Ilustracje: Kacper Kępiński. Copyright © Małopolski Instytut Kultury. All rights reserved.

Architektura wspólnoty

4 [51] 2015

12 | 07 | 2016

Miejska wspólnota nie dla każdego

 

W polskiej debacie o projektowaniu miasta dużą popularnością cieszą się postmodernistyczny „nowy urbanizm” Léona i Roba Krierów, czy koncepcja Jana Gehla, nawołujące do tradycyjnego komponowania urbanistycznego, ograniczania ruchu aut i zahamowania procesu dekoncentracji przestrzeni. Pomysły te spotykają się często z akceptacją samorządowców, nie służąc jednak rzeczywistej integracji społecznej części mieszkańców. Dlaczego sprawdzające się w Europie Zachodniej narracje o mieście kompaktowym i popularna do niedawna teoria klasy kreatywnej wykluczają niektórych miejskich obywateli?

„LEWACY” I INDYWIDUALIŚCI

Zaprzysiężenie posłów Sejmu RP VIII kadencji wyjątkowo dobitnie unaoczniło skalę backlashu polskiego neokonserwatyzmu. O ile w 1993 roku słowa „Tak mi dopomóż Bóg” w tekst roty przysięgi wplotło ledwie 17 parlamentarzystów izby niższej, o tyle w roku 2015 uczyniło to już 423 spośród nich. Popularność polskiego neoliberalizmu dowiodła tego piętna także w sferze gospodarczej, skutecznie obrazowanej debatą ekonomiczną zmonopolizowaną przez przedstawicieli organizacji pracodawców i pracowników sektora bankowego.

Zjawisko to nie ominęło także miast oraz szerzej rozumianego myślenia o mieście, wskutek czego nawet niezwiązani zawodowo z refleksją dotyczącą urbanistyki publicyści podjęli próbę zdemonizowania postmodernistycznych narracji o mieście. Dziennikarz „Rzeczpospolitej”, Dominik Zdort, sugerował niedawno, że uspokajanie ruchu samochodowego w mieście to dowód, iż „rządzący [ … ] podlizują się różnej maści lewakom, oderwanym od rzeczywistości aktywistom ruchów miejskich, poruszającym się wyłącznie na deskorolkach i rowerach”1. Abstrahując od faktu, że obok mogących się kojarzyć prawicowemu publicyście z „lewactwem” skandynawskich teorii Gehla, do teorii miasta pieszego zalicza się też konserwatywny z ducha „nowy urbanizm” braci Krierów, trudno uciec od wrażenia, że polskie miasta od dłuższego czasu w mniejszym stopniu od zachodnich odpowiedników sprzyjają kreowaniu lokalnych wspólnot. Wychowani i mieszkający w nich indywidualistycznie usposobieni mieszczanie nie skłaniają się ku tym teoriom, ale – co istotne – mają ku temu powody.

Postmodernistyczne teorie urbanistyczne nie są przy tym monolitem i wynikają z różnych założeń towarzyszących ich twórcom. Wśród nich znajdziemy zarówno zawodowych architektów, miejskich aktywistów w rodzaju słynnej Jane Jacobs, czy krytyków modernistycznych teorii z konserwatywnego punktu widzenia – jak sprzyjający „nowemu urbanizmowi” książę Walii, Karol. Wspólnym mianownikiem jest odrzucenie modernistycznych założeń w stosunku do kształtowania miasta: postulatów odnośnie do polityki transportowej, funkcjonalnego rozkładu przestrzennego, pomysłów na uprzemysłowienie budownictwa, czy jego stylistycznej jednorodności; podobnie krytyka modernistycznej skali – budownictwa wysokościowego odrywającego życie miejskie od ulicy, separacji od niej ciągów pieszych, czy wytyczania wielkich tras przelotowych, „miejskich autostrad”, organizujących życie wokół samochodów osobowych. Te ostatnie tworzą korki, zatruwają powietrze, zmniejszają bezpieczeństwo pieszych. Wpływają negatywnie nawet na ludzką aktywność fizyczną, czy wreszcie osłabiają więzi mieszkańców zamkniętych w swoich szczelnych, paliwożernych, stalowych puszkach.

Pomysły podnoszone przez Gehla i Krierów odnoszą się do myślenia o mieście w sposób systemowy – zwracają uwagę na wiele aspektów i wymagają ogromnej konsekwencji w zarządzaniu przestrzenią. Z tego punktu widzenia na ironię zakrawa fakt zapraszania do Poznania Gehla przez poprzednią administrację magistratu miasta, która obnażała niechęć do wytyczania przejść dla pieszych, budowała kontenerowe osiedla socjalne i wspierała zamianę tutejszego dworca kolejowego na część uzupełniającą dla kolejnego z centrów handlowych.

LUKROWANA WRAŻLIWOŚĆ

Rzeczywiste zainteresowanie polityków myśleniem o mieście zgodnym z uznanymi kanonami współczesnej urbanistyki odnosi się przede wszystkim do sfery wizerunkowej. Polskie miasta – ciężko doświadczone latami zaniechań inwestycyjnych, transportowym szaleństwem idei modernizmu i kapitalistyczną krzyżówką wzrostu nierówności i spekulacji nieruchomościami – zachodnich doradców traktują przede wszystkim jak ciekawych fantastów, przybyszy z innej planety, nierozumiejących realiów środkowoeuropejskiej rzeczywistości. W przedmowie do świeżo wydanej w Polsce książki Miasto szczęśliwe. Jak zmienić nasze życie, zmieniając nasze miasta Charlesa Montgomery’ego, Filip Springer wspomina poznańską wizytę Gehla w następujący sposób: „gdy już się wydawało, że słowa [ … ] ukruszyły urzędniczy beton, od stołu zasłanego zielonym suknem wstał jeden z poznańskich architektów i oświadczył, że to wszystko pięknie i ładnie wygląda w teorii, ale nie oszukujmy się, on tu przyjechał samochodem i wszyscy pozostali również”2.

