30 | 10 | 2015

Zakleszczona rewitalizacja

alternatywny text obrazka

Pojęcie „rewitalizacja” zdążyło się zdewaluować, zanim jego sens został uzgodniony. Po niemal dwudziestu latach dyskusji prowadzonej w Polsce przez przedstawicieli różnych dyscyplin naukowych oraz polityków i praktyków zainteresowanych tą dziedziną życia miejskiego można powiedzieć, że „rewitalizacja” to termin z kategorii imponderabiliów. Parafrazując słownik PWN, są one rzeczą „nieuchwytną i niedającą się dokładnie zmierzyć lub obliczyć, mogącą jednak wywierać wpływ na jakieś sprawy”. Inaczej mówiąc, niby wszyscy to „coś” znają, wszyscy wiedzą, na czym polega, ale nie da się tego „czegoś” jednoznacznie opisać słowami. Intencją tego tekstu jest przedstawienie i uzasadnienie hipotezy, że w Polsce w ciągu ostatnich kilkunastu lat doszło do „zakleszczenia” procesu społecznego uzgadniania znaczenia pojęcia rewitalizacji. Zaznaczę, że hipoteza ma w dużej mierze charakter intuicyjny, a wynika z doraźnej, choć często dość intensywnej obserwacji dyskusji „nad rewitalizacją” toczonej przez teoretyków i praktyków.

Jeszcze kilkanaście lat temu (około 2002 roku), kiedy podejmowałam badania nad rewitalizacją, pojęcie to nazwałam „wytrychem” – bo nie był to klucz precyzyjnie dopasowany do konkretnego zamka, a właśnie wytrych mający otworzyć wszelkie drzwi. O ile urbaniści, historycy sztuki, socjolodzy czy ekonomiści podejmujący temat rewitalizacji w Polsce starali się zachować w swoich publikacjach i wystąpieniach definicyjne rygory (spierając się jednak o priorytetowość konkretnej dyscypliny w refleksji o rewitalizacji), o tyle już w dyskursie medialnym „rewitalizacją” mogło być wszystko, od remontów budynków po wymianę nawierzchni Rynku Głównego w Krakowie (tak podpisane było zdjęcie w krakowskim dodatku do „Gazety Wyborczej”). Dyskurs medialny popularyzował pojęcie i sprawiał, że z domeny eksperckiej przenikało ono do domeny życia codziennego. Celowo przerysowując sytuację, stwierdzę, że w Krakowie (być może również innych miastach) trochę nie wypadało przyznawać się do nieznajomości słowa, tym bardziej że w tym samym czasie pojawiały się w telewizji reklamy kobiecego kremu, który „rewitalizował” skórę. Tautologiczne wyjaśnienie, że chodzi o „ożywienie tego, co martwe”, musiało wystarczyć. Dyskusja nad rewitalizacją przestrzeni miejskiej przyspieszyła po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Unijne pieniądze wymagały doprecyzowania „rewitalizacji po polsku”. I był to czas, w którym pojawiła się szansa na to, że perspektywy urbanistów, architektów, historyków sztuki, socjologów, ekonomistów i wszystkich innych zainteresowanych zagadnieniem będą mogły być zintegrowane − z pożytkiem dla nauki, ale przede wszystkim z pożytkiem dla ludzi, mieszkańców miast. Publikacje, konferencje tematyczne, kongresy i inne rozmaite wydarzenia skupione na refleksji nad rewitalizacją bez wątpienia przyczyniły się do rozwoju interdyscyplinarnego ujęcia tematu. Mam szczerze przekonanie, że dziś, w 2015 roku, wśród ekspertów rewitalizacji panuje przekonanie o wielowymiarowości tego procesu, równoważności i nierozerwalności jego aspektów przestrzennych i społecznych. Kiedy jednocześnie obserwuję jednak rozmaite spotkania, w których przedstawiciele nauki, administracji publicznej, sektora pozarządowego i biznesu debatują o rewitalizacji, mam nieodparte wrażenie „zakleszczenia języka”. To zakleszczenie jest skutkiem – a przynajmniej ja tak widzę ten mechanizm – co najmniej dwóch czynników.

