Przestrzeń jako taka

2 [41] 2013

03 | 08 | 2015

Chodzenie

Gdy zazieleniło się już na dobre, w porannym, wschodzącym upale, nie planując wcześniej niczego podobnego, poszłam pieszo do pracy. Zwykle trasę przemierzam tramwajem, inną drogą, około dwudziestu pięciu minut bez przesiadki. Ten ranek, błyszczący i ciepły, zasługiwał na rozciągnięcie w czasie, a mnie nagle zaciekawiło, jak to jest dokądś, na dobrą sprawę chyba daleko, p ó j ś ć. Nadać przemieszczaniu się inny sens niż ten zapośredniczony przez publiczny transport. Skręciłam więc w stronę wylotówki pełnej sznurków aut. Najokazalszy łączył rozsiane na południu eksterytoria z wnętrzem miasta, które wyłaniało się z wzniesienia ze skrzyżowaniem ze światłami i pomnikiem dawno pomarłych ofiar cholery.

Zastanawia mnie, czym jest chodzenie, czucie ziemi pod stopami w zalanym światłem i spalinami mieście. Rano, zamiast na przystanek, można skierować się przez ścieżki skrótów, między blokami, koło działek, wystrzelonym w łuk wiaduktem, gdzie widać góry kruszywa i okazałe silosy morskiego koloru usytuowanej poniżej betoniarni, stację kolejową na pół gwizdka z galeryjną stalową stodołą, zieleń dawnego nazistowskiego obozu i harmonijną panoramę starego Krakowa. Czy to właśnie wtedy zadaję się z przestrzenią, z tym wszystkim naraz, co mieści się między ziemią a niebem? Potem można pójść tyłem: za rondem, handlową ulicą, minąć miejsce, gdzie łączą się rzeki. To prawie dwugodzinny, niespacerowy marsz, jego charakter ujawnia się po drodze znużeniem, marszowatością właśnie, perspektywą obmyślanych zadań do wykonania. Przecież wszyscy gdzieś chodzą, więc może mają tak samo? Ten poranny pomysł bywa dla niektórych koniecznością: chodzi się, bo ma się daleko do szkoły, do roboty, trzeba pójść na dłuższy spacer z dużym psem. Póki idę, chłonąc przemierzaną całość, wracają zasłyszane opowieści, na przykład wojenne: młoda robotnicza gromada idąca lasem, do pracy w fabryce amunicji, dwadzieścia kilometrów dzień w dzień w jedną stronę, albo powroty z wojny, bo po wojnie wszyscy szli wte i wewte (czy to czasem nie był ostatni moment w dwudziestym wieku, kiedy wszyscy tutaj tak chodzili?). Myślę też o miejscu, z którego wyruszyłam, lecz sprzed kilku dekad: ledwo pobudowane bloki, błotne zatoki, a ziemia taka tłusta, że teść sąsiada płakał, jak w niej robił – oczywiście bez wiaduktu, komunikacji miejskiej, i pewnie z przymusowymi, robotniczymi piechurami z miejskiego awansu. Przypomina mi się chodzenie o wiosennym świcie do pracy przez nabrzeże Londynu i świergot ptaków przed masywną ścianą wiktoriańskiego hotelu. Całodniowe włóczęgi zamiast siedzenia w szkole, dwugodzinna popołudniowa trasa samymi parkami z jednej części miasta w inną – przechodzenie od jednej kelnerskiej posady do drugiej, w sumie kilkanaście godzin na nogach. Powraca szwendanie się po wszystkich innych miejscach, które chciałam jakoś poznać, doświadczenie miejsca osadzone w tym, co pomiędzy, w samym chodzeniu. Zawsze dobrym pomysłem było chodzić i określać na chwilę, jakby mimochodem, co jest czym. Jako początkująca fille-au-pair chodziłam z niemowlakiem nad ocean, żeby dom mógł spać, dwie godziny wędrowania o świcie między piachem falochronów a szopami rybaków na atlantyckiej wyspie; seanse te kończył wschód słońca, dwadzieścia razy, dzień po dniu. Ruch ciała podczas wędrówki, perspektywa czasu, w jakim ów ruch się wydarza, przywołuje podobne doznania, choć przecież odmienne – nierzadko tylko echa usłyszanych historii. Akurat teraz chodzenie i praca idą ręka w rękę.

Tamten spacer utkwił mi w pamięci z powodu różnicy między zapuszkowaną codziennie w kapsułę pojazdu percepcją przestrzeni a jej niczym nieosłoniętym doznawaniem. Oczywiste. Była jaskrawość dla mrużenia oczu, kurz dla oddechu, wibrujące spaliny i pachnący cień drzew, chodniki, asfalty, ścieżki dla stóp, a do tego poutykani ludzie w miejscach spoza głównej, przewidywalnej trasy jazdy. Można w marszu złowić spojrzenia, pozwala na to tempo kroków. Ludzie kucający z papierosem w zębach, czekający na busa za kioskiem, wystający z nogą wystawioną do przodu nad gazetą, rozglądający się, mijani. Żuki przechodzące w poprzek chodników, obok kolan truchtające na smyczach psy, wylegujące się, jakby skamieniałe koty w piaszczystych dołkach po oponach, ptasi ruch. Płachty reklam w dziwacznej korespondencji z krajobrazem, słup z billboardem używany jako wysięgnik gołębnika. I monotonne wycie tysięcy aut, roje, skupiska rozrzucone po parkingach. Taki to był poranek, jasny i w środku tygodnia.

Chodzenie po ziemi jest codziennym ruchem wszystkich ludzi. Każdy i wszędzie, na różne sposoby chodzi, przemierzamy ten sam cieleśnie podzielany świat. Myśląc i pisząc o chodzeniu, zadłużam się u Tima Ingolda, brytyjskiego antropologa, uważnego czytelnika i praktyka fenomenologicznej tradycji, który od kilku dekad zmierza ku wypracowaniu nowego w antropologii podejścia do specyfiki ludzkiej percepcji, powstawania wiedzy, jej używania. Rozważa przestrzenność naszego człowieczeństwa, proponując inne spojrzenie na utkany ludzkim życiem świat. Osadzenie jego prac na fundamentach filozoficznych, dialog z twórczością ważnej postaci tego nurtu, Maurice’a Merleau-Ponty’ego, oraz traktowanie owych dróg myślenia jak dobrze zaopatrzonej szopy z narzędziami przynosi wyraziste i warte uwagi rezultaty. Na co dzień Ingold jest związany ze szkockim uniwersytetem w Aberdeen, centrum badań antropologicznych dotyczących dalekiej Północy; podejmował wiele tematów rozpatrywanych razem z rdzenną ludnością koła polarnego. W latach 80. XX wielku badał relacje łączące ludzi i zwierzęta, potem prowadził studia nad związkami języka i technologii, aby dojść do pogłębionej refleksji nad postrzeganiem środowiska1.


[1.] Informacje na temat dorobku Tima Ingolda wraz z obszerną bibliografią znajdują się na stronie uniwersytetu w Aberdeen, http://www.abdn.ac.uk/anthropology/staff/details.php?id=tim.ingold (dostęp: 30 kwietnia 2013).