Ilustracje: Kacper Kępiński. Copyright © Małopolski Instytut Kultury. All rights reserved.

Architektura wspólnoty

4 [51] 2015

12 | 07 | 2016

Jeżeli brakuje własnej formy (I)

 

z Andrzejem Lederem rozmawiają Dorota Leśniak-Rychlak i Marta Karpińska


DOROTA LEŚNIAK‑RYCHLAK: Wspomniał Pan o fascynacji psychoanalizą przestrzeni miejskiej. Czy możemy – na początek – poprosić o próbę psychoanalitycznego zarysowania tego, co nasza przestrzeń mówi o nas samych?

ANDRZEJ LEDER: Psychoanaliza jest teorią konkretu, więc na tak ogólnie postawione pytanie trudno odpowiedzieć. Trzeba najpierw zapytać: która przestrzeń jest nasza? Napisałem kiedyś tekst, w którym przećwiczyłem ten rodzaj myślenia na przypadku Warszawy. Zygmunt Freud, ojciec psychoanalizy, uważał, że można traktować miasto jak osobę, która jest trwającym bytem z własną historią. W wizualnym charakterze miasta można odtwarzać jej dzieje, opierając się na śladach w przestrzeni, które częściowo mogły zostać unicestwione, wyparte albo – wręcz przeciwnie – wyeksponowane. Na podstawie nawarstwiania tych elementów można spróbować zrozumieć, jak one się mają do aktualnej struktury miasta. Freud odnosił się akurat do Rzymu, ale ten rodzaj myślenia można zastosować właściwie wobec każdego miasta jako zwartej struktury z dużą gęstością owych dziejowych nawarstwień. Nie wiem zresztą, czy potrafiłbym w taki psychoanalityczny sposób podejść do struktury pozamiejskiej. Warszawa jest w moim odczuciu typową przestrzenią po traumie. Bardzo wiele cech jej tkanki miejskiej, a także sposób, w jaki ujawniają się jej formy, budynki i ich sąsiedztwo, kontekst, ruch, przepływy znaczeń, ludzi czy maszyn, są bardzo silnie uwarunkowane traumatycznym doświadczeniem. Pisząc wspomniany tekst, byłem pod wrażeniem tego, jak bardzo pewne opisy funkcjonowania osób po traumie pasują do struktury architektonicznej Warszawy – jej dysproporcjonalności, nieciągłości kontekstu, tworzenia wyspowych przestrzeni i tak dalej. Warszawa przedtraumatyczna była raczej bliższa stanowi, który w psychoanalizie określa się mianem melancholijno‑maniakalnego czy dwubiegunowego; zresztą jego ślady można odnaleźć także w dzisiejszej tkance stolicy. Wracając jednak do Pani ogólnego pytania, co „o nas”, czyli – jak rozumiem – o narodowej wspólnocie, mówi przestrzeń, kontynuowałbym tę warszawską metaforę. Odcięcie od kontekstu, brak wewnętrznej spójności, dysharmonia, nieproporcjonalność, niedostrzeganie najbliższego otoczenia stanowią bowiem charakterystyczne cechy nie tylko miejskich przestrzeni Warszawy, ale także przestrzeni polskiej w ogóle – tam, gdzie nie ma ona czysto historycznego uwarunkowania. Kraków jest inny pod tym względem…

DLR: Nie licząc tego, co otacza historyczną zabudowę miasta, czyli w zasadzie właściwego miasta mieszkańców.

AL: Tak, te suburbia krakowskie też rosną w sposób typowy dla polskiego organizowania przestrzeni.

DLR: Rozumiem, że mówimy tutaj o traumie II wojny światowej, która jest bardzo czytelna w przestrzeni Warszawy i mocno w niej opowiedziana. Czy jednak w wypadku przedmieść, dajmy na to, średniej wielkości miasta mamy do czynienia z tym samym źródłem traumy?

