Ambasada Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej w New Delhi w trakcie realizacji, proj. Witold Cęckiewicz, Stanisław Deńko, 1975–1978 fot. Archiwum St. Deńki

Regionalizmy / modernizmy / postmodernizmy

2 [57] 2017

28 | 09 | 2017

Ambasada

Ze Stanisławem Deńko – architektem, wykładowcą, laureatem honorowej Nagrody SARP – rozmawiają Marta Karpińska i Michał Wiśniewski

Marta Karpińska: Ambasada w New Delhi, której jest Pan współautorem, wraz z profesorem Witoldem Cęckiewiczem, to jeden z najciekawszych przykładów polskiej architektury XX wieku. Chcemy porozmawiać o tym projekcie w kontekście problemów regionalizmu; dowiedzieć się, jak wyglądała redakcja modernizmu tworzonego przez zespół polskich architektów i inżynierów we współpracy z wykonawcami i projektantami hinduskimi, jak lokalne uwarunkowania wpłynęły na ostateczny kształt. Zacznijmy od początku – od przygotowań do tego konkursu.

Stanisław Deńko: W tamtych czasach nie istniała wyszukiwarka Google, więc głównym źródłem informacji była dostępna w PRL literatura. Tak się szczęśliwie złożyło, że przed konkursem na ambasadę w New Delhi brałem udział, razem z Krzysztofem Lenartowiczem, w konkursie na kompleks budynków rządowych w Dar es Salaam, stolicy Tanzanii. W jury tego konkursu zasiadał Japończyk Yoshinobu Ashihara, autor książki Exterior Design in Architecture, wydanej po angielsku w 1970 roku. Dotarliśmy do tej publikacji, do dzisiaj z niej korzystam. Książka Ashihary to analiza przestrzeni bardzo pomocna w projektowaniu – według mnie jej lektura pozwoliła nam uzyskać honorowe wyróżnienie w tym konkursie. A nie było to łatwe zadanie – o ile dobrze pamiętam znaleźliśmy się w pierwszej piętnastce wyłonionej ze stu trzydziestu nadesłanych projektów. Ashihara podkreślał aspekty, które należy brać pod uwagę – klimat, lokalny kontekst, uwarunkowania kulturowe. Ta wiedza bardzo nam się przydała, właśnie te specyficzne dla miejsca czynniki wzięliśmy pod uwagę przy pracy. Wielki wpływ miała na nas także architektura Le Corbusiera w Czandigarh, to był symbol myśli, która zrewolucjonizowała modernizm. Mimo że projekt Le Corbusiera nosił piętno nieudanej realizacji, był bardzo cenną inspiracją. Podczas pierwszego wyjazdu do Indii oglądaliśmy kompleks rządowych budynków, już wówczas opuszczonych przez użytkowników. Znacznie lepiej poznałem Czandigarh dopiero dwadzieścia lat po realizacji ambasady w New Delhi – okazało się, że życie w nim rozkwita, z wyjątkiem budynków zespołu rządowego, bo ostatecznie nie udało się przenieść siedziby rządu do Pendżabu, do jednostki zaprojektowanej przez Le Corbusiera. Podczas mojego pobytu budynki zajmowało wojsko – pamiętam śmieszną scenę sprzed gmachu niedoszłego parlamentu: upał, na krześle przed budynkiem siedzi rozebrany do pasa żołnierz, a włosy strzyże mu fryzjer.

MK: Czyli na etapie projektu konkursowego Czandigarh był Państwu znany jedynie z publikacji?

