27 | 11 | 2015

Działka przymierza

Ogródki działkowe w polskich miastach – dla niektórych zbędny relikt Polski Ludowej, struktura anachroniczna pod względem społeczno-gospodarczym i bardzo kontrowersyjna estetycznie. Dla innych to istotny element międzypokoleniowej ciągłości rodzinnych i społecznych więzi i obyczajów, wytchnienie od miejskiego/blokowego życia, możliwość wejścia w rytm przyrody, cykl upraw, związanych z nią prac i porządków.

Historia ogródków działkowych, kojarzona u nas zwyczajowo z epoką realnego socjalizmu, sięga XVIII-wiecznej Anglii. Wywodzący się ze wsi pracownicy najemni, pierwsi proletariusze, którzy musieli układać sobie życie w scenerii i pośród smogu rewolucji przemysłowej, zyskali dzięki ogródkom działkowym ponowny wstęp do „utraconego raju” natury. Był to jednak świat przyrody poddany znacznej metamorfozie. To praca w fabryce zapewniała utrzymanie, albo kalectwo i niedolę, a oferowany przez fabrykantów spłacheć ziemi nie groził już głodem na przednówku, przeciwnie – służył rekreacji, podreperowaniu zdrowia, dawał radość z własnoręcznie hodowanych owoców i warzyw, stawał się Edenem.

Ten trop powtarza się w przeróżnych dekoracjach historycznych. Chłopskie społeczeństwa, które zawędrowały ze wsi do miast i przechodziły gwałtowną modernizację za sprawą industrializacji i urbanizacji, doświadczając przy tym głębokich zmian swoich ról życiowych i zawodowych, w ogródkach działkowych zakorzeniały część swojej postchłopskiej rodzinnej i indywidualnej biografii. Niekiedy działo się to dosłownie. Znam nie tak odległą historię rodzinną, w której wspomina się dziadka, górala spod Zakopanego, obeznanego z budowaniem podhalańskich domów, który w latach 80. XX wieku dla córki i jej świeżo poślubionego męża gdzieś na Śląsku zaprojektował i z pomocą krewnych wybudował domek na pracowniczej działce.

Widoczny teren ogródków działkowych „Odyńca” oraz zabudowa Mokotowa po północnej stronie ulicy Racławickiej.

 

 

Ogródki działkowe stanowią część rodzimego krajobrazu zarówno w przypadku metropolii, jak i prowincjonalnych miasteczek; znajdziemy je na warszawskim Mokotowie, gdzie altanki gołębiarzy graniczą ze stojącymi na „niczyjej ziemi” ruderami bezdomnych, i niedaleko od nowohuckiego „Watykanu”, czyli budynków administracyjnych niegdysiejszej Huty im. Lenina; trafimy na nie wreszcie w wielkopolskim Śremie, Buku czy Koziegłowach. Dr hab. Hubert Romanowski na kartach artykułu Uwagi o architekturze ogródków działkowych[1] systematyzuje wiedzę na ten temat: „Rodzinny Ogród Działkowy (dawniej Pracowniczy Ogród Działkowy) jest podstawową jednostką organizacyjną Polskiego Związku Działkowców, organizacji pozarządowej, zarządzającej prawie 5000 rodzinnych ogrodów działkowych, zajmujących powierzchnię 44 tys. ha”. W obrębie tych rodzinnych ogrodów znajduje się około 965 tys. zagospodarowanych działek.

