Przestrzenie wiedzy

1 [44] 2014

14 | 11 | 2014

Zmierzch wiedzy w kulturze dostępu

DANE/INFORMACJA

Pozostając przy kwestii zależności między prawdziwą tożsamością podmiotu w świecie rzeczywistym, jej technicznie zapośredniczonym, usieciowionym fantomem w wirtualnej „przestrzeni przepływów” oraz wiedzą udostępnianą jednostkom za pośrednictwem technologicznych udogodnień, wypada przypomnieć, że najmocniejszym i zarazem najsłabszym elementem omawianych tu sieci są ich „węzły” i „elementy terminalne”. Postrzegane z interesującego nas tu punktu widzenia „sieci wiedzy” czy „informacji” są tyle warte, ile możliwości podmiotów w zakresie interpretacji danych udostępnianych przez owe struktury. Niezależnie bowiem od powszechnego zwyczaju językowego, który pozwala mówić o krążącej w sieci informacji czy wiedzy, ani w fizycznej strukturze jej hardware’u, ani tym bardziej w jej oprogramowaniu nie przemieszczają się żadne obiekty, które potocznie uznaje się za „nośniki” informacji: dźwięki, obrazy czy cokolwiek podobnego. Zachodzić tam mogą co najwyżej zdarzenia, których skutkiem są zachowujące tożsamość strukturalną zjawiska fizyczne zwykle nazywane sygnałami. Nie towarzyszą im ani nie są z nimi związane w sensie przestrzenno-czasowym żadne „informacje”, „treści”, „przekazy” czy „komunikaty”. Sygnały, jako zjawiska fizyczne, są bowiem interakcyjnie neutralne – niczego nie „zawierają”, nie „przekazują” ani nie „komunikują”. Jeśli nastawać na zasadność posługiwania się w tej kwestii sformułowaniami bliskimi zdrowemu rozsądkowi, można by mówić o „surowych” – w sensie ich niezinterpretowania – „danych”, które dopiero po odpowiedniej „obróbce” dałoby się ewentualnie uznać za „informację”, w nietechnicznym rozumieniu tego terminu.

Właściwie rozumiana informacja to bowiem zwykle – mówiąc najprościej – „ilościowa miara niejasności komunikatu w zależności od stopnia prawdopodobieństwa każdego składającego się nań sygnału”10. To czasem także zdolność/możliwość dokonywania nieprzypadkowych wyborów spośród wcześniej ustalonego rejestru czy zbioru wariantów bądź stanów rozpatrywanego układu11. Jak widać, tak zdefiniowana informacja nie może się przemieszczać, więcej – jako uwarunkowana kontekstowo i konsytuacyjnie jest niesamoistna, pojawia się bowiem dopiero w wyniku zabiegów poznawczych interpretującego podmiotu. Ich częścią jest między innymi wspomniane oszacowanie prawdopodobieństwa wystąpienia każdego z sygnałów składających się na komunikat, co prowadzi do wyinterpretowania czy wygenerowania nietrywialnych sensów, jakie ostatecznie można by /z/wiązać z odnośnym zdarzeniem. Jeśli zgodzić się z tą interpretacją, nietrudno dostrzec, że w sieci nie ma informacji – pozostaje ona domeną i zarazem prerogatywą podmiotu. Wymaga użytkownika, który interpretując to, co się w owym środowisku pojawia w postaci mniej czy bardziej „surowych” danych, /z/re/konstruuje hipotetyczny, domniemany obiekt, nadając mu wedle własnej wiedzy, umiejętności i kompetencji pożądany status „pojęcia”, „znaczenia”, „sensu”, „treści” czy „obrazu”. Ostatecznie więc, informacja i jej zepistemologizowana pochodna – wiedza – to konstrukty interakcyjne, które uobecniają się w wyniku twórczej, nie zaś jedynie odtwórczej aktywności poznawczej podmiotu.

KLIKAĆ/MÓWIĆ

Ważnym rysem współczesności, konsekwencją „upłynnienia” i „mobilizacji” globalnych zasobów finansowych, technicznych, medialnych i ideowych, jest zmniejszenie się roli rynków wymiany dóbr fizycznych i intelektualnych, a także wzrost znaczenia sieci, które udostępniają12 owe dobra na niespotykaną wcześniej skalę, bez konieczności ponoszenia kosztów związanych z ich posiadaniem. Towarzysząca tym procesom komercjalizacja dóbr kultury, z których produkcji uczyniono działalność ekonomiczną, przyczyniła się między innymi do wypracowania i wdrożenia strategii wikłania jednostek w długoterminowe relacje lojalnościowe; gwarantują one usługodawcom stałą możliwość czerpania zysków ze „współpracy” z raz pozyskanym klientem. Jedną z form takiej „asymetrycznej symbiozy” stało się „demokratyczne” udostępnianie w cyberprzestrzeni przez gigantów „kulturowego hiperkapitalizmu” wszelkiego rodzaju produktów kultury popularnej. Wpłynęło to na ustanowienie nowych standardów w dziedzinie technologicznie zapośredniczonego kształtowania modelu kultury otwartej przez wolne od uwarunkowań pekuniarnych instytucje publiczne dbające o swobodny i niewykluczający dostęp uczestników do dóbr kultury i narzędzi jej kształtowania.

