Przeskocz do treści

Partycypacja i partycypacja

2 [37] 2012

30 | 07 | 2015

Poczet władców przestrzeni publicznych

SERCE I MÓZG

Partycypacja społeczna w planowaniu przestrzeni publicznych to oddanie kolejnego atrybutu władzy ich użytkownikom już na etapie tworzenia założeń dla danego miejsca. Idealna sytuacja to taka, gdy polityk, urbanista lub architekt stają się powiernikami vox populi i starają się go urzeczywistnić w ramach istniejącego systemu prawnego oraz własnego poczucia estetyki. Nie jest to co prawda sposób na zapobieżenie projektom kiczowatym, ale jednak stanowi szansę dla pomysłów autorskich. Ważne, że koncepcja jest odpowiedzią na potrzeby wyrażone w trakcie (jednej lub kilku) dyskusji z mieszkańcami oraz przyszłymi użytkownikami, stając się vox Dei, któremu architekt lub urbanista nadają estetycznie akceptowalne ramy – oczywiście we własnym odczuciu. Sytuacja taka wydaje się najbardziej zbliżona do ideału, gdyż tworzone miejsce jest „sprofilowane” pod kątem przyszłych odbiorców i jest spełnieniem ich oczekiwań. W rezultacie powinniśmy otrzymać kolejny chaupal.

Czy tylko jawnie wyrażone na spotkaniach partycypacyjnych potrzeby powinny stanowić podstawę dla projektów? Dwudziestego trzeciego kwietnia 1985 roku Coca-Cola wprowadziła na rynek New Coke, napój stworzony według nowej receptury, która zastąpiła tę stosowaną od początku XX wieku. Nową formułę poddano wcześniej testom, w których wzięło udział niemal 200 tys. osób. Wszyscy wyrażali się z aprobatą o nowej coli. Przetrwała ona na rynku tylko siedemdziesiąt dziewięć dni. Liczba protestów, jakie wywołała nowa receptura, zmusiła zarząd do wycofania produktu z większości rynków na świecie. Do dziś ten pomysł jest uznawany za przykład jednego z większych błędów marketingowych w historii5.

Konsultacje i partycypacja społeczna są w swych założeniach bardzo zbliżone do prawidłowo pojmowanego marketingu strategicznego. Przedsiębiorca, tak jak polityk czy architekt, chce poznać potrzeby klientów i zaproponować taką ofertę, jaka zadowoli grupę o największym znaczeniu. Wyznacznikiem skuteczności tej strategii mogą być odpowiednio długotrwały zysk lub wygranie kolejnej kadencji, ewentualnie sława projektu.

Problem z tego typu oddaniem mocy decyzyjnej mieszkańcom lub użytkownikom przestrzeni publicznych jest podobny do tego, z którym od wielu lat mierzy się marketing: czy uczestnicy dyskusji naprawdę wiedzą, co decyduje o ich zachowaniu i czy wyrażane przez nich potrzeby są nimi na pewno? Błąd Coca-Coli pokazuje, jak bardzo opinia nawet dużej grupy ludzi może odbiegać od rzeczywistych oczekiwań ogółu. Najważniejsze jest jednak to, że eksperci od marketingu już dawno uznali, iż ludzie nie kierują się w swoich działaniach racjonalnymi przesłankami, ale w większości emocjami6.

BANANOWE AUTA I PIASKOWNICE

Najbardziej oczywistym przykładem emocjonalnego wymiaru wielu decyzji dotyczących przestrzeni publicznych jest obecność w niej samochodu oraz syndrom NIMBY (Not In My Backyard) czy skrajny BANANA (Build Absolutely Nothing Anywhere Near Anything). Samochód w mieście jest − jak określił to wieloletni burmistrz Kurytyby Jaime Lerner − zaproszonym gościem, który jakoś nie chce się wynieść. Zapomniał on jednak, że mieszkańcy są kierowcami i wielu z nich utożsamia komfort pojazdu z własnym. Kierowca określać będzie swoje potrzeby nie jako dwunożny człowiek, ale jako czterokołowy wehikuł. Jest to na tyle odmienna perspektywa, że można ją uznać za kluczowy moment zmiany paradygmatu w dyskusji o przestrzeni.

Niewielu kierowców zna badania Donalda Appleyarda, który przypadkowo zginął pod kołami samochodu w Atenach. Badał on zależności pomiędzy ruchem ulicznym a średnią liczbą przyjaciół i znajomych u lokatorów przy danej ulicy. Odkrył, że przy natężeniu ruchu 200 i prawie 2000 pojazdów na godzinę różnica w liczbie znajomych wynosi 50 procent, a przyjaciół prawie 70 procent. Oznacza to, że wzrost liczby samochodów o 1800 na godzinę to utrata dwóch przyjaciół oraz trzech znajomych na osobę7.

Dyskutując o ruchu ulicznym i miejscach parkingowych, prowadzimy tak naprawdę dyskusję o tym, ile mamy szans na nawiązanie kontaktów z ludźmi. Potrzeba i wartość nawiązania relacji z sąsiadami nie pojawią się jednak w ogóle w trakcie większości procedur partycypacyjnych związanych z transportem. Tam rozmowy zazwyczaj dotyczą potrzeb czterokołowych pojazdów.

Syndrom NIMBY to skrajny przykład negatywnej władzy społecznościowej. Rząd czechosłowacki mógł jednym dekretem zniszczyć Korzo. Społeczność może mieć tutaj równie destrukcyjny wpływ. Najprostszym przykładem jest częsty na wiosnę sprzeciw starszych mieszkańców wobec prób uzupełnienia piasku w osiedlowych piaskownicach, zgodnie zresztą z obowiązującymi przepisami. Postulat ten wydaje się absurdalny do momentu, gdy nie ustalimy potrzeby, do której zaspokojenia osoby te dążą. Starsi cenią ciszę i spokój, a brak piasku w piaskownicy oznacza dla nich mniej dzieci pod oknami ich mieszkań, a więc mniej krzyków, śmiechu i hałasu. Niech młodzi bawią się gdzie indziej. Podobny problem dotyczy usytuowania nowych ławek. Konsultacyjne i partycypacyjne metody mogą się sprawdzić w rozwiązaniu tych konfliktów jedynie wówczas, gdy będą prowadzone przez dobrze przygotowanych facylitatorów. W przeciwnym razie rezultatem będzie najprostszy kompromis − przeniesienie piaskownicy poza osiedle lub ustawienie ławek z dala od budynków. Jeżeli oczywiście w tych nowych miejscach nie pojawi się ponownie NIMBY lub, co gorsza, BANANA. Pokazuje to, że gwarantem sukcesu nie jest użycie jakichś procedur i narzędzi, ale jakość pracy oraz wiedza dotycząca ich wykorzystania.


[5.] M. Haig, Porażki marek − największe wpadki rekinów biznesu, tłum. R. Zawadzki, Warszawa: Bellona, 2006.
[6.] E. Mistewicz, Marketing narracyjny − jak budować historie, które sprzedają, Gliwice: Helion/One Press, 2011, s. 41.
[7.] D. Appleyard, Livable Streets, Berkeley: University of California Press, 1981.