30 | 10 | 2015

Koszmar partycypacji?

W filmie Matrix z 1999 roku jest scena rozmowy hakera Neo z Morfeuszem, uważanym za komputerowego guru, rozgrywająca się w interesującym sztafażu XIX-wiecznej kamienicy.

Morfeusz mówi do Neo: Niestety nikomu nie można wyjaśnić, czym jest Matrix. Musisz przekonać się o tym osobiście.

I oferuje Neo dwie pigułki – czerwoną i niebieską. Niebieska spowoduje, że historia się skończy, a Neo obudzi się we własnym łóżku, wierząc w to, w co chce wierzyć. Czerwona pigułka oznacza konfrontację z prawdą.

Pamiętaj, wszystko, co oferuję, to prawda, nic więcej. – podsumowuje Morfeusz.

A chwilę wcześniej Morfeusz wyjaśnia Neo, dlaczego doszło do ich spotkania:

Czułeś to przez całe życie. To to uczucie, że coś jest ze światem nie tak, nie wiesz, co to jest, ale to tam jest. Jak drzazga w twoim mózgu, doprowadzająca cię do szaleństwa. Właśnie to uczucie przygnało cię do mnie.

Może to zabrzmi nieco ostro, ale od dłuższego czasu mam dojmujące przekonanie, że ze światem ogólnie, a światem architektonicznym w szczególności, jest coś nie tak… Wizualizacje czy fotografie nowych realizacji architektonicznych prezentują się wspaniale na ekranach i w czasopismach, a jednak coś nie pozwala bezkrytycznie afirmować tego, co się dzieje w architekturze, mówić o czysto estetycznych walorach budynków, gdyż zza fasad przeziera pustka, poczucie, że prawdziwe problemy i rzeczywistość pozostają z boku. I poczucie to powróciło ze zdwojoną siłą, gdy zobaczyłam tytuł konferencji związanej z biennale, z tego też powodu pozwolę sobie na wstępie na kilka uwag odnoszących się właśnie do tego wątku.

Wolny rynek, lepsze miasto? Znak zapytania wygląda na kurtuazję, a w programie, który otrzymaliśmy w podsumowaniu Artura Jasińskiego, już zupełnie znika. Moja odpowiedź moja, gdybym miała jej udzielić, byłaby inna: nie – wolny rynek nie oznacza lepszego miasta.

Fotografia z wystawy Za-mieszkanie 2012. Miasto ogrodów, miasto ogrodzeń

Jeśli chodzi o rozwój polskich miast w okresie ostatnich 25 lat, to przy pozorze modernizacji coraz bardziej kurczy się strefa publiczna, a obszary dotąd powszechnie dostępne obywatelom stają się przedmiotem gry interesów, gdzie publiczne, wspólne dobro notorycznie przegrywa z presją rynku i deweloperów. W wyniku działań tych ostatnich powstają osiedla, które charakteryzują się bardzo ekstensywnie zabudowywanym terenem, gdzie mieszkańcy zaglądają sobie do okien i żyją w zagęszczeniu (na stosunkowo niewielkich metrażach), powstają betonowe pustynie, w przeciwieństwie do osławionych blokowisk nie mające szans się zhumanizować poprzez zieleń. Osiedla te są pozbawione podstawowej infrastruktury, brakuje przedszkoli, szkoły są przepełnione, nie powstają nowe parki i tereny zielone, a te istniejące również pozostają pod presją „rozwoju”. Paradoksalnie te same przedsięwzięcia deweloperskie reklamują się za pomocą sloganów o mieszkaniu w zieleni i parku, nie realizując nawet pozorów obietnicy. Miasta się rozlewają, przedmieścia zabudowują chaotycznie, a śródmieścia wyludniają i gentryfikują. Życie z centrów i ulic przenosi się do wielkich galerii handlowych, które powstają w znacznej liczbie w centrach i na peryferiach miast. Na przedmieściach i za miastem ludzie masowo stawiają ogrodzone domy na ogrodzonych osiedlach, realizujące ich aspiracje, budynki często budowane na kredyt – niejednokrotnie przekraczający ich możliwości finansowe (o czym sporo mówi wydana ostatnio przez Filipa Springera książka 13 pięter). Współczesne miasta segregują mieszkańców, a także wykluczają – biedni są eliminowani poza obszar widzialności – dosłownie eksmitowani z lepszych dzielnic – fizycznie przenoszeni na margines, a także usuwani z pola widzenia z powodu braku środków do udziału w powszechnej konsumpcji. Wyraźnie wzrasta poziom infrastruktury, ale nie wzrasta jakość życia mieszkańców. Architekci biorą aktywny udział w procesie przestrzennej segregacji i nie słychać wyraźnych głosów krytyki choćby osiedli grodzonych, które by dochodziły ze środowiska projektantów.