SD: Tak, wiedzę o tej architekturze – modernizmie, który bierze pod uwagę kwestie klimatu – mogliśmy w tym czasie zaczerpnąć jedynie z publikacji. A jeśli chodzi o projektowanie w gorącym klimacie, to liczą się dwa czynniki: po pierwsze, temperatura i stopień nasłonecznienia, a po drugie, wentylacja, sposoby przewietrzania wnętrz. Te czynniki właśnie przesądziły o decyzji podniesienia głównej części budynku ambasady ponad poziom gruntu – w ten sposób stworzyliśmy strefę cienia, a jednocześnie umożliwiliśmy wentylację przestrzeni. Działka była bardzo ciasna, uwalniając przestrzeń parteru, mogliśmy wykorzystać ją również na cele reprezentacyjne czy parkingi, które znajdują się w miejscach zacienionych. Ta decyzja projektowa była bardzo istotna, o jej trafności przekonaliśmy się dopiero na miejscu, przy okazji naszej pierwszej wizyty w New Delhi, kiedy oglądaliśmy historyczne założenia, jak kompleks Fatehpur Sikri z XVI wieku. Cechą charakterystyczną tej architektury były wolne strefy parteru, arkady, przenikanie się przestrzeni.

MK: Czy informacje o klimacie w New Delhi były częścią warunków konkursu?

SD: Nie. Wytyczne konkursowe dotyczyły jedynie programu funkcjonalnego, zresztą bardzo rozbudowanego: w całym kompleksie musieliśmy pomieścić biura radcy handlowego, hotel, część mieszkalną, szkołę wraz z wielofunkcyjną salą konferencyjną, rezydencję ambasadora. Można powiedzieć, że gmach ambasady był bardziej założeniem urbanistycznym niż pojedynczym budynkiem.

MK: A udało się Panom dotrzeć do literatury dotyczącej New Delhi?

SD: Jedynie do opracowań poświęconych dokonaniom Edwarda Lutyensa, autora koncepcji urbanistycznej New Delhi realizowanej od 1912 roku. Aczkolwiek patrzyliśmy na to przez pryzmat krytycznej oceny angielskiej architektury imperialnej. Uważaliśmy, że ambasada nie jest obiektem, który miałby pokazywać siłę naszego kraju, winien raczej reprezentować polską kulturę.

MW: A jak inwestor – Ministerstwo Spraw Zagranicznych PRL – określał wymagania dotyczące formy obiektu? Czy był nacisk na przekazywanie określonych treści ideologicznych?

SD: Mieliśmy pełną swobodę w tworzeniu architektury. Pozostawało jednak pytanie, jak pokazać nasze rodzime kulturowe elementy, które powinny się znaleźć w takim obiekcie. Trudno było stosować architekturę rodzimą w tym kontekście geograficznym, byłoby to kompletnie nieuzasadnione. Zależało nam raczej na tym, żeby pokazać, że doganiamy cywilizowany świat pod względem wykorzystania technologii dostępnych w latach 70. XX wieku. Chcieliśmy, żeby to architektura – smukłe słupy wspierające podniesioną do góry strukturę – obrazowała wysoki poziom naszego zaawansowania technologicznego. Beton użyty do budowy ambasady został świetnie wykonany – w tym czasie nie potrafiliśmy tego zrobić w kraju, a tam zrobiliśmy. Sam fakt zastosowania surowego, „eksponowanego” betonu był sporym osiągnięciem, zainspirowanym tym, co zrobił Le Corbusier w Czandigarh. Wszystkie te nowoczesne elementy, które zastosowaliśmy – wielkie przeszklenia, podwójny dach – miały zaświadczać o naszej świadomości dotyczącej współczesności, możliwości technologicznych, lokalnych czynników. Natomiast specyfikę kultury naszego kraju mogliśmy zaprezentować we wnętrzach, poprzez projekty ich wystroju, takie elementy wyposażenia, jak kasetonowy strop w rezydencji ambasadora, zainspirowany komnatami na Wawelu, czy meble.

Michał Wiśniewski: Widzieliśmy projekty mebli dla ambasady w archiwum Politechniki Krakowskiej – byliśmy zaskoczeni liczbą i różnorodnością zaproponowanych rozwiązań: od mebli wiklinowych poprzez elementy stylu zakopiańskiego po skórzane fotele i meble ratanowe – polski design w pigułce. Czy elementy wyposażenia wnętrz zostały zrealizowane?

