Fot. Joseph Eid/afp/getty images

Konserwacja /rekonstrukcja

2 [53] 2016

27 | 01 | 2017

Dziedzictwo kulturowe jest zakładnikiem lokalnej sytuacji

 

z Tomaszem Waliszewskim rozmawiają Karolina Hruby i Marta Karpińska


MARTA KARPIŃSKA:Światowe media obiegają obrazy niszczonych zabytków starożytności na terenach objętych wojną w Syrii czy w zdestabilizowanym Iraku. Dziedzictwo archeologiczne staje się w warunkach wojennych zarówno narzędziem propagandy, jak i kartą przetargową dla tzw. Państwa Islamskiego. Czy tego typu działania miały miejsce kiedykolwiek w historii aż na taką skalę? Jak przekaz medialny ma się do znanej Panu – archeologowi pracującemu na Bliskim Wschodzie – rzeczywistości tych obszarów?

TOMASZ WALISZEWSKI: Ci, którzy w Syrii czy Iraku jakiś czas temu rozpoczęli kampanię niszczenia zabytków, są ludźmi inteligentnymi – znają nas i dobrze wiedzą, który guzik nacisnąć, żebyśmy zareagowali. Można się zastanowić, po co im była ta reakcja? Czy tylko i wyłącznie po to, żeby ich działania po prostu znalazły się w centrum zainteresowania? Jesienią 2015 roku zaczęliśmy gorzko żartować, że co poniedziałek będziemy mieli nowe informacje dostarczane przez ludzi tzw. Państwa Islamskiego. Oni wiedzą, że muszą te informacje dostarczyć z samego rana w poniedziałek, żeby potem rezonowały przez resztę tygodnia. Nie mam wątpliwości, że to jest polityka prowadzona świadomie i, rzecz jasna, nie po raz pierwszy w dziejach. Zabytki zawsze były niszczone. Praktyka archeologiczna pokazuje, że ślady kolejnych faz ludzkiej obecności na ziemi były usuwane – czasem z użyciem przemocy – przez tych, którzy przychodzili potem. Kiedy na starożytnym Wschodzie kilka tysiącleci temu były zdobywane miasta, pierwszą rzeczą, jakiej dokonywano – oczywiście poza eksterminacją dotychczasowych zarządców – było zapanowanie nad przekazem symbolicznym. Łupiono sanktuaria i pałace władców, przedstawienia bóstw najważniejszych dla danego miasta wywożono, żeby służyły zwycięskiej społeczności w jej świątyniach. Symbole władców, którzy zostali pokonani, były po prostu niszczone, rozbijane na kawałki. W ten sposób zacierano ślady po ich obecności na ziemi. Dzisiaj na konferencji egiptologicznej, w której biorę udział, słyszałem referaty odnoszące się do historii królowej Hatszepsut. Ją, jako faraona Nowego Państwa, też spotkał ten los. Jej następca poświęcił wiele energii, żeby wymazać wszelki ślad jej istnienia, łącznie z imieniem i wizerunkiem, co się zresztą nie do końca udało. Wydaje mi się, że najważniejszą obserwacją, która wiąże się z Pani pytaniem, byłoby stwierdzenie, że po prostu ktoś nami w sposób świadomy manipuluje. Niekoniecznie wyłączając z tego aspekt ideologiczny, bo on też na pewno funkcjonuje. Chodzi o swego rodzaju ikonoklazm, ikonofobię, które są właściwe dla większości religii monoteistycznych, bo nie dotyczą tylko judaizmu czy islamu. W początkach chrześcijaństwa, przez cały III i IV wiek, przetaczała się szeroka dyskusja na temat używania wizerunków, odnowiona potem w Bizancjum w wiekach VIII– IX.

MK:Czy spotkał się Pan z tym, co także jest opisywane w mediach: praktykowaniem przez ISIS szantażu, mającego zmusić zachodnie instytucje do zakupu zabytków, które znajdują się w rękach przedstawicieli kalifatu. Jeśli nie zostaną kupione, ISIS je zniszczy. Wiadomo, że jeśli dojdzie do transakcji, pieniądze zasilą budżet tzw. Państwa Islamskiego.

