27 | 11 | 2015

Odwaga burzenia, odwaga budowania

Coraz powszechniejsza moda na architekturę modernistyczną skłania do zastanowienia się nie tylko nad materialnym dziedzictwem nowoczesności, ale także nad politycznymi decyzjami, dotyczącymi miejskiego życia. Modernizm jest nadal dominującą formą współczesnych miast, na tyle znaturalizowaną, że na co dzień niedostrzegalną. My jesteśmy zaś na wskroś nowoczesnymi mieszkańcami i mieszkankami przestrzeni, które zostały ukształtowane przez dwudziestowieczne myślenie urbanistyczne, co jednak nie oznacza, że nieustannie ekscytujemy się jego dokonaniami. Przestrzeń nie składa się z tego, co o niej myślimy, ani z tego, jak jest sama w sobie urządzona; jest natomiast w dużym stopniu związana z tym, jak żyjemy, jakiego miasta doświadczamy na co dzień, w jaki sposób zorganizowane jest nasze praktyczne, cielesne i społeczne bycie w mieście. Trwałą nowoczesność tego wymiaru przestrzeni można sprawdzić bezpośrednio, odkręcając kran z wodą we własnej łazience, wsiadając do tramwaju, spacerując po parku lub tkwiąc w korku na dwupasmowej ulicy. Założona powszechna dostępność infrastruktury, normy dotyczące budownictwa i higieny, ale też często kłopotliwe rozwiązania urbanistyczne, mające swoje źródła w nowoczesnym podejściu do miast, nadal są wszechobecne. Przejście poza miejski i architektoniczny modernizm dokonało się w tym, że możliwa jest refleksja nad nim, jak również nad samą naturą nowoczesności, ale na pewno nie w sferze przestrzennej codzienności.

Równocześnie jednak w sytuacji systematycznego i brutalnego rozmontowywania przestrzennych i społecznych dokonań nowoczesnego myślenia, którego jednym z najbardziej jaskrawych przykładów jest burzenie budynków, nie dziwi konieczność obrony tego, co zostało nie bez wysiłku zdobyte i wywalczone. Najbardziej spektakularne przykłady bezwzględnego obchodzenia się z dziedzictwem modernizmu – z polskich przykładów można podać choćby warszawski Supersam oraz DT Smyk, katowicki dworzec główny, lubelskie kino Kosmos czy wciąż niepewny los krakowskiego hotelu Cracovia – słusznie wzbudzają protesty i opór. Wydaje się jednak, że wymuszone okolicznościami pole walki wyznacza obrońcom i obrończyniom modernizmu pozycję, która nie jest w szerszym kontekście – miejskiej demokracji czy prawa do miasta – jednoznacznie pozytywna, oraz wymusza strategie, które z trudem mogłyby służyć temu, co w miejskiej nowoczesności jest najistotniejsze i co można nazwać instytucjonalizacją uniwersalnego dobra wspólnego. W założeniu oznaczała ona kontrolę nad przestrzenią, z uwzględnieniem czynników pozaekonomicznych, możliwość planowania oraz rozwiązania mające na celu poprawę warunków życia jak największej liczby obywateli i obywatelek. Całkowicie zrozumiałe było, że w miastach żyją nie przedstawiciele gatunku homo oeconomicus, lecz osoby, którym należy się dach nad głową, dostęp do zieleni czy możliwość przemieszczania się. Względna oczywistość tej instytucjonalizacji w postaci państwa zaczęła jakiś czas temu słabnąć, co ma całkowicie namacalne i konkretne skutki, jak prywatyzacja przestrzeni dotąd publicznych czy różnicowanie dostępności infrastruktury. I choć nowoczesne państwo nigdy nawet nie zbliżyło się do realizacji swoich ideałów, bądź też realizowało je w zupełnie opaczny sposób, to dawało przynajmniej zaczepienie dla własnych społecznych i politycznych obietnic.

W tym dość ponuro rysującym się kontekście tym ważniejsze staje się odniesienie do mody na modernizm jako sposobu na przywrócenie i odzyskanie nowoczesnego projektu. Jedna z najczęstszych strategii podejmowanych – mniej lub bardziej świadomie – w celu ochrony modernistycznego dziedzictwa jest próba przywrócenia estetycznej wartości budynkom i założeniom urbanistycznym. Nawet w przypadku obiektów wyraźnie zaniedbanych, czy takich, których oryginalna forma została zmącona późniejszymi interwencjami, poszukuje się piękna, próbuje przekonać innych, że w samej materialności i wizualności budynku znaleźć można argumenty za jego zachowaniem. Estetyzacja taka posiłkuje się również dodatkowymi argumentami, jak choćby przywracaniem pamięci o architektach (co miałoby dodać wartości ich pracom), wyszukiwaniem artystycznych walorów, na przykład w postaci mozaik, rzeźb i wzornictwa, czy też podkreślając specyficzne technologiczne innowacje, oraz odbywa w różnorodnych formach: wystaw, publikacji, spotkań, dyskusji, etc.