Interpretacja myślenia o mieście w duchu książki Życie między budynkami przyniosła w polskiej praktyce dość osobliwą refleksję. W ujęciu samego Gehla przestrzeń zurbanizowana miała sprzyjać realizacji czynności nie tylko koniecznych (dla Duńczyka to na przykład chodzenie do pracy), ale i opcjonalnych (przechadzka w celu zaczerpnięcia świeżego powietrza), czy społecznych (rozmowa na ławce w parku)3. W Polsce jedną z głównych płaszczyzn, w których tego rodzaju myślenie przełożyło się na rzeczywistość, jest życie kulturalne. Stanowi ono istotny wycinek przestrzeni miejskiej, ale nie decyduje o jakości życia w sposób tak istotny jak przyjęty model polityki transportowej czy mieszkaniowej.

W postmodernistycznym myśleniu o mieście po 1989 roku, w większym stopniu niż Gehl czy Krierowie4, przyjęto więc teorię „klasy kreatywnej” Richarda Floridy, ostatnio zresztą skrytykowaną przez samego jej autora5. Kładzie ona nacisk na tworzenie instytucji kulturalnych jako pobudzających kreatywność mieszkańców i wzmacniających lokalne życie gospodarcze. O ile trudno dyskutować z prawdziwością tej tezy, o tyle wątpliwości budzi skala inwestycji żywcem kopiujących standardy sieci Guggenheima w miastach, które kolejki po mieszkania socjalne skracają za pomocą zaostrzania kryteriów uprawniających do pomocy mieszkaniowej tego rodzaju. Po kresie popularności powstających w całej Polsce deficytowych aquaparków, których kryzys symbolicznie zobrazował przypadek Słupska, gdzie inwestycja tego rodzaju zagroziła byłemu miastu wojewódzkiemu realnym bankructwem6, nową modą okazały się powstające filharmonie czy muzea. Lista „kreatywnych” inwestycji polskich włodarzy jest długa. Jednym z jaskrawych przykładów jest łódzkie Muzeum Sztuki, które – pomimo dysponowania obfitą kolekcją dzieł polskiej awangardy gromadzoną jeszcze od okresu międzywojennego – po otwarciu świecącej pustkami filii przy kontrowersyjnym centrum handlowym Manufaktura niebezpiecznie upodobniło się do Floridiańskiego modelu. W jaki sposób beneficjentami tego typu inwestycji mogliby być mieszkańcy miast? Ci głosują nogami, potwierdzając nieraz żenująco niską frekwencję w polskich muzeach, na nowo otwieranych stadionach też dających się wpisać we Floridiańskie myślenie, czy rekordowo niskim poziomem czytelnictwa. Aktywność kulturalna jest większa wtedy, kiedy mieszkańcy są w stanie zaspokoić potrzeby pierwszego rzędu. Powszechna bieda, od której nie są wolne również najbardziej rozwinięte gospodarczo regiony kraju, na pewno temu zjawisku jednak nie sprzyja.

Jeżeli postmodernistyczne myślenie trafiło do samorządowców, to wdrażane jest w sposób mechaniczny. Miejscowi technokraci, zapraszając zachodnich doradców, nie potrafią za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wytworzyć zaangażowanego społeczeństwa obywatelskiego. W pewnym sensie można więc widzieć tutaj modernizację imitacyjną, przykładającą gotowe schematy do znacznie różniących się względem siebie miejsc. Wzorzec ten, jak pokazuje dorobek tego modelu rozwojowego, nie zawsze przynosi pożądane rezultaty.


[1.] D. Zdort, Jak udusić Warszawę, „Rzeczpospolita”, http://bit.ly/1loXiD9 [dostęp: 15 listopada 2015].
[2.] F. Springer, Montgomery a sprawa Polska, [w:] Ch. Montgomery, Miasto szczęśliwe. Jak zmienić nasze życie, zmieniając nasze miasta, Kraków: Wysoki [Zamek, 2015, ebook.
[3.] J. Gehl, Życie między budynkami, przeł. M.A. Urbańska, Kraków: RAM, 2013, s. 9–13.
[4.] Warto wspomnieć, że to nikt inny jak właśnie Rob Krier przewodniczył jury pierwszego po 1989 roku konkursu na zagospodarowanie terenu placu Defilad w Warszawie. Podobnie jak i kolejne plany dla tego obszaru, zwycięski projekt nie został zrealizowany. Zob. A. Stępień, Mity o city. Warszawa w poszukiwaniu swojego centrum, [w:] Postmodernizm polski. Architektura i urbanistyka. Antologia tekstów, red. L. Klein, 40000 Malarzy: Warszawa 2013, s. 155.
[5.] R. Florida, Do diabła z klasą kreatywną, rozmawia M. Żakowska, „Miasta” 2015, nr 2, s. 83.
[6.] M. Sandecki, Czy ktoś dokończy aquapark w Słupsku?, http://bit.ly/1YbgR01 [dostęp: 15 listopada 2015].