TW: Słyszałem od naszych amerykańskich kolegów, że największe muzea w Stanach Zjednoczonych miały bardzo poważny dylemat etyczny związany z tym, że zgłaszali się do nich internetowo sprzedawcy prezentujący konkretne zabytki. W ocenie ekspertów większość z nich to oryginały. Ze strony ISIS padały cena wywoławcza oraz ostrzeżenie, że jeśli decyzja o zakupie nie zostanie podjęta na przykład w przeciągu czterdziestu ośmiu godzin, to ten zabytek po prostu zostanie zniszczony, a jego destrukcja zaprezentowana światu w formie transmisji na żywo.

KAROLINA HRUBY:Jak reagują amerykańskie instytucje?

TW: Największe muzea, na przykład nowojorskie Metropolitan Museum czy Getty Museum w Los Angeles, musiały wypracować jakieś stanowisko w porozumieniu z władzami amerykańskimi, które w końcu podobno doradziły kupowanie tych zabytków. Te najbardziej wartościowe miały docierać do USA za pośrednictwem globalnych firm kurierskich. Wszystkie te działania miały być prowadzone z zamiarem zwrotu zakupionych zabytków Syryjczykom po zakończeniu wojny.

KH: W jaki sposób w te transakcje, czy też metody ochrony dziedzictwa, włączają się syryjskie lub irackie służby ochrony zabytków?

TW: Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że wojna oznacza rozprzęgnięcie wszystkich do tej pory funkcjonujących struktur instytucjonalnych, zawieszenie obowiązujących praw. Sytuacja jest złożona przez to, że w Syrii różne grupy wykorzystują ten chaos. Z jednej strony są przedstawiciele tzw. Państwa Islamskiego. Z drugiej, lokalne społeczności żyjące na obszarach objętych wojną, które muszą mieć po prostu na chleb. Ceny w Syrii w ciągu ostatnich pięciu lat wzrosły wielokrotnie – dolar amerykański kosztował na początku wojny 50 funtów syryjskich, teraz kosztuje 1000, kurs lokalnej waluty wzrósł więc dwudziestokrotnie. W tej sytuacji całe rodziny, którym brakuje jedzenia, łącznie z dziećmi, są wysyłane do kopania dziur na stanowisku archeologicznym. Słynne stanowiska – takie jak Apamea nad Orontesem – oglądane z lotu ptaka nie wyglądają nawet jak ser szwajcarski, tam jest dziura kopana koło dziury. Wydobywane w ten sposób zabytki trafiają na rynek. W telewizji syryjskiej dosyć często pojawiają się doniesienia o zatrzymaniu kolejnego ich transportu na granicy syryjsko‑libańskiej albo na granicy syryjsko‑tureckiej. Jeśli takie zatrzymanie nastąpi na terenach kontrolowanych przez siły rządowe, to wysyłani są urzędnicy z Generalnej Dyrekcji Starożytności i Muzeów, która działa w ramach Ministerstwa Kultury. Mają ocenić wartość zatrzymanych zabytków i nałożyć na nie areszt. Rynek jest ich pełen, ponieważ istnieją odbiorcy. Rok temu na konferencji asyriologicznej w Szwajcarii miałem okazję zapoznać się z referatami przygotowanymi przez urzędników rządu federalnego i prawników, którzy przedstawiali sytuację prawną syryjskich zabytków w Szwajcarii. Okazało się, że w tym kraju można było zabytkami handlować zupełnie legalnie, bez żadnych konsekwencji. Dopiero w czerwcu 2015 roku weszło w życie prawo karzące więzieniem lub grzywną w wysokości minimum 100 tysięcy franków szwajcarskich za posiadanie nieudokumentowanych zabytków pochodzących z terenów Syrii i Iraku. Jeśli szukać przyczyn obecności zabytków na rynku, to sprawcy znajdują się po obu stronach: popytu i podaży. I powtarzam – niełatwo ocenić sytuację na miejscu, powiedzieć, że tylko i wyłącznie jedna grupa znajduje przyjemność w rabowaniu tych stanowisk i wysyłaniu zabytków za granicę – nie, robi to, kto może. Taka jest potrzeba chwili i są różne przyczyny tej sytuacji: ideologiczne albo czysto przyziemne.

KH:Skoro zabytki i stanowiska archeologiczne zawsze cierpią w sytuacji konfliktu, jakie są wypracowane metody ich ratowania w momencie eskalacji działań wojennych? Jak przebiega współpraca pomiędzy instytucjami związanymi z ochroną zabytków na Bliskim Wschodzie a instytucjami z Europy czy Ameryki? Czy te zabytki są na przykład przewożone do zachodnich muzeów?