Oczywiście – można powiedzieć, że łatwo wypowiadać takie kwestie z pozycji redaktorsko- kuratorskich. Z tego też powodu chciałabym teraz oddać głos krytykom obecnej sytuacji w architekturze, których pogląd nie jest tak łatwy do pominięcia, gdyż są to opinie praktyków architektury i uznanych międzynarodowych autorytetów.

Po pierwsze, zacznijmy od systemu – wolnego rynku. Ożywioną dyskusję wywołała ostatnio książka Thomasa Piketty’ego, Kapitał w XXI wieku. Zasadnicza teza książki francuskiego ekonomisty podważa przekonanie o tym, że wolny rynek działa na korzyść wszystkich, którzy wykonują pracę – to słynny obraz przypływu, który podnosi wszystkie łodzie, mniejsze i większe. Piketty wykazuje, że nierówności społeczne się pogłębiają – upraszczając tezę – ponieważ zysk z kapitału przekracza dochody osiągane z wykonywanej pracy. Tę właśnie publikację przeczytał stosunkowo niedawno Reinier de Graaf, partner w OMA (Office for Metropolitan Architecture) Rema Koolhaasa. Po lekturze napisał tekst dla „The Architectural Review”, który ostatnio przetłumaczyliśmy na polski i opublikowaliśmy w numerze „Autoportretu” zatytułowanym Mity modernizmu. De Graaf pisze:

Jeżeli Piketty ma rację, możemy wszyscy raz na zawsze pozbyć się złudzeń co do tego, że obecny system gospodarczy pracuje w ostatecznym rozrachunku na rzecz ogółu i uzyskane z niego korzyści w którymś momencie skapną w stronę najuboższych warstw społeczeństwa. Wbrew temu, co mówili nam wszyscy ekonomiści po Johnie Maynardzie Keynesie, nierówności wytwarzane przez kapitalizm mogą nie być tymczasową fazą, która zostanie w końcu przezwyciężona, ale stanowić strukturalny, nieunikniony i długoterminowy efekt funkcjonowania samego systemu[1].

Tyle ogólnie o systemie, dalej jednak de Graaf mierzy się z konsekwencjami tej logiki dla architektury, która odegrała i odgrywa niebagatelną rolę w konstrukcji światowego ładu po końcu historii (przedwcześnie tak określonego przez Francisa Fukuyamę).

Uwagi Piketty’ego na temat powrotów bogactwa czerpanego z przychodu przejawiają się wyraźnie w krążących w ostatnich dziesięcioleciach narracjach na temat nieruchomości. Rynek nieruchomości jest podstawowym przykładem tego, w jaki sposób kapitał, po pierwszej fali pozornej pracy na rzecz ludzi, w nieunikniony sposób zaczyna funkcjonować zgodnie ze swoją własną dynamiką. Z biegiem czasu podstawowa możliwość posiadania swojego własnego domu zaczyna się znajdować poza zasięgiem coraz większej i większej rzeszy ludzi. Po rewolucji konserwatywnej obszary zabudowane, zwłaszcza zaś budownictwo mieszkaniowe, zasadniczo zmieniły swoją rolę. Zamiast zapewniać schronienie – stały się środkiem generującym zyski finansowe. Budynek nie pełni już funkcji użytkowej, jest tylko czymś, co będzie się posiadać (w nadziei na stopniowy, następujący z upływem czasu wzrost jego wartości inwestycyjnej, nie zaś użytkowej)[2].