SD: Są zrealizowane, do dziś funkcjonują. To jest cała kolekcja. Teraz ambasada ma być modernizowana i bardzo się martwimy, że zaprojektowane przez nas wnętrza mogą zostać zniszczone, choćby dlatego, że zmieniły się przepisy przeciwpożarowe. Niestety nie mam zdjęć z wnętrz ambasady, nie zostaliśmy zresztą zaproszeni na jej uroczyste otwarcie.

MW: A jak wyglądał sam konkurs na ten projekt?

SD: Startowało osiem zespołów, w tym trzy mocne zespoły warszawskie – konkurencja była bardzo silna. W ocenie naszej pracy ważny był model, który wykonaliśmy w skali 1:500 – zresztą taka makieta była wymagana od wszystkich startujących. Kiedy profesor Cęckiewicz zaprosił mnie do pracy nad ambasadą, myślałem, że po prostu będę pomagał na poziomie technicznym (rysunki, prace nad makietą), nie koncepcyjnym. Tymczasem, profesor pozostawił mi na pełną swobodę wyrażania myśli, w tym przez rysunek – i tak zaczęliśmy współpracować. Pod koniec pracy nad konkursem profesor zakomunikował mi, że jestem współautorem tego projektu – nie spodziewałem się tego, to był dla mnie wielki zaszczyt i radość. W samym zadaniu konkursowym ważna była też strona graficzna – chcieliśmy efektownie przedstawić naszą koncepcję. W tym czasie parałem się fotografią i wymyśliłem, żeby do prezentacji wykorzystać papier fotograficzny, a rysunek na nim powstanie poprzez kolejne naświetlania. Postanowiłem, że zrobimy tło w jakiejś szarości, cienie będą na czarno. Robiliśmy negatyw, wycinając żyletką i nożem formę, w ciemni przy czerwonym świetle nakładaliśmy ten negatyw na papier i naświetlaliśmy z  różnym czasem. W ten sposób osiągnęliśmy efekt, jaki dają dzisiejsze wizualizacje komputerowe. Ta prezentacja przyczyniła się do naszego zwycięstwa w konkursie. Mieliśmy także fantastycznych współpracowników w zespole – Andrzeja Lorka czy Andrzeja Gonciarza – którzy nas bardzo wspomagali przy prezentacji wszystkich technicznych szczegółów projektu.

MK: Wygrywają Państwo konkurs. Jak wyglądają współpraca z samym MSZ-etem, pierwszy wyjazd do Indii?

SD: Pod względem funkcjonalnym nasz projekt odpowiadał ministerstwu. Mieliśmy wówczas dodatni bilans handlowy z Indiami i można było realizować tego typu ambitne przedsięwzięcie architektoniczne. Urzędnicy ministerialni praktycznie nie wtrącali się do projektu, mieli jedynie uwagi związane z procedurami funkcjonowania tej instytucji: zasadami bezpieczeństwa czy zachowania tajemnicy państwowej. Mieliśmy duży komfort pracy, mogliśmy zastosować wszystkie technologie, które zaproponowaliśmy. W tym pomogła nam też bardzo firma architektoniczna Kothari & Associates z New Delhi, która świetnie sprawdziła się w roli naszego partnera. To była spora firma wielobranżowa, która prowadziła duże projekty od podstaw, od koncepcji do realizacji. Nasi indyjscy partnerzy znali dużo firm budowlanych, mieli rozeznanie na rynku, ta pomoc była olbrzymia. Projekt konkursowy robiliśmy trochę na wyczucie, nie znaliśmy lokalnych przepisów prawa budowlanego. Pierwszą rzeczą, jaką zrobili dla nas Kothari & Associates, było sprawdzenie, czy nasz projekt jest zgodny z miejscowymi przepisami – proszę sobie wyobrazić, że nie musieliśmy wprowadzać żadnej zmiany. To było niesłychane, bo w Indiach wysokość zabudowy ograniczają przepisy o wartości kątowej. Kąt od granicy działki wyznacza możliwą wysokość budynku w zależności od odległości sąsiedniej zabudowy. To proste i sprawiedliwe rozwiązanie. U nas jest ten problem, że 4 metry od granicy działki budujemy wysokie obiekty. Nasz projekt sprawdził się też pod innymi względami – ustawienia budynku na działce, usytuowania klatek schodowych itd.

