Gordon Bunshaft's Lever House (fot. http://www.som.com/projects/lever_house. Copyright © SOM. All rights reserved).

Mity modernizmu

3 [50] 2015

12 | 07 | 2016

Bohater z przypadku? (I)

 

Historia modernizmu często postrzegana jest przez pryzmat konsekwencji, a nawet heroizmu projektantów, którzy w imię prometejskich idei walczyli z przeciwnościami losu, a nierzadko także z tragiczną historią, aby móc realizować marzenia o lepszym świecie dla wszystkich. W tej epickiej projekcji o człowieku, który w imię dobra wspólnego postanawia poświęcić swoją reputację, majątek, a czasem traci życie, rzadko zdarzają się bohaterowie z przypadku, którzy do wielkiej historii dostali się na gapę lub po prostu znaleźli się we właściwym miejscu i we właściwym czasie, i wykorzystali swoje pięć minut. W wielu wypadkach za twórcami ruchu nowoczesnego nie szła żadna porywająca idea poza osobistą pasją i talentem oraz zdolnością odnajdywania się w świecie nowych rozwiązań technologicznych i nowej skali, albo polemicznym talentem do kreowania mitów.

Nie zmienia to jednak faktu, że historię architektury tworzą fascynujące historie projektantów i projektantek, którzy w atut potrafili przekuć nie tylko intuicję i talent, ale przede wszystkim umiejętność pozyskiwania nowych zamówień, która z czasem zaczęła się pojawiać w kolejnych opowieściach o narodzinach geniuszu. Charakterystycznym przykładem takiego zjawiska jest biografia amerykańskiego projektanta, Gordona Bunshafta (1909–1990), autora kilku ikonicznych dla tamtejszego modernizmu budynków, jak Biblioteka Beinecke na Uniwersytecie Yale lub nowojorski Lever House, pierwszy budynek na świecie w całości obleczony szklaną ścianą kurtynową. Opowiadając o swojej karierze, pod koniec życia Bunshaft podkreślał, że dla jego projektów kluczowe były dwie rzeczy: logiczne myślenie oraz to, że urodził się w 1909 roku. Ta druga deklaracja może początkowo zaskakiwać, Bunshaft nie był przedstawicielem pokolenia, które odegrało szczególnie istotną rolę w dziejach światowej kultury. Należał jednak do generacji, która niedługo po zakończeniu II wojny światowej stanęła przed szansą rzeczywistej transformacji myślenia o architekturze i realnego wprowadzenia do dyskursu haseł starszych kolegów, którzy – jak Le Corbusier czy Walter Gropius – dwie dekady wcześniej toczyli bój o modernizm. Współcześni projektanci wciąż pełnymi garściami czerpią z rozmaitych rozwiązań wówczas wprowadzonych, między innymi przez Bunshafta, a niektóre typy budynków, na przykład biurowce, są dzisiaj pochodną jego koncepcji z lat tuż po zakończeniu wojny.

Kariera Gordona Bunshafta trwała blisko pół wieku, zaprojektował blisko czterdzieści budynków, znaczna ich część wyznaczyła nowe kierunki i określiła charakter architektury powojennej Ameryki. W okresie, który śmiało można uznać za najbardziej twórczy w historii amerykańskiej architektury, nasz bohater wyprzedzał trendy i był o pół długości przed innymi. Warto jednak zaznaczyć, że nie przeszedł do historii owiany legendą jak Louis Khan, Eero Saarinen czy małżeństwo Eamsów. Co więcej, kiedy kończył pracę, w latach 80., w USA panował już postmodernizm, a projekty autorów z jego pokolenia były poddawane gruntownej krytyce. Paradoksalnie w tym samym okresie jego praca stała się tematem szerokiej monografii autorstwa Carol Krinsky (Gordon Bunshaft of Skidmore, Owings & Merrill, MIT Press, 1988) oraz wywiadu rzeki udzielonego przez architekta Betty J. Blum w 1990 roku, na kilkanaście miesięcy przed śmiercią (Oral history of Gordon Bunshaft, Chicago Architects Oral History Project, Department of Architecture, the Art Institute of Chicago – wszystkie poniższe cytaty pochodzą w tego wywiadu; przekład – M.W.). W obu przypadkach były to publikacje nietypowe dla swojego czasu, prezentujące dorobek architekta, który w poprzednich latach był mocno krytykowany i odbierany jako reakcyjny. W rozmowach Bunshaft nie wykazuje jednak zmartwienia nieprzychylnymi opiniami, a słowa krytyczne zbija takimi stwierdzeniami: „Ja nie jestem głębokim facetem. Nigdy nie intelektualizowałem na temat architektury” oraz „Zawsze powtarzam studentom, że w moim przypadku ignorancja była błogosławieństwem…”.

