Zrównoważony rozwój

3 [42] 2013

14 | 11 | 2014

Metody rolnicze i małe chłopskie manie

Odkąd świat światem ten, kto uważa siebie za rolnika, widzi się za kierownicą traktora. Albo inaczej: odkąd istnieją traktory, pokolenia rolników przecierają oczy na targach maszyn rolniczych. Liczba koni jest miarą męskości oracza. Dzisiaj produkuje się traktory o mocy przekraczającej nawet trzysta koni – tak że można nimi przeorać całą ziemię, gdyby się chciało. Traktor jest elementem niezbędnym w karierze chłopa. Był nim także dla mnie, na początku. Wiedziałem, że nadejdzie czas, kiedy wreszcie usiądę na traktorze i będę się rozkoszował zapachem spalonego diesla buchającym z rury wydechowej. Nie pociągały mnie nowoczesne pojazdy, jak te ze skórzanym siedzeniem i z uszczelnianą kabiną, sprawiającą wrażenie, że wsiadasz do statku kosmicznego – te, dzięki którym nawet najbardziej wyboisty teren wydaje ci się płaski jak stół bilardowy. Widziałem u nas na wsi drwala kłusującego swoim SAME bez kabiny nawet w środku zimy, niedbającego o mróz, który nadciągał późnym popołudniem. Jedynym schronieniem gęsta broda i flanelowa koszula. Mój traktor będzie jak ten – pomyślałem. Old school. Zardzewiały. Dużo żelastwa, zużyta guma gałek dźwigni, silnik diesla tak powolny, że możesz liczyć jego obroty. „Już nie produkuje się takich silników” – mówi stary hodowca. Czasem zimą chce ci się złorzeczyć Panu Bogu, kiedy próbujesz je uruchomić rano, ale jak już uruchomiłeś, możesz ich nie wyłączać do końca życia. Dzisiaj to sama elektronika, nic z tego nie kapujesz, a kiedy coś nie gra, muszą podłączyć traktor do komputera, żeby go doprowadzić do porządku. Bez kabiny, żeby poczuć zimne powietrze, które  smaga ci twarz, i zapach pierwszej oranej ziemi na wiosnę.

Ziemi, właśnie – ile jej trzeba mieć, żeby usprawiedliwić kupno mojego pierwszego traktora? Osiągnąwszy pół hektara, wychodziłem ze skóry, więc zdecydowałem się na motokultywator. To pół traktora, ale starczyło, żeby mi przeszła gorączka. Dwa koła. Silnik. Czterysta pięćdziesiąt centymetrów sześciennych i dwanaście koni mocy – informuje ogłoszenie na targu rzeczy używanych. Miejsce, do którego pojechałem go odebrać w niedzielę rano, było tak strome, że nawet drzewa wydawały się z trudem utrzymywać równowagę. Po co komu motokultywator w takim miejscu, pozostaje dla mnie tajemnicą. Kupię sobie taczkę gąsienicową, przynajmniej będę mógł zbierać drewno – potwierdził sprzedawca. Tak też mi się wydawało – odparłem – z takimi pionami… Po powrocie do bazy potrzebowałem dobre pół godziny, żeby go uruchomić. Powtarzam to, co napisałem powyżej: można oszaleć, kiedy chcesz go uruchomić, ale potem możesz go zostawić w ruchu przez całe życie. Dwa koła i silnik. No i nóż skrawający, oczywiście. Obracające się koło kruszy ziemię tak drobno, aż wydaje się piaskiem znad morza. Zgodnie z logiką, jeśli murarzowi często brak palca u ręki, rolnik powinien niebawem postradać palec u nogi na skutek działania wszystkich tych ostrzy obracających się tak blisko buta. Moje palce u nóg są dotąd wszystkie na miejscu, na razie przynajmniej. Inne akcesoria: kosa na siano i mały pług. Żeby go uruchomić, trzeba owinąć sznur wokół metalowego dysku i pociągnąć z całej siły. Jeśli robi się to za słabo, sznur zawija się tylko do połowy i wraca. Jeśli wtedy nie puścisz wystarczająco szybko, złamie ci kręgosłup. Jeśli natomiast należycie pociągnąłeś, silnik kaszlnie, po czym z rury wydechowej wydobędzie się sapanie. W takich sytuacjach silnik wydaje się wzdychać. Milczy przez bardzo długą chwilę, po czym znowu kaszle, i znowu. I nagle warkot triumfuje. Ale nieprawdopodobny warkot. Strzał za strzałem, a ty pociągasz sznurkiem akceleratora, żeby usłyszeć cały grzmot czterystu pięćdziesięciu centymetrów sześciennych. Silniki Lombardini – stary wyblakły napis na metalowej metce. Dwanaście koni. Wrzucasz bieg i jedziesz. Chwila wahania i frez wsiąka w teren. Na skutek tego podnosi się taka kurzawa, że nie odnaleźliby cię w niej, gdyby nie huk wibrujący w powietrzu. Wilgotna ziemia zasypuje ci stopy, bo to ty prowadzisz pojazd dwukołowy i ustalasz kierunek w dziewiczym polu. Był to sezon wielkich satysfakcji. Za piętnaście litrów udało mi się dokończyć wszystkie prace na roli. To żelastwo, które – jestem pewien – przeżyje i mnie, zużywało pół litra na godzinę. Trzeba by napisać całą książkę o niegdysiejszych motorach i maszynach. Powiedziałbyś, że wynalazcy wkładali w nie duszę, dlatego potrafią przeżyć nawet nas.