ilustracje: Dominika Wilczyńska. Copyright © Dominika Wilczyńska. All rights reserved.

Organiczność

4 [55] 2016

15 | 04 | 2017

Żywe i martwe architektury

z Lidią Klein– historyczką sztuki, badaczką, autorką książki „Żywe architektury”– rozmawia Dorota Leśniak-Rychlak

DLR: Jak odbierasz modę na kształty organiczne w architekturze i w designie? Co ona mówi o nas i o naszych czasach?

LK: Z jednej strony to nic nowego, ani dla architektury, ani kultury w ogóle. Z drugiej jednak, współcześnie poszukiwania te są osadzone w nowym kontekście. Organiczne nawiązania w projektowaniu dzisiaj mówią o nas bardzo dużo – trudno generalizować, bo to zależy od konkretnego projektu, ale na przykład moda na organiczne (w sensie formalnym) i ekologiczne (w sensie minimalizacji zużycia energii czy wody w funkcjonowaniu budynku) są idealnym wyrazem naszego zachodniego wygodnictwa, przekonania, że możemy zjeść ciastko i mieć ciastko, za które prędzej czy później słono zapłacimy. Zamiast budować racjonalnie i odpowiedzialnie, używając tylko tych surowców, które są nam rzeczywiście potrzebne, wolimy stawiać absurdalne hotele czy centra handlowe, budowane ogromnym nakładem środków, z materiałów, których produkcja nie jest bynajmniej ekologiczna, potem dumnie nazywając taką konstrukcję „eko”, bo ma opływową formę, a roczne zużycie energii jest mniejsze niż w obiektach tego typu. To samo idiotyczne samozadowolenie manifestuje się w mniejszej skali – pijemy wodę z plastikowych butelek, bo to wygodne, ale potem oddajemy je do recyclingu (który przecież zużywa i wodę, i energię!), więc czujemy się bardzo odpowiedzialni. Myślimy, że da się zachować wszystkie współczesne wygody, a jednocześnie zapobiec ekologicznej katastrofie. To oczywisty absurd – zasoby nie są nieskończone, więc uniknąć najgorszego da się tylko, jeśli ograniczymy konsumpcję. Te „eko” hotele i biurowce są pomnikami naszej głupoty i pychy, które bardzo wiele mówią o nas i kulturze, w której żyjemy.

DLR: Mówiło się, że XXI wiek będzie deleuzjański, czy z perspektywy pierwszych dwóch niedomkniętych dekad, można stwierdzić, że te przepowiednie były słuszne?

LK: Wiek deleuzjanski: w sensie wpływu, jaki miał, ma Deleuze na kulturę? Bardzo trudno mi to ocenić w szerszej perspektywie, bo tam, gdzie prowadzę badania (University of Duke), wykłada naprawdę wielu ważnych deleuzjonistów, więc z perspektywy mojej akademickiej bańki humanistyka jest zdominowana przez filozofię Deleuze’a. Jeśli chodzi o samą architekturę, to myślę, że bez przesady można powiedzieć, że po derridiańskich latach 80., dwie następne dekady były w ogromnej mierze oparte na myśli Deleuze’a. A jeśli weźmiemy pod uwagę powszechność architektury parametrycznej, której rozwój był bardzo blisko związany z myślą Deleuze’a, ten wpływ trwa do dzisiaj.

DLR: Zapytam jeszcze o faktyczne studia nad architekturą zwierząt. Na ile ten nurt był, jest zasilany przez zainteresowanie konstrukcjami animalnymi? W pracach nad tymi zjawiskami rozszerza się pojęcia organizmu zwierzęcego o tworzone przez nich konstrukcje i środowisko, czyli biotop, który tworzy. Ujmując to bezpośrednio: tama jest częścią organizmu bobra, o ile dobrze to rozumiem. Jeśli tak popatrzymy na wytwarzane przez nas środowisko, to co nas odróżnia od świata zwierząt? Czy coś nas odróżnia?