Za sprawą rozpowszechnienia się terminu «rynek nieruchomości», zmianie ulega definicja zawodu architekta – staje się on ekonomistą. Jest to również moment, w którym architektura okazuje się niemożliwa do objaśnienia (przynajmniej według kryteriów, których architekci zwykle używają do tłumaczenia architektury). Logika budynku już nie odzwierciedla w pierwszej kolejności jego zamierzonego sposobu użytkowania, ale służy głownie promocji «globalnych» pragnień ujmowanych w kategoriach ekonomicznych.

Ocena architektury została przeniesiona na rynek. «Styl architektoniczny» budynków nie oddaje już wyboru ideologicznego, tylko decyzję o charakterze komercyjnym: architektura jest warta tyle, ile inni są gotowi za nią zapłacić[3].

Ma to swoje poważne konsekwencje dla zawodu, którego praktyka powoduje powstawanie wyczyszczonych obrazów jako substytutu architektury.

Jest to również moment, w którym architektura i marketing stają się nieodróżnialne. W rezultacie zachodzi osobliwy odwrócony proces: rysunki techniczne są poprzedzane przez komputerowe wizualizacje, projektowanie samej konstrukcji jest poprzedzane przez sprzedaż mieszkań, obraz poprzedza substancję, a agent nieruchomości stoi wyżej od architekta. Być może słynne tyrady Alda van Eycka przeciwko postmodernizmowi z lat 80. nie były w gruncie rzeczy niczym więcej niż wyrazem rozpaczy lub oburzenia tym, że zostaliśmy okradzeni z naszej pracy[4].

Osiedle Quinta Monroy

Osiedle Quinta Monroy

 

 

Taki przygnębiający opis sytuacji we współczesnej architekturze prezentuje de Graaf, pokazując historię XX wieku z jej budownictwem społecznym jako anomalię, a samo usuwanie fizycznej tkanki społecznych modernisty stycznych osiedli określając jako podświadome rugowanie elementów wizualnych mogących przypominać uratę ideałów.

Nieco wcześniej drogę rozczarowania architekturą przeszedł Justin McGuirk, autor książki Radykalne miasta wydanej w 2014 roku przez Fundację Bęc Zmiana i Res Publica Nova. McGuirk to były redaktor naczelny pisma (nomen omen) „Icon”, dziennikarz, szef wydawnictwa Strelka Press, a także kurator – wraz z zespołem Urban-Think Tank i fotografem architektury Iwanem Baanem zdobył w 2012 roku Złotego Lwa na Biennale w Wenecji za instalacje pokazującą Torre David.

Ten przydługi wstęp zakończę opisem jego sytuacji w architekturze.

Bloki mieszkalne charakterystyczne dla epoki industrializacji ustąpiły miejsca biurowcom zwiastującym nadejście gospodarki opartej na usługach. Modernizm został zastąpiony przez postmodernizm, a przezroczyste szkło racjonalizmu stało się nieprzenikniona lustrzaną fasadą nowej kultury korporacyjnej. […] Przenieśmy się szybko w czasie, a ujrzymy powstanie oprogramowania komputerowego dla architektów i globalizującą się gospodarkę, i wreszcie – voilà –narodziny starchitekta.

[…]. Epoka «ikony», niezależnie od tego, czy mówimy o blobach i innych parametrycznych formach, czy o lodowatym minimalizmie, była rezultatem wejścia czystej architektonicznej formy na globalny rynek. Pożądały jej korporacyjne elity i przeżywający rozkwit przemysł kulturowy. Nazwijcie to efektem Bilbao, czy jakkolwiek inaczej chcecie, faktem pozostaje, że zainteresowanie architektów skupiło się na muzeum jako narzędziu miejskiej odnowy, nie wspominając o roli, jaką muzeum odgrywało w budowaniu miejskiej marki. […] Sam proces kulturowej odnowy opartej na budowie marki nierozerwalnie wiązał się z neoliberalnym podejściem do miasta, to znaczy myśleniem, że najważniejszym zadaniem jest tak naprawdę podniesienie wartości gruntu i zysk. Jeżeli architektura to tylko spekulacja, to czy istnieje lepsze świadectwo tamtego okresu niż trzy i pół miliona pustych mieszkań w Hiszpanii. Oto kapitalistyczny dramat, przed którym przestrzegał nas Tafuri, dramat architektury tworzonej dla architektury: bez ideologii, bez utopii[5].