Aktywności te owocują niewątpliwie wzrostem świadomości na temat wartości architektury modernistycznej oraz zauważalnym wzrostem zainteresowania nią u publiczności, pozostaje jednak pytanie, czy strategia estetyzacji może być skuteczna w kontekście faktycznej ochrony, zarówno samych budynków, jak i – ujmując rzecz szerzej – modernistycznych miejskich ideałów. Z przynajmniej dwóch względów wydaje się to wątpliwe. Po pierwsze, z konieczności jest ona w dużym stopniu wybiórcza, ponieważ zwraca się ku szczególnej kategorii budynków, według obrońców szczególnie wartych dostrzeżenia i ocalenia. Oczywiście wynika to często z zewnętrznej sytuacji zagrożenia wyburzeniem lub przebudową. Sprawia to jednak, że estetyzacja jest wyłącznie reaktywna, co tym bardziej ogranicza szersze spojrzenie na miejskie dziedzictwo modernizmu. Po drugie, strategia ta jest selektywna także w sensie społecznym – jest używana i akceptowana przez osoby charakteryzujące się dostatecznym poziomem kapitału kulturowego, aby w ogóle móc dostrzec estetyczną elegancję modernistycznych obiektów. Czym innym jest jednak zachwyt nad ścianą kurtynową czy kilkukondygnacyjną żelbetową klatką schodową, a czym innym docenienie społecznych konsekwencji nowoczesnego miasta, takich jak usługi publiczne w osiedlach mieszkaniowych czy dostępność transportu publicznego. Pośród działań związanych z ochroną architektury i urbanistyki modernistycznej, skupionych na wyjątkowych obiektach czy dokonaniach najzdolniejszych architektów szczególnie dojmujące jest znikome odniesienie do codziennego, pełzającego rozmontowywania dobra wspólnego, które gwarantował mniej lub bardziej skutecznie modernizm.

Dodatkowo nie jest przecież tak, że architektoniczne formy modernizmu poszły całkowicie w zapomnienie w obecnie realizowanych budynkach. Wręcz przeciwnie – są one dość rozpowszechnione, zostały jednak oddzielone od obietnic nowoczesnego miasta jako demokratycznej, obywatelskiej struktury. Przykładowo Owen Hatherley mianem pseudomodernistycznych określa te budynki, które modernistyczną formą realizują najgorsze elementy neoliberalnej miejskości, takie jak spekulacja gruntowa czy prywatyzacja wszystkiego, co wspólne. W społecznym i politycznym sensie liczy się nie to, jak budynek wygląda, ale to, jak funkcjonuje w miejskim kontekście – powstanie brutalistycznego centrum handlowego byłoby znacznie gorsze niż świecącego na kolorowo czy historyzującego osiedla komunalnego. Oczywiście estetyka nie jest całkowicie bez znaczenia, jednak w obecnej sytuacji nie powinna być najważniejszym elementem sporu o miasto. Sprowadzenie go do dyskusji o gustach, wartościach dziedzictwa i walki o zachowanie tego czy innego budynku jest zaś bardzo często polityczną kapitulacją. Jeśli ma do niej ostatecznie nie dojść, konieczne jest wyjście poza dyskusje o ochronie wartości estetycznych.

Nie tylko w dosłownym sensie modernizm był w równym stopniu budowaniem co burzeniem. Być może nie warto go bronić, jeśli miałby pozostać wyłącznie martwym zabytkiem nowoczesności? Potrzebne jest odwrócenie perspektywy i ponowne uruchomienie modernizmu do burzenia i budowania. Burzenia obecnej dominacji, zaprzeczającej nowoczesności, utrwalającej to, co jest. Budowania – nawet na betonowych gruzach – obietnicy nowoczesności, wzmacniającej uniwersalne instytucje, wzmacniającej różnorodne praktyki prawa do miasta. Modernizm się nie skończył, trzeba go tylko unowocześnić.


Karol Kurnicki – doktor socjologii, absolwent Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim. W doktoracie zajmował się kwestią znaczenia ideologii w przestrzeniach miejskich. Współpracuje z Centre for Urban Conflicts Research na University of Cambridge. Obecnie odbywa staż podoktorski w Instytucie Socjologii UJ, zajmując się badaniem procesów społeczno-przestrzennych w polskich osiedlach mieszkaniowych. Interesuje się socjologią miasta, socjologią przestrzeni, urban studies oraz problematyką krytyki społecznej. Intelektualnie zainspirowany pracami Henri Lefebvre’a, Pierre’a Bourdieu i Luca Boltanskiego.



SPIS TREŚCI


CZYTAJ TAKŻE

Świątynie karnawału

Architektura sakralna w PRL   Przeprowadźmy eksperyment. Wyjdź z domu i skieruj się ku głównej…


Architekt/architektka w procesach rewitalizacji

Architekt jest tym aktorem procesu rewitalizacji, który odpowiada za aspekt przestrzenny, począwszy od urbanistyki po…


Ambasada Polski w New Delhi

Ambasada Polski w New Delhi jest jedną z najciekawszych modernistycznych realizacji, jakie przeprowadzili krakowscy architekci,…



O ile nie zastrzeżono inaczej, materiały ze strony dostępne na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Małopolskiego Instytutu Kultury

polityka prywatności

do góry