MK: Rozumiem, że nie było zmian w wymiarach bryły, samej strukturze. Ale czy skonfrontowanie się z lokalnymi warunkami na miejscu nie wymagało jakichś korekt czy ulepszeń pojedynczych rozwiązań projektowych?

SD: Jedyne nowe rozwiązanie, które wprowadziliśmy, to wykończenie ażurowych osłon przeciwsłonecznych chroniących przed przegrzaniem przeszklone przestrzenie holi. Podczas drugiej czy trzeciej wizyty na miejscu próbowaliśmy zaprojektować elementy tych osłon – ja pomyślałem o detalu, który mógłby przypominać śmigło samolotu. Wyobraziłem sobie takie elementy w ruchu obrotowym, to mogłoby być coś ciekawego. Zaczęliśmy na ten temat rozmawiać i przeszliśmy do skrętu śruby, w ten sposób powstał pomysł na kształt detalu tworzącego ażurowe łamacze światła. Problemem było tylko ustawienie ich krzywizn, żeby szły za „linijką słońca”, z jednej strony zapewniając cień, z drugiej, nie zasłaniając widoku na zewnątrz.

MK: My ten pomysł znamy także z relacji profesora Cęckiewicza, który opowiadał, że będąc w New Delhi, próbował bronić jakiegoś rozwiązania przed cięciami budżetowymi ze strony MZS-etu. Powiedział do siebie: „zaczynają przykręcać śrubę”. I to słowo „śruba” zamieniło się w pomysł na detal. 1

SD: Tak. Od śmigła przeszliśmy do śruby. I na miejscu w baraku zaczęliśmy składać próbny model tego elementu.

MK: Powiedział Pan, że ambasada miała być synonimem nowoczesności państwa polskiego. Jak to się miało do realiów na placu budowy w New Delhi? Jak wyglądała praca z wykonawcami?

SD: Ta nowoczesność to w dużej mierze konstrukcja. Współpracowaliśmy z fantastycznym inżynierem, Kazimierzem Flagą, który skonsultował projekt już na poziomie konkursu. Mieliśmy świadomość, że jednym z najtrudniejszych problemów w tej konstrukcji będą węzły, które powstają na styku podpory ze stropem. Ze względu na podniesienie bryły budynku ambasady ważne było, żeby nie prowadzić duktów z instalacjami od dołu, żeby je ukryć. Dlatego wymyśliliśmy kolumny w postaci litery H, które miały miejsce na przewody, kanały odprowadzające wodę z dachu itd. Te słupy spotykały się z podciągami, które niosły stropy. Podciągi też musiały być podwójne, żeby przeprowadzić instalacje. Firma Kothari zdecydowała się na etapie projektu budowlanego wysłać te elementy konstrukcji do obliczenia inżynierom z PEC University of Technology w Czandigarze. Tak więc najbardziej skomplikowane przeliczenia węzłów i kontrakcji odbyło się w Indiach w oparciu o wstępny projekt nasz i inżyniera Flagi.

MW: A jakie były największe trudności na etapie projektu i realizacji?