Pozostawiam Państwa refleksji, na ile ten opis pasuje do sytuacji architektury w Polsce. Zostawmy teraz McGuirka, a skupmy się na partycypacji.

Współczesne osiedle

Współczesne osiedle

Samo pojęcie partycypacji jest obecnie chyba równie wyświechtaną kliszą, co zrównoważony rozwój czy rewitalizacja. Zapytajmy wobec tego o jego znaczenie, o udział, o uczestnictwo. Jak to jest, że powszechnie obecna w dyskursie politycznym partycypacja niejednokrotnie bywa fasadą maskującą brak uczestnictwa? Służyć może na przykład zatarciu odpowiedzialności za kontrowersyjne działania, kiedy podejmuje się niepopularne decyzje w sytuacji politycznego sporu. Ktoś określa ramy, w których partycypacja zachodzi – rozdaje karty uczestnikom, planuje proces i zakłada jakieś efekty. Czy samo już to nie wydaje się wątpliwe? Udział – tak, ale starannie ograniczony i zaplanowany, przewidziany, zapisany ustawowo, a faktycznie w dalszym ciągu zakładający wyższe kompetencje ekspertów i urzędników niż użytkowników – oświecających jakże często pojawiającą się obecnie w dyskusjach nad rewitalizacją „masę”.

To oczywiste, że miasto jest przestrzenią konfliktu – sprzecznych interesów realizowanych przez różne grupy, również przestrzenią wykluczeń. Inaczej nie będzie. Ważne jest jednak, kto może ujawnić swoje stanowisko, kto chce je ukryć i jakich metod używa, żeby osiągnąć cele. Ważne jest wreszcie, żeby zobaczyć, iż termin „partycypacja” nie jest niewinny – do czego wrócimy dalej. Może być – jak pisze Paweł Jaworski we wstępniaku do numeru partycypacyjnego „Autoportretu” z 2012 roku – skutecznym narzędziem utrwalania istniejących rozwiązań i nierówności (a także strategią marketingową), może je również odrzucać, stając się narzędziem emancypacji. Wydaje się, że odpowiedzią na kryzys liberalnej demokracji jest próba zwiększania poczucia podmiotowości poprzez udział obywateli w podejmowaniu decyzji. To, w jaki sposób jest to jednak realizowane, zawsze musi podlegać głębokiej analizie, która jest tym bardziej trudna, gdyż nie ma czasu na zdystansowany namysł: operacja odbywa się bardzo dynamicznie i jest przeprowadzana na żywym organizmie.

Chantal Mouffe, autorka książki On the Political, mówi w rozmowie z Markusem Miessenem:

Podchodzę z dużym sceptycyzmem do pojęcia partycypacji, bo wygląda tak, jakby sama partycypacja miała zaprowadzić realną demokrację. Oczywiście istnieje wiele form partycypacji. Jeśli mamy do czynienia z agonistyczną lub konfliktową partycypacją – taką, w której dochodzi do prawdziwej konfrontacji poglądów – to wówczas myślę, że jest ona czymś dobrym. Ale partycypacja może także oznaczać uczestnictwo w jakiejś formie konsensusu, którego nikt nie jest w stanie zakłócić i w którym jakaś forma zgody jest już uprzednio ustanowiona. Zdecydowanie nie chcę postrzegać tego jako pozytywu. Partycypacja naprawdę zależy od tego, jak ją rozumiesz. To nie jest niewinne pojęcie[6].

