest świadomość granic standaryzacji. Równocześnie także w ergonomii standaryzacja jest konieczna: należy się skupiać na tym, co łączy cały rodzaj ludzki.

ER: Coraz popularniejsze są biometryczne przyrządy kontroli, poczynając od skanujących twarz lub źrenice, kiedy chodzimy do pracy, po mierzące nastrój, stosowane w Chinach. W jakim stopniu kontrola przy pracy stanie się częścią składową życia ludzkich organizmów, cyborgów. Czy można myśleć o wyzwoleniu z technologii biometrycznej kontroli jako prawie człowieka?

NB: Po zamachu 11 września 2001 roku zgodziliśmy się oddać nasze dane osobowe, nawet biometryczne, w zamian za bezpieczeństwo. Dzisiaj, szczególnie na lotniskach, środki bezpieczeństwa już nie są odbierane jako zagrożenie dla człowieka, gdyż nie są widzialne. W większości przypadków są to niezwykle wyrafinowane kontrole biometryczne, potrafiące rozpoznać człowieka nawet już tylko po sposobie chodzenia. Oczywiście narzędzi technologicznych można używać i nadużywać. Wyobraźmy sobie użycie systemów rozpoznania w ręku dyktatorów, mafii czy zorganizowanej przestępczości lub terroryzmu. Istnieje także ryzyko, że systemy biometrycznego rozpoznania będą coraz częściej stosowane przez pracodawców (w szczególności międzynarodowe korporacje) do tego, by sprawować nadzór nie tylko nad produktywnością pracowników, lecz także nad ich lojalnością wobec filozofii firmy. Celem może być na przykład zapobieżenie jakimkolwiek żądaniom związkowym. Być może jedyną możliwą formą obrony byłaby odmowa podejmowania pracy w firmach stosujących techniki nadzoru biometrycznego. Biorąc pod uwagę, że wraz z przemysłem 4.0 w zachodnim świecie szykuje się przemiana robotników w białe kołnierzyki (kadry kierownicze), kontroli wielkiego brata podlegaliby pracownicy wykształceni i wykwalifikowani, skłonni zatem do tego, by znieść warunki nadmiernej kontroli tylko jeśli pozbawi się ich swobody twórczej. Ogólnie jakość pracy by się pogorszyła i firmy właśnie ze względu na produkcję mogłyby rezygnować z nadmiernej kontroli biometrycznej, przynajmniej w działach bardziej kreatywnych. W krajach biedniejszych i o wyższej stopie bezrobocia i mniejszej mobilności zawodowej rzeczy mogłyby obrać bardzo niekorzystny kierunek dla pracowników. Nadzór nad nimi mógłby się okazać opłacalną inwestycją, by utrzymać niskie płace i uniemożliwić żądania związkowe. Ogólnie rzecz biorąc, także i w tym przypadku zadaniem polityków jest dyktowanie warunków, w obrębie których wolno sprawować nadzór nad pracownikiem. Rzecz w tym, że nowe pokolenia odbierają prywatność, a nawet prawa pracowników zupełnie inaczej od tych, którzy urodzili się przed masowym upowszechnieniem systemów nadzoru i globalizacji. Dowodzi tego znikoma uwaga, jaką zwracają na ustawienia prywatności, do której aplikacje i portale społecznościowe są prawnie zobowiązane. Jest zatem dość prawdopodobne, że jutrzejsza młodzież dostosuje się zarówno do wielkiego brata, jak i do braku praw pracowników. Gdyby tak było, nawet polityka, która działa na zasadzie reprezentacji, mogłaby się zaangażować w procesy supernadzoru pracowników. A prawa człowieka mogłyby się okazać wspomnieniem z przeszłości. Ale to już jest, póki co, political fiction.