Mity modernizmu

3 [50] 2015

12 | 07 | 2016

Wielki świat zajmował się nadbudową, a my wciąż nie mogliśmy się uporać z bazą (II)

 

DLR: A jakie były wobec tego kryteria oceny dorobku wydawnictwa?

AK: Też zapotrzebowanie, bo mimo wszystko, nie można było sobie pozwolić na to, żeby ten reglamentowany papier wracał w postaci makulatury, chociaż system był obłąkany…

BG: Oj, tyle makulatury wtedy wydrukowano…

AK: Chwileczkę, mówimy o Arkadach, a nie o wydawnictwie literackim, gdzie, oczywiście, było tak, że trzecie wydanie leżało w piwnicy, a przychodziło do księgarni kolejne, w nakładzie dziesięć tysięcy, bo akurat autora władze hołubiły (z wzajemnością) i należało mu podsypać trochę grosza. Tak, to też tak działało, oczywiście. Ale w tej dziedzinie tego raczej nie było.

BG: Ale pamiętam sytuację, gdy książka była gotowa i miała już iść do druku, ale nagle się okazało, że nie ma papieru, ponieważ jest któryś tam zjazd partii i trzeba wydrukować materiały. W związku z czym papier przydzielony wcześniej Arkadom przesuwano do tych druków partyjnych.

DLR: To też był rezultat decyzji politycznych, że tego papieru nie było, prawda? Że to było funkcjonowanie w obrębie tej reglamentacji?

AK: Lepszy papier można było kupić za dewizy, a tych ciągle brakowało, ciągle i na wszystko. Krajowy papier i farba drukarska były fatalnej jakości – wystarczy wziąć do ręki książki z tego okresu. Gdy sięgam do swoich książek, z których się kiedyś cieszyłem, to teraz z przykrością widzę jak pożółkły, jak się rozpadają, i jak trudno je czytać. Ale to były surowce krajowe właśnie. Dzisiejszemu czytelnikowi przyzwyczajonemu do zupełnie innych standardów niezwykle trudno sobie tę jakość wyobrazić.

DLR: Czasami się jednak zdarzało, że książka wychodziła drukowana na kredowym papierze z kolorowa okładką. Jak ten kolor trafiał, tak trafiał, ale jednak był. Jak się to udawało w takim razie?

AK: Czasami się udawało. Dyrektor produkcji Arkad opowiadał anegdotę o edycji serii porad ników inżyniera budowlanego. Łącznikiem tej serii miło być granatowe płótno na okładce. Ponieważ wydawanie tej serii trwało lata, nie było to to samo płótno z wytwórni lecz płótno barwione na granat w drukarni. Oczywiście w rezultacie każdy tom miał inny odcień granatu. Kiedyś niemieccy wydawcy zapytali go: „Jak wy to robicie, że tak fantastycznie sobie tę gamę odcieni stworzyliście w tym cyklu?”. Bo u Niemców wszystko byłoby w tym samym kolorze. A u nas była taka piękna rozmaitość. Nie udawało się, jednak.

BG: Jeszcze w redakcji „Architektury”, gdzie byłam sekretarzem redakcji, jeździłam podpisywać arkusze do Domu Słowa Polskiego – to był największy zakład poligraficzny PRL i nasze pismo było tam drukowane. „Architektura” miała wtedy ośmiostronicową kolorową wkładkę. Czasami to było kompletne nieszczęście. Ja mówiłam: „tutaj nie ma w ogóle czerwonego”, a drukarz: „pani się nie martwi, ja tu chlapnę trochę farby i będzie jak trzeba”. Brał wiadro z farbą, wlewał i już.

AK: Może jeszcze jedna anegdota, żeby uświadomić paniom absurd tych czasów. Sam premier Piotr Jaroszewicz – na własne oczy widziałem to pismo – zdecydował, że Arkady mogły kupić sobie kserograf. Wyobrażacie to sobie? I to był jedyny kserograf w wydawnictwie. To także tłumaczy, dlaczego książki powstawały latami.

BG: Myśmy w „Architekturze” mieli takie urządzenie do kopiowania na papierze fotograficznym. To były wczesne lata 80. – za każdym razem, kiedy miałam coś do powielenia, musiałam napisać o zezwolenie, podać, ile potrzebuję kartek, a potem musiałam się z tej liczby rozliczyć. Chodziło oczywiście o to, żebym nie mogła zrobić ulotek.

AK: Każda maszyna była zarejestrowana w odpowiednim wydziale bezpieki. Jak kogoś złapano z ulotkami, to łatwo było ustalić, gdzie zostały wyprodukowane.