Podobne obawy zgłasza Paweł Jaworski we wspomnianym numerze „Autoportretu”:

Znajdujemy się w obszarze trwałego sporu, walki o grunty ekonomicznie i społecznie atrakcyjne, o miejsce ekspresji aspiracji władz miejskich z jednej strony, z drugiej – obywatelskich dążeń mieszkańców i użytkowników miasta, domagających się miejsca dla różnych praktyk życia codziennego, często wykraczających poza ramy kreacji wizerunku miasta. Nie jest zatem tak, że udział właścicieli gruntów, których prawo do nieruchomości jest chronione, naturalnie pociąga za sobą partycypację mieszkańców i użytkowników miasta –a nawet jeżeli tak się dzieje, to nie mamy pewności, czy służy to rzeczywistemu ich upodmiotowieniu, czy jest jedynie wyreżyserowanym spektaklem kreowania pozornego uczestnictwa, gdzie zaproszeni wybierają to, co wybrali już zapraszający, albo potwierdzają swym głosem dominującą ideologię i tym samym konserwują system[7].

Fotografia z wystawy Za-mieszkanie 2012. Miasto ogrodów, miasto ogrodzeń

Niewątpliwe partycypacja dotycząca planowania i projektowania przestrzeni publicznych nie powinna się obywać bez udziału planistów i architektów. Markus Miessen w swojej książce, z której zaczerpnęłam tytuł tego wystąpienia, teoretyzuje na temat własnej pozycji – jako niezależnego praktyka, wkraczającego do procesu partycypacyjnego i ujawniającego głosy, które nie miały szansy wybrzmieć – architekt jest krytycznym elementem procesu. Dla wyobrażenia swojej pozycji (czyli roli architekta w procesie) używa on sytuacji przestrzennej z brytyjskiej Izby Lordów, gdzie pośrodku, między ławami torysów i wigów, znajdują się ławki dla niezrzeszonych lordów, na których można zająć pozycję, zwracając się zarówno w jedną, jak i drugą stronę, opowiadając się za konkretnymi projektami ustaw lub przeciw nim.

Tutaj projektant/architekt w procesie partycypacji to ktoś przychodzący z zewnątrz lub zapraszany do procesu. Niejednokrotnie, a przykłady południowoamerykańskie są tu najbardziej pouczające, sam impuls do zmiany społecznej i zaangażowania mieszkańców pochodzi od architektów. Tak było w wypadku Alejandra Araveny, kuratora Biennale Architektury w Wenecji w 2016 roku. Na marginesie chciałabym zauważyć, że to dość symptomatyczne, iż do tak mainstreamowej instytucji, jaką jest Biennale w Wenecji, dotarła świadomość wagi wątków podejmowanych przez architektów w Ameryce Południowej, a także znaczenia ich realnego zaangażowania w poprawę warunków życia ludzi i zmianę relacji pomiędzy członkami społeczności. W wypadku Araveny najgłośniejszą tego rodzaju realizacją jest Quinta Monroy w mieście Iquique z 2003 roku, osiedle domów dla 100 rodzin, które wcześniej mieszkały na tym terenie. Ponieważ dotacja z polityki mieszkaniowej wystarczała tylko na budowę około 30 metrów – zbudowano jedynie połowy domów szeregowych, resztę pozostawiając mieszkańcom –którzy wykończyli swoje mieszkania zgodnie własnymi pomysłami (i za własne środki), osiągając 72 metrową powierzchnię.

„Uważamy, że mieszkaniówka społeczna powinna być postrzegana jako inwestycja, a nie wydatek” – pisał wtedy Aravena.

Kilkanaście lat później w biennalowym manifeście zatytułowanym Reporting from the Front twierdzi:

Są bitwy, które trzeba wygrać, i kilka granic, które muszą zostać rozszerzone po to, by poprawić jakość środowiska zbudowanego, a co za tym idzie — jakość ludzkiego życia. Coraz więcej ludzi na naszej planecie poszukuje odpowiedniego miejsca do życia, choć z każdą chwilą coraz trudniej takie miejsce znaleźć. Każda próba wyjścia poza aspekty biznesowe zazwyczaj napotyka ogromny opór rzeczywistości i inercję, a każdy wysiłek skierowany na rozwiązanie tych kwestii zderza się z rosnącą złożonością świata[8].