Anachroniczna, ale społecznie silna struktura ogrodów działkowych, współtworzona przez liczną grupę Polaków, stanowi intrygujący kontrapunkt dla rodzimego modelu transformacji, opartego na prymacie urynkowienia i prywatyzacji kolejnych sfer rzeczywistości. Poszczególne grunty działkowe nie stanowią własności osób prywatnych, prawnie i instytucjonalnie funkcjonują w obrębie PZD. Ma to swoje wyraziste konsekwencje: ogródki działkowe stanowią jeden z ostatnich elementów dość egalitarnej, plebejskiej i niepodlegającej w tak dużym stopniu procesom rozwarstwienia kultury miejskiej. Poza tym, choć na mocy własnej specyfiki ogródki działkowe stanowią w miastach obszary wyodrębnione, to nie podlegają przecież grodzeniom w tak agresywny sposób, jak choćby osiedla strzeżone, wspólnoty mieszkaniowe albo domy na terenach suburbanizowanych. I w tym kontekście historia ogródków działkowych w III RP stanowi kontrapunkt dla współczesnej wsobności życia, afirmacji przestrzeni odseparowanej i różnych form uklasowienia rekreacji i rozrywki oraz ich coraz większego uzależnienia od możliwości finansowych poszczególnych jednostek i rodzin.

Byt wciąż określa świadomość? I owszem. Specyficzna zabudowa ogródków działkowych, częsty brak „mocnych” fizycznych barier między poszczególnymi ogródkami, uniemożliwia totalną separację od sąsiadów, tych dobrze już znanych i tych nowych. To sprzyja różnym formom okołosąsiedzkiej integracji, tworzy więzy między ludźmi/rodzinami, które nie mają z sobą kontaktu na co dzień. Poza tym nie trzeba być majętnym człowiekiem, żeby pozwolić sobie na użytkowanie działki, uprawę roślin, przygotowywanie przetworów na zimę, wina domowej produkcji z własnych owoców i związane z tym wszystkim pielęgnowanie rodzinnych obyczajów kulinarnych. Bycie działkowcem to jeden z nielicznych już przywilejów „drobnomieszczan”, czyli dawnych wielkoprzemysłowych robotników, pracownic umysłowych niższego szczebla. Dzięki zachowaniu „archaicznej”, w jakiejś mierze kolektywnej formy gospodarowania zasobem publicznym, użytkownicy miejskich działek wciąż dysponują skrawkiem ziemi, „przydomową” rekreacją na łonie przyrody czy możliwością zorganizowania długiej imprezy u siebie, na wolnym powietrzu.

Odpoczynek podczas przerwy w pracy. Widoczna kolejka po posiłek przy baraku Zarządu Pracowniczych Ogródków Działkowych.

Odpoczynek podczas przerwy w pracy. Widoczna kolejka po posiłek przy baraku Zarządu Pracowniczych Ogródków Działkowych.

 

 

Taki styl spędzania wolnego czasu jest na ogół wspólnym doświadczeniem ludzi z pokoleń PRL-owskiego awansu społecznego, a w jakiejś mierze także ich dzieci i wnuków. To z reguły doświadczenie tych, którzy w ciągu dekad transformacji – na miarę naszych warunków – stworzyli swoistą grupę na styku wyższej klasy ludowej i niższej klasy średniej. Gdyby wielkomiejskie media w znacznie większym stopniu interesowały się Polską prowincjonalną i plebejską, świat działkowców już dawno doczekałby się przynajmniej własnego serialu – podejrzewam, że o znacznej oglądalności. Doświadczeniem tej grupy jest również patriotyzm grilla. Jego pierwsze wiosenne fetowanie wiąże się nierzadko z długą majówką. A majowy grill na działce poprzedzony jest wczesnowiosennymi pracami, skrzętnym przygotowywaniem ziemi pod uprawy, porządkowaniem terenu, altan i domków działkowych. To również część dobrze znanej wielu z nas, a mało obecnej w wielkomiejskim opisie, rodzimej rzeczywistości i obyczajowości.

Obecne formy użytkowania i struktura własnościowa Rodzinnych Ogrodów Działkowych są solą w oku części klasy politycznej poirytowanej faktem, że istnieje pewien obszar współczesnej polskości opornej na rynkową transformację. W ostatnich latach toczyła się debata polityczna wokół ogródków działkowych. Zdecydowanie przeciwko istnieniu ROD w obecnej formie wypowiadał się Stefan Niesiołowski, którego irytowało, że w centrum miast „marnują się” świetne tereny: „Nie może być tak, że wyrastają jakieś budy, często obskurne, blokując rozwój miast. (…) To pewien polski folklor, służył i służy wielu ludziom w podreperowaniu budżetu, bo mają na działkach swoje warzywa, rozumiem to. Ale to nie może być kosztem rozwoju miast. (…) Ostatni raz byłem [na działce – K.W.] chyba 30 lat temu, jakiś znajomy mnie zaprosił. Kwiatów nacięliśmy, porzeczki zebraliśmy. A rekreacja? Ktoś leży na trawie i się opala?”.