BG: Być może panie oczekują, że opowiemy o fermencie intelektualnym w środowisku architektonicznym, o dyskusjach do białego rana, o poszukiwaniu nowych tytułów i naciskach, żeby wydać to czy tamto, o wpływie nowych teorii na to, co powstawało na deskach kreślarskich… Oczywiście, jakiś wpływ był – wystarczy na początek popatrzeć na kościół Budzyńskiego na Ursynowie czy kościół przy Trasie Łazienkowskiej Turczynowicza – zdarzał się też tu i ówdzie ów ferment i dyskusje, ale to była rzadkość. Na co dzień architekci mieli do czynienia ze skrzeczącą rzeczywistością – pracą w państwowych biurach projektów, naciskami, żeby projektować (przede wszystkim osiedla mieszkaniowe) w sposób jak najtańszy i najszybszy, a potem borykaniem się z kiepską jakością materiałów budowlanych i niekompetencją wykonawców, opóźnieniami, brakiem infrastruktury i tak dalej. Czyli na co dzień problemem była w mniejszym stopniu dławiąca polityka, a w większym niesprawna gospodarka – choć ta ostatnia oczywiście z pierwszej wynikała. Przypomniało mi się jeszcze jedno zdarzenie, też anegdotyczne, z czasów mojej pracy w redakcji „Architektury”, które dobrze ilustruje ogromny rozdźwięk między światem architektury „wysokiej”, teoretycznych debat o modernizmie i post- , toczących się na Zachodzie, a tym, z czym borykali się na co dzień nasi architekci i społeczeństwo. Mówiąc marksistowsko, wielki świat zajmował się nadbudową, a my wciąż nie mogliśmy się uporać z bazą Otóż w początkach lat 80. nowy naczelny „Architektury”, Andrzej Gliński (Bruszewskiego stan wojenny zastał w Kanadzie i wrócił dopiero po kilku latach), miał pomysł, żeby wydawać też inny tytuł „Dom” – suplement do „A”, ale sprzedawany także osobno, przede wszystkim radzący ludziom, jak urządzić mieszkanie, ale też zamieszczający teksty trochę socjologiczne, trochę psychologiczne związane z zamieszkiwaniem. Była to nowość na rynku (po latach część zespołu „Domu” kontynuowała tę tematykę w magazynie „Cztery Kąty”). I do tej redakcji przychodziły listy, od ludzi, którzy dostali mieszkanie, najczęściej z prośbą o porady. Jeden list utkwił mi w pamięci: otóż pisał ojciec wieloosobowej rodziny, która wcześniej gnieździła się w jednym pokoju, a teraz dostała trzypokojowe mieszkanie. I w tym trzypokojowym mieszkaniu wprowadziła się znów do jednego pokoju. Napisali do redakcji z pytaniem, co zrobić z pozostałymi dwoma – bo wiedzą, że powinni je jakoś wykorzystać, ale nie wiedzą, jak…

MK: Podręcznik Neuferta stał na półce chyba wszystkich, którzy zajmowali się inżynierią i architekturą. Czy wydawane w Polsce branżowe książki miały jednak jakiekolwiek przełożenie na realny pejzaż architektoniczny?

AK: Wystarczy pojeździć po kraju i zobaczyć, jaki to miało wpływ. Żadnego. Książki miały nakład dziesięć tysięcy, a ludzie budowali, co im w duszy grało. Wedle tego, co zobaczyli w telewizji albo wedle tego, co zaprojektował lokalny technik budowlany. Polska wygląda tak, jakby książek architektonicznych nie było.

BG: I to się niestety w latach 90. jeszcze pogłębiło, mimo że był już dostęp do książek dających dobre wzorce. A w PRL publikacje poświęcone architekturze stanowiły jednak margines. Zajmowały się nią właściwie, jak już mówiliśmy, tylko dwa wydawnictwa: Arkady i WAiF, przy czym w obu na pierwszym miejscu stała sztuka. Arkady miały też bardzo dobrą redakcję budowlaną, natomiast architektura głównie skupiała się albo na historii (Adam Miłobędzki, Czesław Krassowski, Przemysław Szafer, Jerzy Łoziński), albo na książkach profilowych o architekturze różnych krajów czy monografiach architektów (publikacje Tadeusza Baruckiego przede wszystkim). Największym wzięciem cieszyły się wydawane przez Arkady katalogi projektów typowych – to mówi samo za siebie. W innych wydawnictwach książki architektoniczne należały do rzadkości, jednym z takich ważnych wyjątków była na przykład piękna, oprawiona w płótno publikacja Sigfrieda Giediona Przestrzeń, czas, architektura. Narodziny nowej tradycji, która ukazała się nakładem PWN w 1968 roku.