Sytuacje włączania się architektów i urbanistów w rozwiązywanie społecznych problemów mają miejsce również na naszym podwórku. Na gruncie polskim zwracają uwagę działania dwóch uznanych już NGO: OdBlokuj z Warszawy – nomen omen – stowarzyszenia na rzecz poprawy środowiska mieszkalnego ­– i fundacji Napraw Sobie Miasto z Katowic. Ta ostatnia rozpoczęła swoją działalność od umycia dworca w Katowicach Ligocie i deklaruje: „ Napraw Sobie Miasto to: idea poprawy jakości życia w mieście poprzez promocję architektury, edukację mieszkańców i walkę o jakość przestrzeni publicznej. Miasto tworzą przede wszystkim ludzie. Architektura jest obrazem kultury społeczeństwa. Jeśli chcesz żyć w przyjaznym mieście – zacznij je zmieniać. Sam. Dla siebie[9].

Stowarzyszenie OdBlokuj z Grupą Animacji Pedagogiki Społecznej Praga-Północ zrealizowało projekt odNowa, którego celem było opracowanie społecznych koncepcji rewitalizacji trzech podwórek na warszawskiej Pradze-Północ i Targówku oraz ich realizacja.

Projekt M3

M3 to inny projekt stowarzyszenia – odwzorowanie typowego dwupokojowego mieszkania z osiedla Służew nad Dolinką oraz wiele instalacji artystycznych w przestrzeni Dolinki. Przeniesienie mieszkania M3 w zieloną przestrzeń sprowokowało dyskusję o podnoszeniu jakości życia i lepszym wykorzystaniu zielonej przestrzeni. Mamy tutaj do czynienia z przeprowadzoną w sposób przemyślany akcją informacyjną, pogłębieniem wiedzy na temat tożsamości miejsca, wysłuchaniem i zebraniem głosów uczestników procesu, interesariuszy, wywołaniem zaangażowania na rzecz zmiany – Marlena Happach opowiadała mi w rozmowie, jak po spotkaniach na Służewie sala w szkole przy okazji konsultacji planu miejscowego pękała w szwach.

I tutaj dotykamy jednej z poważniejszych barier w udziale mieszkańców – braku języka do rozmowy o przestrzeni. Dokumentny planistyczne są niezrozumiałe, plany jeszcze mniej czytelne dla zwykłych mieszkańców. Potrzebny jest wysiłek translatorski, a nawet więcej: aktywne odurzędniczenie języka określającego przestrzeń. Kolejną ważną kwestią jest wykonywanie makiet terenów, nie wysublimowanych, ale roboczych, konkretnych i zrozumiałych. Dużo łatwiej mieszkańcowi coś przesunąć na makiecie, zdecydowanie trudniej nieprofesjonaliście – podejść i szkicować…

Gdy mówimy o warunkach uczestnictwa, należy podkreślić wagę odpowiedzialności za proces, a także zdolność do odstąpienia od własnych wyobrażeń. Od wizji. Tutaj od razu nasuwają się osławione już salony naszych mniejszych i większych miast przeważnie zrealizowane według politycznej wizji, bez zapytania o zdanie mieszkańców, nie mówiąc o włączeniu ich w proces projektowy. Oczywiście łatwo byłoby skwitować te myśli konkluzją, że partycypacja jest koszmarem – jako że wydłuża drogę do osiągnięcia efektu, że jest droga, nieopłacalna, paraliżuje i uniemożliwia efektywne wydatkowanie środków. To wszystko zapewne jest prawdą, jeśli myśleć w kategoriach wyłącznie efektów: budynków lub placów. Jeżeli jednak myślimy o mieście jako o procesie, to rezultatem działań nie musi być plac, skwer, czy budynek – ale proces dojścia do rozwiązania, wzrost świadomości, poczucia sprawczości i odpowiedzialności za miejsce. Identyfikacji z nim.