Po pierwsze, kształtowanie się dyskursu o rewitalizacji nałożyło się w czasie na dwa inne procesy, jeden o charakterze bardziej społeczno-kulturowym, drugi o charakterze polityczno-ekonomicznym − mam tu na myśli przede wszystkim wyłonienie się ruchów społecznych występujących pod hasłem prawo do miasta, formalizowanie polityki miejskiej (tak zwana ustawa rewitalizacyjna) i pojawienie się perspektywy unijnych środków na rewitalizację miast. Kumulacja tych zjawisk (związanych z tym oczekiwań, możliwości i ograniczeń) bardzo podgrzała atmosferę wokół „rewitalizacji”, podkreśliła różnice ideologiczne (czyje jest miasto?) i zradykalizowała odpowiedzi na pytanie, po co i dla kogo jest rewitalizacja. Drugim, ale nie mniej ważnym, czynnikiem „zakleszczenia języka o rewitalizacji” jest fakt, że zanim doszło do jakiegokolwiek uzgodnienia znaczeń, nastąpiło bardzo wyraźne „rozjechanie się” teorii, polityki i praktyki rewitalizacji. Co mam na myśli? Otóż kiedy eksperci konceptualizowali pojęcie, a politycy rozważali kolejne wersje ustawy o rewitalizacji, praktycy po prostu zaczęli działać. Jak przyznawały uczestniczki debaty, która odbyła się kilka tygodni temu w Centrum Obywatelskim w Krakowie, w działaniach prowadzonych w społecznościach lokalnych nie używano pojęcia rewitalizacji, a jeśli jakikolwiek termin był potrzebny, to mówiono raczej o animacji społecznej czy o pracy socjalnej ze środowiskiem lokalnym (te metody również są wieloznaczne, ale ponieważ nie były to terminy, które by przykuły uwagę polityków czy deweloperów, to praktykowanie rewitalizacji postępowało bez potyczek o takie czy inne jej znaczenie). Dla pełnego obrazu trzeba dodać, że ostatnie lata to w polskich miastach również przykłady dużych inwestycji występujących pod szyldem rewitalizacji. I to właśnie projekty realizowane na obszarach poprzemysłowych (jak krakowskie Zabłocie), zdegradowanych i źle funkcjonujących centrach miast (jak Katowice) stały się ikoną „rewitalizacji po polsku”, papierkiem lakmusowym odmiennych, często sprzecznych z sobą wizji miasta. Kiedy więc dziś na poziomie teoretycznym odbywa się ustalanie, czym rewitalizacja jest, a czym nie jest, i czym różni się od renowacji, modernizacji lub odnowy, to w terenie działają animatorzy i animatorki, aktywiści i aktywistki, którzy społecznie lub w ramach pracy zawodowej starają się sprawić, żeby ludziom – po prostu – chciało się chcieć. Nie jest to, rzecz jasna, rzeczywistość biało-czarna, w której to wszyscy lokalni aktywiści działają bezbłędnie, a eksperci i politycy stają się zakładnikami systemu, jaki sami legitymizują. Wspomniane wyżej spotkanie w Centrum Obywatelskim pokazało, że pod powierzchnią różnych znaczeń „rewitalizacji” kryją się podobne przekonania animatorów, nauczycieli akademickich i urzędników co do ważności społecznego, partycypacyjnego wymiaru procesu. Gdzie więc blokada? Być może w rękach dysponentów środków publicznych, autorów projektów architektonicznych, właścicieli gruntów, inwestorów. Kiedy obserwuję, w jaki sposób przygotowywane i realizowane są w Krakowie „projekty rewitalizacji” (ale też rozmaite inne projekty i inwestycje), przypominają mi się „refleksyjne wspólnoty” opisywane przez Scotta Lasha. Poza tym, że owe „refleksyjne wspólnoty” wytwarzają „wspólne znaczenia i praktyki, afektywne przywiązanie do «narzędzi» i produktu, wewnętrzne określanie standardów i celów, poczucie obowiązku, kierowanie się Sitten, charakterystyczny dla pola habitus”, to – jak dodaje Anthony Giddens – cechują się też wewnętrzną referencjalnością. Inaczej mówiąc, mają „tendencję do doskonalenia narzędzi wpływu i wyodrębniania obszarów działań względnie izolowanych i przez to bardziej podatnych na kontrolę”. W praktyce działa to tak, że w zasadzie wszystko, co dzieje się w przestrzeni miasta, władze są w stanie uzasadnić: zawartymi w przeszłości umowami, planami, uwarunkowaniami wyższego rzędu czy tak zwaną wyższą koniecznością.