SD: W trakcie realizacji ambasady byłem w New Delhi trzynaście razy. Spędzaliśmy tam zwykle dwa, trzy tygodnie. Na etapie wstępnego projektu, do czasu uzyskania pozwolenia na budowę, bazowaliśmy na naszych obliczeniach. Do Indii musieliśmy zawieźć model w skali 1:200, taki był wymóg. Model miał wymiary 200 × 70 centymetrów – wieźliśmy go jako bagaż podręczny. Wszystkie loty do Indii mieliśmy z przygodami, takie to były czasy, ale ten pierwszy szczególnie zapamiętałem: międzylądowanie w Bejrucie, zapomnieliśmy przestawić zegarki na czas lokalny i spóźniliśmy się na samolot do Delhi. Problem polegał na tym, że nie mieliśmy miejscowej waluty, tylko jakieś przemycone 20 dolarów, a przebukowanie lotu kosztowało pięć razy więcej. Uratował nas polski konsul z Ankary, który przypadkowo usłyszał, że nasz samolot godzinę wcześniej odleciał. Podszedł do nas i powiedział: „Panowie, pomogę wam, znam się z ambasadorem w Indiach, my to załatwimy, ja zapłacę”. I tak to się skończyło. Natomiast zetknięcie się z Indiami było fantastyczne, doświadczyliśmy innej kultury, innego stylu życia. Nie zapomnę tego. Ludzie uśmiechnięci, biedni, ale bardzo przyjaźni, otwarci. Te Indie się teraz nieco zmieniły.

MK: Profesor Cęckiewicz podkreślał także rolę wody w tradycji budowlanej. Projekt ambasady nawiązywał do niej poprzez wprowadzenie do założenia kilkudziesięciometrowego dekoracyjnego akwenu.

SD: Niestety, ze względu na koszt utrzymania tego ozdobnego akwenu, ta część założenia została zlikwidowana. Basen został zasypany, a w jego miejscu powstał kort tenisowy. To jest dla mnie totalne nieporozumienie – zamiast szumu wody, słychać to „pyk, pyk, pyk” – piłki tenisowe uderzające o beton. Jak można było tak zniszczyć to wnętrze? Zwłaszcza, że faktycznie woda w historycznym budownictwie w Indiach odgrywała ważną rolę, nie tylko dekoracyjną – w porach suchych dawała ochłodę i pożądaną wilgotność powietrza. To, że basen zniknął z naszego projektu, jest bardzo smutne.

MK: Najbardziej znane przykłady modernizmu w tej części świata to Czandigarh Le Corbusiera czy projekty Louisa Kahna: Instytut Administracji Publicznej w Ahmadabadzie czy gmach parlamentu w Dhace. Jak przyjmowały się idee modernistyczne w Indiach? Czy mieli Panowie okazję zobaczyć modernistyczne realizacje miejscowych architektów?

SD: W New Delhi oglądaliśmy przede wszystkim architekturę dzielnicy ambasad – to były bardzo ciekawe rozwiązania. Amerykańska ambasada zaprojektowana przez Edwarda Durella Stone’a na początku lat 50. XX wieku była świetna. Duże wrażenie zrobiła na nas ambasada Czechosłowacji – energooszczędna, ukryta w ziemi, taka landscape architecture. Pamiętam też ambasadę Kanady zaprojektowaną przez CP Kukreja Architects – pracownię architektoniczną z New Delhi. Natomiast większość współczesnej miejskiej architektury w Indiach nie była ciekawa – to były zwykłe, tynkowane domy, często wznoszone metodami rzemieślniczymi.

MK: Mówił Pan o współpracy polskich i indyjskich konstruktorów przy projekcie ambasady. Ale sam budynek też był wznoszony w dużej mierze metodami rzemieślniczymi – z relacji profesora Cęckiewicza wynika, że ważną rolę odegrali miejscowi robotnicy, którzy posługiwali się najprostszymi narzędziami.