Trzeba, by architekci uznali głosy mieszkańców jako ekspertów na temat użytkowanej przestrzeni i praktyk w niej odbywanych. W Polsce architektura raczej pogłębia nierówności. Najważniejsze wydaje mi się otwarcie debaty na temat pozycji i roli społecznej architekta ponownie w tym systemie, wyjście poza świadczenie usług projektowych klasie średniej i menadżerskiej, w stronę zawodu zaufania publicznego i pytania o kształt wspólnoty, zadawanego w kontekście włączającej, a nie wykluczającej, przestrzeni. Takie podejście zakłada równoprawność gestu użytkownika, ujmowanie miasta jako procesu, faktycznej, a nie tylko deklarowanej możliwości wyboru, a także poszerzania i dyskutowania ram, w obrębie których uczestnictwo jest realizowane.

Na koniec chciałabym przypomnieć konkluzje dotyczące partycypacji mieszkańców zamieszczone w przygotowanym przez zespół pod kierunkiem senatora Janusza Sepioła raporcie Przestrzeń życia Polaków, w którego pracach brałam udział wraz z Pawłem Jaworskim i Kacprem Kępińskim. Planowanie i projektowanie przestrzeni miejskiej jest ważnym tematem publicznym, często prezentowanym przez media, co pokazuje wzrost zainteresowania społecznego. Problemem jest brak narzędzi i dostępu do baz danych o stanie przestrzeni polskich miast. […]kwestie miejskie skupiają wiele inicjatyw nieformalnych i NGO, specjalizujących się w zagadnieniach ładu przestrzennego, transportowych, ekologicznych itp. Projekty przestrzeni publicznej rzadko przygotowywane są z użyciem narzędzi partycypacyjnych – brak wymogu prawnego. Konkursy mogą zapewnić jakość estetyczną, ale na etapie planowania i projektowania nie wiemy, czy zaproponowane rozwiązania dopasowane są do specyfiki miejsca i oczekiwań. Przeciwstawianie mieszkańców miasta specjalistom jest poglądem archaicznym i niedemokratycznym. Opiera się na założeniu, że wiedza techniczna jest wyższą wartością niż równie profesjonalna wiedza o sposobie korzystania z przestrzeni.Mieszkańcy włączają się w proces planowania i projektowania przestrzeni, domagają się trwałych mechanizmów partycypacyjnych. Jest to problem braku rozwiązań instytucjonalnych, narzędzi, ale również kadr.Istnieją mechanizmy prawne zapewniające włączenie mieszkańców w proces sporządzania dokumentów urbanistycznych i postępowanie dotyczące lokalizowania inwestycji znacząco oddziałujących na środowisko; najczęściej stanowią one pole zaspokajania interesów indywidualnych (NIMBY, podniesienie wartości nieruchomości), a nie dyskusji o jakości przestrzeni lub krajobrazu.

Konsultacje prowadzone są „za późno”, gdy jakakolwiek istotna zmiana decyzji jest czaso- i kosztochłonna. Plany, projekty i analizy są zapisane językiem hermetycznym. W takiej sytuacji proces partycypacyjny albo jest fikcyjny, albo podsyca lub wręcz wywołuje konflikty. Najczęściej angażuje wyłącznie grupy protestu lub nacisku. Globalna zmiana zasad polityki samorządowej (na przykład wzmocnienie samorządności na poziomie dzielnicowym, mechanizmy budżetu obywatelskiego oraz inicjatywy lokalnej, zespoły partnerskie) jest pretekstem do myślenia o nowej, „włączającej” formule polityki przestrzennej miast[10].

Postulaty:

  1. Zwiększenie udziału mieszkańców i użytkowników w planowaniu przestrzennym:
  • prawo do informacji, publiczne udostępnianie wszystkich danych i analiz przestrzennych (prowadzenie monitoringu przestrzennego miasta);
  • zapewnienie udziału mieszkańców i użytkowników miasta w procedurze sporządzania dokumentów planistycznych na etapie diagnozy i formułowania założeń;
  1. Budowa i wzmocnienie mechanizmów partnerskiego zarządzania przestrzenią miejską:
  • tworzenie stałych, lokalnych zespołów partnerskich – „paneli obywatelskich”.
  1. Zwiększenie udziału mieszkańców i użytkowników miasta w projektowaniu urbanistycznym:
  • rozbudowa mechanizmu przetargu lub konkursu o narzędzia partycypacyjne.
  1. Edukacja/rozwój kadr:
  • opracowanie podstaw metodycznych kształcenia w specjalizacji – planowanie partycypacyjne;
  • opracowanie podstawowego narzędziownika dla władz samorządowych;
  • system wsparcia szkoleniowego dla miejskich służb planistycznych[11].