TW: Nie. Nikt przy zdrowych zmysłach z żadnej ze stron nie zaproponuje wywozu za granicę, bo byłoby to potraktowane jako zdrada. Z prostej przyczyny: przeszłość kolonialna cały czas jest tam znacząca. W Turcji czy w Grecji, które zostały złupione przez kraje europejskie w XVIII i XIX wieku, ta ostrożność została posunięta do granic możliwości, bardzo uważnie patrzy się na ręce archeologom czy badaczom pracującym w tych krajach. Natomiast na terenach Lewantu objętych w przeszłości kolonializmem struktury urzędów ochrony zabytków zostały stworzone przez Francuzów i Brytyjczyków na wzór struktur administracyjnych funkcjonujących w metropoliach. Są to najczęściej służby istniejące w ramach ministerstw kultury, urzędnicy państwowi wyposażeni w rozmaite narzędzia, działający w ramach budżetu państwa. Oczywiście kiedy dochodzi do sytuacji zagrożenia, nikt nie przewiduje od razu najgorszego i ciągle stara się opóźniać moment, w którym trzeba podjąć decyzję o ewakuacji. To jest niesłychanie trudne, ponieważ takie decyzje są podejmowane niemalże jednoosobowo, ktoś bierze na siebie ogromną odpowiedzialność. W Iraku wszystko potoczyło się tak szybko, że nie udało się podjąć stosownych działań, trochę więcej czasu było w niektórych rejonach Syrii – szczególnie tam, gdzie konflikt przesuwa się raz w jedną, raz w drugą stronę. Sławnych stanowisk zajętych błyskawicznie przez ISIS – takich jak Mari czy Dura Europos – nie udało się uratować. Podobnie jak muzeum w Dajr az‑Zaur, w którym przechowywano wszystkie zabytki odkryte przez misje lokalne i zagraniczne w ciągu ostatnich dwudziestu–trzydziestu lat, łącznie z zabytkami dostarczanymi przez misje polskie. Stamtąd bardzo mało udało się wywieźć. Przeprowadzono natomiast planową już ewakuację zabytków z muzeum w Aleppo. Chociaż, jak opowiadał pół roku temu dyrektor tego muzeum, który zawiadywał akcją, oni też bardzo długo zwlekali. Muzeum nadal znajduje się po prostu na terenie strefy kontrolowanej przez siły rządowe czy na pograniczu stref walk, więc cały czas się wahali, w końcu wszystko, co się dało zabrać z gablot i magazynów, zostało wywiezione i schowane. Wszystkie wielkie zabytki, ważące kilka czy kilkanaście ton, które wymagałyby użycia dźwigów i wielkiego nakładu pracy, zostały zabezpieczone w najprostszy sposób – zbudowano wokół nich rodzaj sarkofagów ze skrzynek drewnianych albo z płyt metalowych i do środka wsypano piasek, żeby je ochronić przed zniszczeniem odłamkami wybuchających pocisków, i tyle. Tak zabezpieczone czekają na lepsze czasy, nikt im może krzywdy nie zrobi. Natomiast wiem na pewno, że na terenie Syrii w różnych lokalnych muzeach wybuchają wielkie konflikty lojalnościowe. Kiedy z centrali, dajmy na to w Damaszku, ma przyjść decyzja o ewakuacji danego muzeum, to przed ogromnym dylematem staje lokalny kierownik, który – zdarza się – odmawia jej wykonania, dlatego że boi się na przykład o swoje życie – wywiezienie zabytków do stolicy oznaczałoby dla lokalnej ludności obrabowanie ich z części dziedzictwa kulturowego. A na pewno zostałoby to wykorzystane jako taki argument przez tych, którzy tam za chwilę mogą wejść i zdobyć władzę, czyli na przykład opozycję sunnicką, czy, nie daj Boże, ISIS. W sytuacji wojny ochrona zabytków nie polega na teoretycznych dyskusjach, które my możemy sobie prowadzić, ale na decyzjach, które muszą być podejmowane przez konkretnych ludzi, czasami w ciągu kilku dni albo godzin. Trzeba tu brać pod uwagę konteksty: społeczny, polityczny, militarny. W takich momentach nie tylko zabytki archeologiczne, ale w ogóle całe dziedzictwo kulturowe jest zakładnikiem lokalnej sytuacji.