AL: Momentem traumatycznym jest okres opisanej przeze mnie „prześnionej rewolucji”, lata 1939–1956, w którym nastąpiło unicestwienie tradycyjnej struktury polskiego społeczeństwa, wyrwanie go z ram, w jakich wcześniej funkcjonowało, i uruchomienie pewnego procesu przejścia społeczności agrarnej w społeczność miejską. Specyfika tej rewolucji polega na tym, że nie dopracowała się ona własnego porządku symbolicznego. To spowodowało, że po 1989 roku, kiedy możliwe stało się skonsumowanie energii tej rewolucji – do tej pory skrępowanej gorsetem dyktatury i zależności politycznej – twory tej energii mają tak chaotyczny, nieuporządkowany charakter. Zaczynając od dzieł architektury, a kończąc na (nie)porządku politycznym. Mieszczaństwo uzyskało rzeczywistą hegemonię polityczną; niewątpliwie jest to okres olbrzymiej dynamiki w polskim społeczeństwie, która znajduje swoje przełożenie również na dynamiczną i chaotyczną organizację przestrzeni. I znów – odwołując się do języka psychoanalizy – jest to dynamika posttraumatyczna. Możemy się też odwołać do teorii opisujących powstawanie świadomości politycznej. Ów brak pewnego porządku symbolicznego, który w jakiś sposób organizowałby wyobraźnię tej nowej, najbardziej dynamicznej, a jednocześnie hegemonicznej klasy społecznej, powoduje chaos. Dla przykładu: w wypadku Francji rewolucja mieszczańska wykreowała cały zespół symboli, które organizowały nie tylko życie polityczne czy obyczaj, ale także sposób zagospodarowania przestrzeni. Można powiedzieć, że ponapoleoński klasycyzm odzwierciedla, jak zorganizowana była Francja w kontekście ładu przestrzennego. Wydaje mi się, że tego w Polsce nie ma. Nazwałbym symptomem posttraumatycznym tę niezdolność ujęcia olbrzymiej dynamiki wyzwolonej „prześnioną rewolucją” w jakiś projekt porządku.

DLR: Na ile jednak klasa średnia w Polsce jest hegemonem i podmiotem, a na ile przedmiotem globalnych projekcji rynkowych narzucanych z zewnątrz?

AL: Myślę, że nie ma żadnego podmiotu, który funkcjonowałby poza pewnym polem symbolicznym, czyli systemem zależności. Jeżeli brakuje własnej formy, która jest zorganizowana według jakiejś zasady, to przyjmuje się istniejące formy związane z określonymi wzorcami rozwoju, powiedzmy, dynamiki miejskiej, bo rozumiem, że Pani nawiązuje do kapitału, deweloperów i tego, w jaki sposób oni organizują przestrzeń.

DLR: Tak. Przykładem tego mogą być centra handlowe wypierające podstawowe funkcje dworców kolejowych.

AL: Takie praktyki związane są z tym, że hegemon polityczny nie ma własnej koncepcji, którą byłby gotów przeciwstawić wizji funkcjonowania wspólnoty oferowanej przez rynek. Rynkowa wizja wspólnoty to wspólnota konsumentów, podporządkowana jej przestrzeń jest tak zorganizowana,żeby jej użytkownicy zajmowali się konsumowaniem. Gdyby wspólnota polityczna miała swoją wizję – jak w krajach z istniejącą silną symboliczną legitymizacją wspólnoty politycznej – to byłaby w stanie odeprzeć rynkowe zakusy na przestrzeń. We Francji, na przykład, zadaniem przestrzeni jest wyrażanie wielkości republiki, czyli francuska administracja może powiedzieć: nie można zrobić w tym miejscu centrum handlowego, bo ta przestrzeń służy podkreślaniu siły republiki. Ponieważ jednak w Polsce nikt nie uważa, że siła państwa powinna być symbolicznie podkreślana, wręcz przeciwnie, to rynek jest traktowany jak symbol naszego wyzwolenia, a zatem budujemy świątynie rynku, które legitymizują jego symboliczną hegemonię. Ta część społeczeństwa, która się temu przeciwstawia, nie ma zdolności wypracowania własnej symboliki. Odwołuje się więc do nostalgicznej, tradycjonalistycznej symboliki z przeszłości, co w wymiarze prywatnym wyraża się w formie słynnych dworków, które sobie budują różni nowi drobni burżuje. Na poziomie wspólnoty miejskiej ów sprzeciw znajduje natomiast odzwierciedlenie w próbach restauracji i wskrzeszania różnego rodzaju obiektów, których w sensie urbanistycznym w ogóle nie ma sensu odbudowywać. Efekty są absurdalne, jak choćby wzniesiona przed Teatrem Wielkim przez jakiś bank betonowa konstrukcja, która ma udawać XVIII‑wieczny pałac. Powstała hybryda – odzwierciedlająca presję przeciwstawnych sił: z jednej strony komercji, a z drugiej czysto nostalgicznego przywoływania przeszłości – stanowi, moim zdaniem, typowy efekt braku podmiotowości.