Do tych postulatów dodałabym jeszcze – partycypację architektów w partycypacji. Zaangażowanie w procesy dotyczące przestrzeni jako tłumaczy, doradców, przewodników, ale niekoniecznie przemawiających z piedestału ekspertów.

Czy zatem koszmar partycypacji to koszmar dla architektów? Moja odpowiedź jest taka, że warto spróbować zażyć czerwoną pigułkę i skonfrontować się z realnością. Projektowanie rozumiane, ujmowanie i wykonywane jako część uczestnictwa może być właśnie nadzieją na odzyskanie podmiotowości przez architektów i poczucia sensu wykonywanej pracy, którą nadal jest wszak zapewnianie schronienia, niezależnie od tego, na jakim cywilizacyjnym etapie jesteśmy.


[1] R. de Graaf, Architektura jako narzędzie kapitału, „Autoportret” nr 50, 3/2015, s. 84.
[2] Tamże, s. 88.
[3] Tamże, s. 88.
[4] Tamże, s. 88.
[5] J. McGuirk, Radykalne miasta, Bęc Zmiana, Respublika Nowa: Warszawa 2015, s.
[6] M. Miessen, Ch. Mouffe, Nowe spojrzenie na demokrację, „Autoportret”, nr 37, 2/2012, s. 6.
[7] P. Jaworski, Przestrzeń radykalnej demokracji, „Autoportret”nr 37, 2/2012, s. 19.
[8] A. Aravena, Curator’s statement, http://www.labiennale.org/en/architecture/news/18-07.html
[9] http://naprawsobiemiasto.eu/
[10][10] Przestrzeń życia Polaków, red. J. Sepioł, SARP” Warszawa 2014, s. 160 (prezentuję streszczenie tego fragmentu raportu).
[11] Materiały Pawła Jaworskiego – prezentacja w trakcie prac nad raportem.

Tekst powstał na konferencję towarzyszącą Międzynarodowemu Biennale Architektury w Krakowie w 2015 zatytułowaną „Wolny rynek, lepsze miasto?”


Dorota Leśniak-Rychlak – redaktorka naczelna kwartalnika „Autoportret. Pismo o dobrej przestrzeni”, kuratorka wystaw architektonicznych m.in.: Za‑mieszkanie 2012. Miasto ogrodów, miasto ogrodzeń, Impossible Objects (Pawilon Polski na 14. Międzynarodowej Wystawie Architektury w Wenecji), Monument. Architektura Adolfa Szyszko‑Bohusza. Współzałożycielka fundacji Instytut Architektury. Inicjatorka polskich wydań książek architektonicznych: Petera Zumthora Myślenie architekturą, Kraków: Karakter, 2009 oraz Juhaniego Pallasmy Oczy skóry, Kraków: Instytut Architektury, 2012.



SPIS TREŚCI


CZYTAJ TAKŻE

Ambasada Polski w New Delhi

Ambasada Polski w New Delhi jest jedną z najciekawszych modernistycznych realizacji, jakie przeprowadzili krakowscy architekci,…


Dom pogrzebowy w Brnie-Židenicach

Dom pogrzebowy w Brnie został zaprojektowany i wzniesiony w późnych latach 70-tych i wczesnych 80-tych.…


Architektura dla społecznej zmiany

Od czterech lat co roku przyjeżdżam do Polski z moimi studentami. Zapraszają nas rozmaite instytucje…



O ile nie zastrzeżono inaczej, materiały ze strony dostępne na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Małopolskiego Instytutu Kultury

polityka prywatności

do góry