LK: Tak, to ogromna gałąź architektury inspirowanej żywymi organizmami. Mnie interesowało w badaniach naśladowanie procesów biologicznych w architekturze. Tym, o co pytasz, zajmuje się biomimetyka, czyli naśladowanie konstrukcji i funkcji zwierząt czy roślin w wytworach człowieka (chociaż często te aspekty trudno oddzielić). I znów, to temat tak stary jak teoria architektury – pierwszy budynek opisywany przez Witruwiusza to przecież chatka z gałęzi – ale technologiczne możliwości, które mamy teraz, pozwalają na bardzo śmiałe eksperymenty. To też jest część odpowiedzi na twoje pytanie, czy coś nas odróżnia (w aspekcie tworzenia środowiska do życia) od zwierząt. W samym impulsie niewiele, ale myślę, że to klasyczny przypadek różnicy ilościowej, która przechodzi w jakościową – tylko my eksploatujemy surowce w tak idiotyczny, nieodpowiedzialny sposób, że „przy okazji” adaptowania środowiska do naszych potrzeb siejemy spustoszenie o skali nieproporcjonalnej do innych gatunków.

DLR: Głośna jest teraz książka Szóste wymieranie – to my, ludzie stworzyliśmy warunki, które doprowadzają do wymierania większości gatunków, słowem nasz sukces ewolucyjny doprowadza do naszej własnej zagłady, jesteśmy gatunkiem dominującym, który zniszczy swój własny biotop. Czy są jakieś teorie czy refleksje związane na przykład z rozwojem miast, które analizowałyby taki biologiczny aspekt naszej gatunkowej ekspansji? 

LK: Architektura (i urbanistyka) wobec antropocenu (czyli nowego okresu geologicznego, którego jesteśmy częścią, a właściwie sprawcą) to ogromny temat. Architektura jest z antropocenem organicznie związana, bo ogromny rozrost miast to jednocześnie symptom i katalizator procesów dla tego okresu charakterystycznych. Wszystkim, jako dobry początek, polecam antologię Architecture in the Anthropocene, w całości dostępną w internecie. Ta książka pomaga zobaczyć architekturę w zupełnie innej perspektywie – nie jako fenomen „stylistyczny”, ale geologiczny. Nie tak jak zwykle ją traktujemy, jako wyjątkowy fakt kulturowy, jako wyraz rozwoju naszej cywilizacji związany na przykład z przemianami stylowymi, ale jako geologiczną siłę, coś, co w sposób nieodwracalny zmienia ziemię. To bardzo ważne, bo dopiero kiedy uświadomimy sobie faktyczne miejsce architektury w świecie, zdamy sobie sprawę, co powinno być podstawowym zadaniem wszystkich architektów dzisiaj, a nie tylko tych z nurtu „eko”: opracowywanie takich form zamieszkiwania, które będą bardziej zrównoważone. Musimy jak najszybciej zrozumieć, że zrównoważony rozwój czy postawy «proekologiczne» to nie kolejny model stylu życia, który możemy wybrać albo nie w imię jakiegoś abstrakcyjnego ideału „ochrony przyrody”. To jedyna droga, jak najbardziej egoistyczna strategia przetrwania, która może nas uchronić od katastrofy albo przynajmniej odwlec ją w czasie. Mówię o tym przy każdej okazji, bo wciąż nie mogę zrozumieć, dlaczego mimo tego, że 97% naukowców uważa, że zmiany klimatyczne są faktem i że jeśli natychmiast radykalnie nie ograniczymy emisji CO2, to według zachowawczych (NASA, Bank Światowy), a nie tych najbardziej alarmistycznych, prognoz w perspektywie dwudziestu–trzydziestu lat skutki tych zmian (nie „tylko” zniknięcie miast na wybrzeżach, ale też potężne kataklizmy czy głód) odczują wszyscy, nawet mieszkańcy „pierwszego świata”, dalej żyjemy tak, jakbyśmy o tym nie wiedzieli. Protestują jedynie klimatyczni aktywiści, a powinien to robić absolutnie każdy z nas, bo to my (nawet nie nasze dzieci) będziemy musieli ponieść konsekwencje braku zdroworozsądkowych regulacji. Dlatego książki takie jak ta, którą wymieniłam przed chwilą, powinny być obowiązkową lekturą. Teraz już nie ma czasu na traktowanie zrównoważonego budownictwa jako wyboru, to absolutna konieczność.