MARTA KARPIŃSKA: W kategorii tego typu hybryd mieści się pomysł, który pojawił się parę miesięcy temu, żeby autostradę A4 nazwać imieniem „Żołnierzy Wyklętych”. Każdy zjazd z autostrady miałby nosić dodatkowo imię kolejnych postaci mieszczących się tej kategorii bohaterów narodowych. Mamy tu zatem spełnioną aspirację modernizacyjną w postaci kawałka drogowej infrastruktury i próbę nałożenia na to tożsamościowej warstwy symbolicznej. Czy jakimś rodzajem architektury wspólnoty nie są te wszystkie współczesne obiekty muzealne – Muzeum Powstania Warszawskiego, Centrum Solidarności, Muzeum II Wojny Światowej, budowane obecnie Muzeum Polaków Ratujących Żydów i tak dalej – będące nośnikiem polityki historycznej? Do czyich potrzeb odwołują się tego typu przedsięwzięcia? Klasy średniej, która daje się w coraz większym stopniu uwodzić tym narracjom?

AL: Z pewnością. Powiedziałbym, że symbole są elementem nie tyle reprezentującym poglądy, ile objawiającym potrzeby i pragnienia, na przykład legitymizacji i usprawiedliwienia własnej pozycji. Ogromna część polityki historycznej ma właśnie taki charakter, to znaczy stanowi próbę legitymizowania różnego rodzaju pozycji i struktur społecznych. Polska klasa średnia ma ogromny problem z uprawomocnieniem swojej pozycji, chociażby wobec tradycji niepodległościowej, XIX‑wiecznej tradycji bohaterskiego cierpienia, tradycji zaangażowania społecznego. Za swoją obojętność w tych obszarach jest poddawana druzgocącej krytyce ze strony inteligencji. Inteligencji, która mówi: „wszyscy teraz gonią za tym pieniądzem”, „kiedyś to był etos” i tym podobne rzeczy. Moim zdaniem, jest to w gruncie rzeczy krytyka konstruowana z pozycji kultury ziemiańskiej, z której polska inteligencja się wywodzi, wobec mieszczaństwa. Ziemiaństwo nigdy nie lubiło tego, co jest istotą mieszczańskości, czyli pogoni za zyskiem. Szlachta zawsze poddawała krytyce tego typu postawy. Kiedy była hegemonem politycznym, to ta krytyka wyrażała się poprzez ograniczanie praw mieszczan. W momencie, gdy przestała być hegemonem politycznym, a stała się hegemonem kulturowym, to inteligencka krytyka mieszczaństwa realizuje się na poziomie dewaluowania wartości pracy w imię sukcesu indywidualnego. Nowe polskie mieszczaństwo nie uzyskało swojego uprawomocnienia, w związku z czym cały czas musi się tłumaczyć z tego, że ma pieniądze, że chce je posiadać i że tylko to je interesuje. Jednym ze sposobów tłumaczenia się jest wpisywanie się w różnego rodzaju historyczne narracje – odnajdywanie ciągłości: byliśmy wspaniali i wciąż jesteśmy wspaniali. W tym sensie polityka historyczna jest w gruncie rzeczy grą o pozycję polityczną w ramach struktury społecznej. I te różnego rodzaju nowe obiekty, które powstają, są rezultatem walki politycznej, kolejnymi ruchami w sporze, który ma swoje autonomiczne bieguny: albo wiążemy się z nowoczesnym światem zachodnim i jego wszystkimi pozytywnymi wartościami, albo nawiązujemy do naszej wielkiej, narodowej tradycji cierpienia i klęski. Warszawa skupia w sobie silnie te spory i oddziałuje na ogólnopolską debatę. I to nie jest tak, że tylko jedna strona prowadzi politykę historyczną. Weźmy na przykład POLIN – Muzeum Historii Żydów Polskich, które jest ewidentnie projektem politycznym, mającym charakter pewnego rodzaju manifestu. Warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej też jest tego rodzaju strukturą, tamtejsze wystawy stanowią pewien głos w tym sporze o legitymizację. Oczywiście, są ono organizowane inteligentnie i mnie się podoba program MSN, ale nie będziemy udawać, że jesteśmy poza tym sporem. W tym sensie każdy tego rodzaju obiekt, który operuje w przestrzeni symbolicznej, jest głosem opowiadającym się w debacie po tej czy innej stronie. Muzeum Polaków Ratujących Żydów, POLIN, Muzeum Powstania Warszawskiego z jego siłą oddziaływania, a także planowane Muzeum Historii Polski (i trudności, jakie towarzyszą jego powstawaniu) – składają się na kolejne głosy w tym długofalowym konflikcie.