Świadomie eksponowana pycha uniemożliwiała wchodzenie z Bunshaftem w spór lub polemikę. Architekt do końca starał się stać ponad, krytyków traktując jak bandę idiotów lub ignorantów, którzy nigdy nie zrozumieją, na czym polega istota dobrej architektury. W okresie gdy metropolia, którą współtworzył, Nowy Jork, rozpoczynała realizację programu rewitalizacji 42. ulicy, opracowanego pod kierunkiem Roberta M. Sterna – jednego z najważniejszych projektów doby postmodernizmu – przypominanie niechętnie wówczas oglądanych modernistycznych monumentów Bunshafta stanowiło inspirujący krok w zupełnie innym kierunku. O ile monografia stawia pytania o miejsce architekta w dziejach modernizmu, o to, na ile był on naśladowcą, a na ile oryginalnym innowatorem, tak wywiad rzeka pozwala spojrzeć na jego życie i zobaczyć z jednej strony człowieka uwikłanego w relacje biznesowe i towarzyskie, a z drugiej przyjrzeć się losom twórcy i świadka historii architektury swojego wieku, architekta, który znał dobrze wielu spośród największych swojej epoki, jak choćby Le Corbusiera i Ludwiga Mies van der Rohe’a, a równocześnie potrafił wykreować swoją własną drogę do zawodowego sukcesu. Ta druga narracja pozwala zrozumieć, jak nieoceniony w drodze na szczyt może być przypadek, oraz, w jakim stopniu myślenie o historii sztuki i historii architektury zdeterminowane jest przez mity. W wywiadzie rzece Bunshaft przedstawia siebie jako człowieka, który mocno stąpa po ziemi i nie daje się zwieść modom czy nowatorskim ideom, wierząc, że architekturą rządzą odwieczne, uniwersalne prawa. Jak sam stwierdził: „ Sądzę, że to co mi pomagało przez całe życie, to pewien rodzaj logiki, wspólnego zrozumienia i posuwanie spraw do przodu”.

Wywiad z Bunshaftem pełen jest tego typu irytujących bon motów, które zapewne miały stawiać architekta wśród największych, a w rzeczywistości kryją pustkę, a jego postać okazuje się niejednoznaczna. Sądy odchodzącego i świadomego swojego przemijania człowieka są gorzkie, nierzadko sarkastyczne, ale cechuje je imponująca szczerość. Jak już wspomniałem, zdaniem Bunshafta jednym z powodów jego sukcesu był fakt przyjścia na świat w 1909 roku. Były to czasy dynamicznej prezydentury Theodora Roosvelta, która zapoczątkowała tzw. epokę postępową. W 1913 roku w Nowym Jorku wzniesiono Woolworth Building, drapacz chmur o wysokości 240 metrów, a w Detroit ruszyła pierwsza taśma fabryczna użyta do produkcji Forda T. Technologicznie to Ameryka wprowadzała świat w XX wiek. Gordon Bunshaft urodził się w Bufallo, przemysłowym mieście na północy stanu Nowy Jork. Na przełomie XIX i XX wieku szybko rozrastające się metropolie tej części Stanów, jak Pittsburgh, Cleveland czy Milwaukee, które dzisiaj określane są pogardliwym przezwiskiem rust belt, stały się ziemią obiecaną dla setek tysięcy migrantów, przede wszystkim z Europy Środkowej i Wschodniej. Rodzina Bunshafta do Bufallo przyjechała ze wschodniej części Ukrainy, wówczas części Imperium Rosyjskiego. Jego ojciec zajmował się handlem jajami, obsługiwał piekarnie i szybko zdobył pozycję, która pozwoliła nie tylko zapewnić wikt rodzinie, ale także zadbać o edukację dzieci.

Gordon wybrał architekturę. Jak sam podkreślał, był to wybór dosyć przypadkowy, powodowany pozytywną opinią dotyczącą jego dziecięcych rysunków wygłoszoną przez rodzinnego lekarza. Dzięki niej w 1928 roku syn sprzedawcy jaj rozpoczął studia w Massachusetts Institute of Technology (MIT), już wówczas jednej z najbardziej prestiżowych uczelni architektonicznych w USA. Rozpoczął naukę jeszcze przed wybuchem wielkiego kryzysu. Sama uczelnia powoli wchodziła wtedy w fazę transformacji: z jednej strony była wierna tradycjom akademickim, a z drugiej powoli docierał tutaj ferment europejskiego modernizmu, który w USA, z powodu kryzysu ekonomicznego lat 30., pojawił się z dużym opóźnieniem. Opisując ten okres, Bunshaft stwierdził:

„Mogliśmy być zakochani w Le Corbusierze, ale nie mieliśmy pojęcia, o co w tym chodzi. Wszyscy wiedzieliśmy, że to jest proste i białe, prostokreślne i stoi na słupach”.