Alejka pomiędzy ogródkami. Widoczny mężczyzna w mundurze oficera Sił Powietrznych. W tle budynek przy Al. Niepodległości 88 w Warszawie

Alejka pomiędzy ogródkami. Widoczny mężczyzna w mundurze oficera Sił Powietrznych. W tle budynek przy Al. Niepodległości 88 w Warszawie

 

 

Obecne tereny działkowe można by pewnie wykorzystać jako tereny pod apartamentowce i kolejne strzeżone osiedla, gdzie zamieszkaliby ci, których stać na kredyt. Można by je też przeznaczyć na biurowce, parkingi i galerie handlowe, ponieważ te elementy zwykle współtworzą dziś miejską nowoczesność. Z pewnością prywatyzacja „zasobu działkowego” szybko przyczyniłaby się do kumulacji większości ziemi nie tyle w rękach drobnych posiadaczy, ile ludzi odpowiednio majętnych i zdolnych do poszerzania swojej własności za sprawą różnorakich form oddziaływania. Otwarte pozostaje pytanie, czy ogródki działkowe stanowią tamę dla rozwoju, czy raczej ocalają ludzki i społeczny charakter miast, w których przestrzeń publiczna zatraca swój więziotwórczy charakter.

W jednym ze sklepów internetowych znalazłem niedawno koszulkę z charakterystycznym przedstawieniem napisu: „Działka moje hobby”. Owszem, to tytuł publikacji wydanej jeszcze w PRL. Opis produktu przypomina: „Jan Bokiewicz zaprojektował okładkę do książki o tym samym tytule. Owa biblia działkowca biła rekordy popularności wśród użytkowników działek pracowniczych. W środku porady dot. najrozmaitszych dylematów: jak założyć rabatę kwiatową, jak wybudować altanę, jak poradzić sobie z mszycami”. Ogródek działkowy – ostatnia arka przymierza między dawnymi a nowymi laty?


[1]H. Romanowski, Uwagi o architekturze ogródków działkowych, „Czasopismo Techniczne. Architektura” 2012, nr 6-A.

Krzysztof Wołodźko – stały współpracownik „Nowej Konfederacji”. Publicysta „Nowego Obywatela”, członek zespołu „Pressji”, stały współpracownik pisma „KONTAKT”; regularnie pisze też dla miesięcznika „Znak”, „Gazety Polskiej Codziennie”, tygodnika „wSieci”, portali Lewicowo.pl, Plac Wolności, wGospodarce.pl, DEON.pl; publikuje również na łamach „Frondy”, „Christianitas”, rzadziej „Rzeczpospolitej”. Niegdyś współpracował z jezuickim „Życiem Duchowym”, a później postkomunistyczną „Trybuną”.



SPIS TREŚCI


CZYTAJ TAKŻE

Tam było robione coś, tylko nic się nie uchowało

O specyfice procesów rewitalizacyjnych na Pradze Północ. Jeszcze do niedawna, dyskutując o rewitalizacji i działaniach…


Z frontu walki o modernizm | ANKIETA REDAKCYJNA

Moda na modernizm, szczególnie ten powojenny, nie wzięła się w Polsce znikąd. Jej początków szukać…


Architektura dla społecznej zmiany

Od czterech lat co roku przyjeżdżam do Polski z moimi studentami. Zapraszają nas rozmaite instytucje…



O ile nie zastrzeżono inaczej, materiały ze strony dostępne na licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Małopolskiego Instytutu Kultury

polityka prywatności

do góry