W rezultacie powstało wiele wirtualnych repozytoriów – muzeów, bibliotek, filmotek, specjalistycznych archiwów czy portali muzycznych, udostępniających poszukiwane dobra w formie cyfrowych replik czy reprezentacji. Spektakularność owego przedsięwzięcia oraz mnogość i różnorodność zasobów sprawiają, iż wydaje się, że w miejscach tych istotnie zgromadzono „informację” czy „wiedzę”. Wystarczy po nią sięgnąć, łącząc się z właściwymi serwerami bądź też odwiedzając instytucje, których zbiory poddano elektronicznemu zwielokrotnieniu. Jeśli jednak pamiętać, że rzeczywista informacja czy wiedza to konstrukty powoływane do istnienia w wyniku twórczej aktywności poznawczej podmiotu – który obcuje ze zjawiskami będącymi zaledwie okazją do uobecnienia się w nim samym określonych myśli, uczuć czy intencji, nietrudno będzie zauważyć, że zaistnienie wspomnianych wytworów wymaga od jednostki uprzedniej, jeszcze innej kompetencji: wiedzy, inteligencji oraz wspartej mocą wyobraźni umiejętności interpretowania i rozumienia tego, z czym ma się do czynienia. Wymaga zatem pewnego obycia z przedmiotem – intelektualnego, uczuciowego, psychicznego, duchowego. Uzyskiwana dzięki temu wiedza nie jest produktem epistemicznego automatu przechodzącego przez szereg kolejnych stanów zgodnie z logiką odgórnie implementowanego algorytmu, lecz pochodną indywidualnego rozwoju podmiotu – rezultatem dopracowania się przezeń określonej, wspomnianej wcześniej „jakości bycia”. W tym więc aspekcie, w jakim jest ona indywidualnym wytworem jednostki, nie zaś cyfrowo standaryzowanym prefabrykatem, który fluktuuje w usieciowionej „przestrzeni przepływów”, nie może być demokratycznie „dystrybuowana” wedle „równouprawniających” reguł gry informacyjnego marketingu.

Jeśli istotnie „wiedzieć” to umieć prawdziwie powiedzieć, jak się rzeczy mają – poświadczając wiarygodność tego stwierdzenia jakością własnego bycia – nie da się odpowiedzialnie spełnić tego warunku przez proste – just do it – połączenie się z informacyjnym repozytorium za pośrednictwem którejś z efemerycznych „tożsamości–/w/prze/–budowie”, jakie zapewniają „dostęp” do odpowiedniej „domeny” takiej czy innej sieci. Przytoczenie znalezionej tam odpowiedzi nie zastąpi słowa własnego. W tym bowiem wypadku „powiedzenie”, którego sens konotuje „wiedzę”, będzie, ze względu na wskazany wcześniej wymóg podmiotowo poświadczonej prawdziwości, czynnością pozorną – rzekomą, lecz pustą.


[10.] Y. Winkin, Antropologia komunikacji. Od teorii do badań terenowych, przeł. A. Karpowicz, Warszawa: Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, 2007, s. 31.
[11.] Por. także Jamesa Gleicka interpretację pojęcia informacji Claude’a Shannona jako entropii i funkcji prawdopodobieństw – „Jest to średni logarytm nieprawdopodobieństwa danej informacji, czyli w rezultacie miara tego, co nieoczekiwane: H = –Σpilog2pi gdzie pi to prawdopodobieństwo każdej informacji. Shannon, stwierdził […], że wartości wyrażane za pomocą tego wzoru «odgrywają główną rolę w teorii informacji jako miary informacji, wyboru i niepewności». Istotnie, H jest wszechobecne, potocznie nazywane entropią w informacji lub postulatem Shannona lub też, zwyczajnie, informacją”. J. Gleick, Informacja. Bit, wszechświat, rewolucja, przeł. G. Siwek, Kraków: Znak, 2012, s. 212.
[12.] Zob. np. J. Rifkin, Wiek dostępu. Nowa kultura hiperkapitalizmu, w której płaci się za każdą chwilę życia, przeł. E. Kania, Wrocław: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2003.