Fot. P. Tomczyk. Dzięki uprzejmości Muzeum Sztuki w Łodzi

13 | 11 | 2014

Sztuka wyboru

Z.K.: Miałem kilka takich lat, kiedy korzystałem w dużych ilościach z materiału dźwiękowego, który nie był mój – ale ludowy, anonimowy czy też zaczerpnięty z przeszłości i przeze mnie transformowany. Pierwszym impulsem, który skłonił mnie, by sięgnąć do tego materiału dźwiękowego, była moja nadzieja, że mogę go użyć do unistycznej formy – formy homogenicznej. Tworzyłem złożony mixage z melodii ludowych, na przykład w utworze Folk Music, gdzie wykonywanych jest jednocześnie kilkadziesiąt melodii – w różnych tempach, tonacjach, o różnym charakterze. Tworzyło to rzeczywiście magmę dźwiękową, w której się już nie rozpoznawało poszczególnych elementów konstrukcji, ale był to też rodzaj fascynacji przeszłością i muzyką ludową. Miałem istotnie taki okres, po moim rocznym pobycie w Stanach Zjednoczonych, kiedy pojechałem do Zakopanego, zacząłem zbierać instrumenty, gadać z ludźmi z gór, którzy specjalnie dla mnie budowali ludowe instrumenty. Koncertowałem z tą muzyką sporo z Warsztatem Muzycznym. Zasadniczo uważam, że twórca powinien przede wszystkim dbać o swoją indywidualność i czystość w tym, co robi; to skłaniałoby do tego, żeby szukać siebie i tego, co nowe – a nie korzystać z tego, co było. Ale, być może, da się również, korzystając ze starego, przedstawiając to w inny sposób. To właśnie próbowałem robić w latach 70., używając materiału już zastanego.

A.W.: W ostatnim czasie interesują pana opera i muzyka wokalna. W tym wypadku też rozpoczyna pan pracę od czegoś, co jest dane: od tekstu, libretta. Chociaż starannie dobiera pan to, co będzie pana już na wstępie ograniczać: Gombrowicz, Tuwim, Różewicz…

K.Z.:  …Wyspiański… Corneille…

A.W.: …sama przyjemność.

K.Z.: Dobre towarzystwo w każdym razie.

A.W.: Co daje sytuacja pracy na polu tego rodzaju gatunków, form wokalnych – pracy z tekstem, która była dotąd obecna u pana raczej na drugim planie? A także pracy z tym zupełnie innym instrumentem, jakim jest głos ludzki?

K.Z.: Ja zasadniczo staram się postępować w sposób, jak to nazywam, naturalny. Naturalny w tym sensie, że jeśli coś się zdarza – w moim życiu i w mojej muzyce, jeśli spotykam coś nowego po drodze i to mi odpowiada, to za tym idę. Nie staram się na siłę czegoś szukać lub czegoś na siłę zmieniać, tylko idę nurtem naturalnym, na jaki pozwala moje życie.

A.W.: I zdarzył się Jorge Lavelli?

K.Z.: Zdarzył się prawie dziesięcioletni pobyt w Paryżu, spotkanie z Lavellim. Dzięki współpracy z nim spędziłem wielką liczbę godzin w teatrze Comédie Française i Théâtre National de la Colline na próbach, regularnie, całymi dniami, do późnej nocy słuchając aktorów – najlepszych francuskich aktorów. Słuchając melodii ich języka. Kiedy przyszedł moment, że mogłem skomponować operę, stworzenie jej było naturalną konsekwencją tej sytuacji. Dodatkowo, dzięki temu czasowi, który spędziłem w teatrze, dobrze rozumiałem – w każdym razie: dla siebie dobrze rozumiałem – dramaturgię osób, które występują w danym dramacie, sztuce, operze. Tekst mnie popycha i niesie, w sposób aż dla mnie zaskakujący, bo o ile trudno mi się pisze utwory symfoniczne, o tyle w wypadku opery dzieje się to dużo szybciej i łatwiej. Wspominałem o przyjemności grania utworów fortepianowych przed publicznością. W operze natomiast jest przyjemność współpracy ze śpiewakami, reżyserem, sceną – wszystkimi, którzy uczestniczą w powstawaniu produkcji operowej. Jest to rzecz, której kompozytor nie doświadcza przy utworach koncertowych: przychodzi co najwyżej na próby orkiestrowe swojej symfonii, ale to jest bardzo sformalizowane – może powiedzieć najwyżej, żeby obój zagrał trochę głośniej, a klarnet trochę ciszej albo szybciej. To są jego przyjemności. Natomiast w wypadku produkcji utworu operowego jest tych elementów więcej i są smaczniejsze, to jest rozkosz: mamy światło, ruch, kolor, orkiestrę, grę aktorską, wreszcie głos śpiewaków… Produkcja opery jest fascynującym czasem, w którym się uczestniczy przy powstawaniu mojej muzyki: ponad sto osób stara się o to, żeby coś z nią zrobić (śmiech)…

A.W.: (śmiech) Czyli fakt, że musi pan uwzględniać tyle czynników, jest raczej inspiracją dla pana?

K.Z.: O tych czynnikach właściwie nie myślę: te hamulce ograniczające moją wyobraźnię, moje pomysły czy zapędy, żeby coś zrobić dziwnego, uruchamiają się automatycznie, bo są już we mnie. Tekst libretta daje mi napęd – przy tych wszystkich ograniczeniach, które mają to do siebie, że ostatecznie właśnie dzięki nim powstaje utwór posiadający piętno indywidualne. Bo są one właśnie takie, jakie ja mam w sobie.