SD: Człowiek potrafi doskonale wykorzystać dostępne narzędzia. Dobry rezultat można uzyskać, nie tylko posługując się nowoczesnymi technologiami, ale także dzięki pracy rąk i wiedzy. Wielki wpływ na realizację budynku miał inżynier Antoni Kubicki, który był inspektorem nadzoru inwestorskiego. To był człowiek niezwykłej klasy, umiejący się świetnie komunikować zarówno z zespołem projektowym, jak i z tymi prostymi Hindusami. Fantastyczna postać, która cementowała wszystkie relacje. Kiedy po raz pierwszy wizytowaliśmy plac budowy ambasady, zobaczyliśmy ludzi z kilofami rozłupujących skałę, żadnych koparek – byliśmy trochę skonfundowani. Mamy zdjęcia z dzieciakami na budowie, bo przecież tam pracowały matki z dziećmi. Ale kiedy pokazano nam pierwsze fundamenty – bardzo precyzyjnie odlane – to się uspokoiliśmy. Mało tego, pan Kubicki nam powiedział, że rozebrano jedną kolumnę, bo była odchylona o 1 centymetr na wysokości 11 metrów. Oczywiście, Hindusi mieli nowoczesne urządzenia geodezyjne, jak teodolity, którymi mogli wszystko sprawdzić, więc tutaj technologicznie nie było problemu. Natomiast większość robót była wykonywana ręcznie: kobiety transportowały beton na głowach w specjalnych nieckach, mężczyźni budowali bambusowe rusztowania, które wyglądały, jakby miały się za chwilę zawalić, ale wyrastała z nich perfekcyjna konstrukcja. Lokalne metody budowlane okazały się niezawodne – w roli poziomicy występował szlauch z wodą. Byliśmy pełni podziwu dla skrupulatności nadzoru budowlanego: z jednej strony budowę kontrolowali architekci i inżynierowie firmy Kotarhi, z drugiej – pan Kubicki, także z zespołem lokalnych inżynierów i geodetów.

MW: Jak w indyjskim klimacie sprawdziły się zaproponowane przez Panów rozwiązania?

SD: Cały budynek zaprojektowaliśmy tak, by klimatyzacja nie była konieczna. Taka była idea: obronienie się przed uciążliwościami klimatu – jej podporządkowaliśmy elementy projektu: dużą liczbę pergoli, wprowadzenie zacienionych atriów itd. Podniesienie budynku zapewniało przepływ powietrza od dołu i wydmuchiwanie wentylowanego powietrza poprzez szacht do góry. Zarówno pomieszczenia samej ambasady, jak i pozostałych części założenia, na przykład apartamenty, były wentylowane w sposób naturalny, co pozwalało przez długi czas nie używać klimatyzacji. Mieliśmy sygnały od użytkowników, że nasze rozwiązania się sprawdziły.

MK: Na koniec chciałabym Panu zadać pytanie o stosunek do krytycznego regionalizmu. Czy dom w Burowie Pańskiego projektu można traktować jako rodzaj deklaracji w tej kwestii?

SD: Forma regionalna nie jest elementem stałym. Nowe rozwiązania narastają w czasie, często inspirują je użytkownicy. Powstaje coś na kształt rodzimej tradycji. Ludzie utożsamiają się z tymi rozwiązaniami i identyfikują poprzez nie z miejscem. Mój projekt to zasadniczo wynik obserwacji formy tradycyjnej, o której mówię wyżej. Jest w pewnym sensie syntezą takich czynników, jak skala czy proporcje, a te tworzą geometrię całej bryły. Ta czysta geometria została wyznaczona krawędziami płaszczyzn ścian i

dachu. Zastosowanie drewna jako materiału wykończeniowego tych płaszczyzn w maksymalnym wymiarze to też rezultat kontynuacji tradycji, w której materia i forma są jej odbiciem. 

 


[1] (red.) M. Karpińska, D. Leśniak-Rychlak, M. Wiśniewski, Witold Cęckiewicz, tom I, Rozmowy o architekturze. Projekty, Kraków: Instytut Architektury, 2015, s.69.