Dziś pilnie potrzebne jest „uwolnienie” pojęcia rewitalizacji z obszarów kontrolowanych przez poszczególne wspólnoty ekspertów, „ożywienie” samego języka o mieście i o tym, co się w nim dzieje. Jeśli taki cud się nie dokona, teoria i praktyka rewitalizacji będą trwały we wzajemnym odniesieniu wyłącznie do siebie, ale bez odniesienia do realnych potrzeb społecznych. Oczywiście „rewitalizacja” mogłaby pozostać terminem z kategorii imponderabiliów. Takich pojęć jest więcej i są nieustannym źródłem inspiracji dla badaczy z dziedziny nauk społecznych i humanistyki. Bywają tematem literatury pięknej i malarstwa. Szkopuł w tym, że, jak mówi słownik, imponderabilia mają tendencję do wywierania wpływu na inne sprawy − a od tego, jak samorządy lokalne zdefiniują rewitalizację, będzie zależało to, co się stanie w naszych miastach w ciągu najbliższych lat.


Marta Smagacz-Poziemska – adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego; absolwentka Instytutu Socjologii oraz Instytutu Filologii Polskiej UJ. Jej aktywność naukowo-badawcza, dydaktyczna i aplikacyjna koncentruje się na zjawiskach, procesach i problemach występujących w miastach i obszarach zurbanizowanych, w tym zwłaszcza na problematyce degradacji i rewitalizacji przestrzeni miejskiej oraz wykluczenia społecznego. Odbyła kilkumiesięczne studia na Università Cattolica w Mediolanie oraz staż naukowo-badawczy w Centro per lo Studio della Moda e della Produzione Culturale w Mediolanie. Członkini kilku międzynarodowych projektów badawczych, w tym: Demos (2002-2004), poświęconego kwestii udziału obywateli w zarządzaniu miastem; CLIOHnet (2003-2006), grupa tematyczna „Granice i tożsamość” Europejskiej Sieci Historycznej; CASE: Cities Against Social Exclusion (2005-2007), projekt w ramach linii Interreg dotyczący problematyki wykluczenia w przestrzeni miejskiej, oraz w latach 2006-2007 w projekcie FeMiPol (Integration of female immigrants in labour market and society. Policy assessment and policy recommendations).



SPIS TREŚCI


CZYTAJ TAKŻE

Z frontu walki o modernizm | ANKIETA REDAKCYJNA

Moda na modernizm, szczególnie ten powojenny, nie wzięła się w Polsce znikąd. Jej początków szukać…


Ustawa o rewitalizacji – komentarz

Rewitalizacja przedstawiana jest często, czasem na wyrost zresztą, jako jeden z podstawowych warunków zrównoważonego rozwoju…


Architektura dla społecznej zmiany

Od czterech lat co roku przyjeżdżam do Polski z moimi studentami. Zapraszają nas rozmaite instytucje…



O ile nie zastrzeżono inaczej, materiały ze strony dostępne na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Małopolskiego Instytutu Kultury

polityka prywatności

do góry