Ograniczenie

4 [43] 2013

13 | 11 | 2014

Wyrzeczenie

Po raz pierwszy usłyszałem wyraźnie słowo „wyrzeczenie” w dniu swojego bierzmowania. Miałem trzynaście albo czternaście lat. Potem nie przekroczyłem więcej progu kościoła, wyjątkiem jest pasterka.

Z całej ceremonii zapamiętałem dokładnie tylko jedną chwilę. Byłem pierwszy w kolejce i znalazłem się bezpośrednio przed biskupem, wszyscy moi koledzy czekali za moimi plecami na swoją kolej, by otrzymać bierzmowanie. Spośród rytualnych słów i formuł, dawno zapadłych w otchłań niepamięci, tylko jedno zdanie pobrzmiewa nadal z całym pierwotnym patosem. Purpurat zrobił się sztywny i uroczysty zarazem. Do tego momentu powtarzał był formularz półgłosem, coś pomiędzy mamrotaniem i psalmodią, ale teraz dopiero – tak mogłem wywnioskować z inkwizytorskiej uporczywości jego spojrzenia – nadchodziła trudność. Cały kościół na chwilę oniemiał i mógłbym przysiąc, że nawet organy przestały akompaniować naszemu maksymalnemu skupieniu. Otóż wtedy wybrzmiało suche i zdecydowane pytanie rytualne: „Czy wyrzekasz się szatana?”.

Nie trzeba chyba dodawać, że zachwiałem się jak bokser, któremu wymierzono nieproporcjonalnie silny cios. Słowa roznosiły się wśród zimnych wiekowych murów i czas wydawał się nie mieć końca. Moi koledzy również wstrzymali oddech i jakby uchwycili się mnie w nadziei, że odpowiem też za nich, raz na zawsze, na owo tytaniczne pytanie – zbyt wielkie dla tak małych chłopców.

Ciocia, która była mi matką chrzestną, też uchwyciła się mnie. I tak poczułem, że wszystek los ludzkości spoczywa na moich barkach. Nie pamiętam dokładnie, ile chwil minęło, zanim potrafiłem wydobyć z siebie jakiś jęk nadziei, który zapewne tylko biskup mógł usłyszeć: „Tak”. Już myślałem, że moja misja na tej ziemi się wyczerpała, kiedy purpurat znowu jął się zasadzać na moją beztroską młodość. Jeszcze może oschlej niż za pierwszym razem, niewątpliwie niezadowolony z tonu pierwszej odpowiedzi, zagrzmiał znowu: „Czy wyrzekasz się szatana?”. Tym razem już jednak nie było zdziwienia i nawet koledzy za mną się nie zachwiali, gdyż w sumie trzeba było tylko potwierdzić to, co już raz zostało powiedziane: „tak”. Wreszcie biskup stał się prawie bezczelny i powtórzył raz jeszcze: „Czy wyrzekasz się szatana?”. Bez mała zniecierpliwiony, potwierdziłem po raz kolejny, tym razem jednak najzupełniej uroczyście, ze stygmatami świętości: „Tak!”.

Ostatnie wspomnienie, jakie zachowałem z tego dnia, to moment, kiedy wreszcie wychodzimy z ulgą na wolne powietrze – na uściski, prezenty, zdjęcia wykonywane jeszcze aparatem analogowym. Ostatni wielki dar Świętej Matki Kościoła był cały zawarty w tym słowie, którego nigdy przedtem w życiu nie usłyszałem: wyrzeczenie.

Do tego momentu najgorszym, do czego mogłem zostać zmuszony, było przeczekanie kilku tygodni na obiecany rower, by móc podzielić się z kolegą cennym prezentem albo uzyskać kompromis odnośnie do godzin popołudniowej przepustki z domu. Nikt nigdy nie domagał się ode mnie, żebym się czegokolwiek wyrzekł. Dlaczego moi rodzice nie wprowadzili mnie w tajemnicę wyrzeczenia?

Mój ojciec urodził się w trzydziestym trzecim, moja matka, młodsza, w czterdziestym piątym. W latach włoskiego bumu mieli dwadzieścia, trzydzieści lat i ledwo co zdążyli doznać nędzy życia w Alpach. Prawdopodobnie to oni sami wymazali słowo „wyrzeczenie” ze słownika, wchodząc w ów okres wyjątkowego dobrobytu i postępu. Wszystko to, co wydawało się niemożliwe, było takie tylko dlatego, że nikt jeszcze tego nie spróbował. Na księżyc? Polecimy, dajcie nam czas. Żeby osiągnąć wszystko to, czego prosty umysł takich ludzi jak moi młodzi rodzice pragnął, wystarczyło poczekać, aż dobrobyt rozpowszechni się także w najbardziej odległych zakątkach kraju.

Jak mogli sobie wyobrazić, by wyrzec się czegoś? Wyrzeczenia należały do przeszłości, do czasów ciemnych i niewypowiedzianych, miały prawie średniowieczny wydźwięk i przywodziły na myśl cierpienia wielkich chrześcijańskich męczenników albo mistyków Wschodu. Wspaniałe lata powojenne nie mogły znieść owego markotnego słowa.

Pół wieku po bumie gospodarczym i kilka lat po bierzmowaniu sam odkryłem na nowo wartość wyrzeczenia, właśnie wówczas gdy przystępowałem do weryfikacji ograniczeń „systemu”, rozpoczynając przeprowadzony na sobie eksperyment samowystarczalności żywieniowej i energetycznej.

Zamieszkałem w drewnianym domku, zacząłem uprawiać ogródki i poletka, by nie potrzebować wiele środków do życia na ziemi. Chciałem wejść w harmonię z Przyrodą, ustanowić trwały pokój ze Stworzeniem, bo w wieku zaledwie dwudziestu lat poczułem, że jestem na bakier z otaczającą mnie społecznością ludzką – społecznością, którą nadal widzę tańczącą beztrosko jak pasażerowie Titanica, kilka kroków od góry lodowej.

Dwa tysiące metrów kwadratowych gruntu to ostatecznie niewiele, by wyprodukować z nich większość potrzebnej mi żywności i nadwyżką handlować. Posiłkując się doświadczeniem pięciu lat pracy na etacie informatyka, przygotowałem pięcioletni plan rolniczy w doskonałym stylu radzieckim.