Niesamowitość

4 [47] 2014

11 | 09 | 2015

Strażnik Wieży

Czyżby to z pychy – jak twierdzą niektórzy Mędrcy – dawni Mistrzowie wybudowali Wieżę? Czy to bluźnierczy atak dumy popchnął ich do emulacji Boga? I czy to na skutek tegoż buntu ich samych oraz potomnych, czyli nas, zamknięto w tym więzieniu na wieki wieków, nie tylko bez możliwości wydostania się stąd, lecz także bez możliwości zrozumienia go? Inni Mędrcy twierdzą, co nie wydaje mi się bezzasadne, że Bóg, tworząc nas, stworzył także możliwość (lub też konieczność) wybudowania Wieży. Mówienie o Boskiej karze byłoby zatem bluźnierczym oskarżeniem Boga o to, iż nie jest On wszechwiedzący.

Jeszcze inna teoria, również niedająca się ani udowodnić, ani podważyć, głosi, iż Mistrzowie wybudowali Wieżę na chwałę i podobieństwo Boga; co więcej – z Jego bezpośrednią pomocą i ku Jego upodobaniu. Właśnie jej nieomal transcendentalna natura miałaby sprawić, że tak trudno jest ją pojąć. Gdyby tak było, można by zrozumieć, dlaczego nie możemy wyjść z Wieży: wszystko bowiem jest w Bogu i wszystko musi mieścić się w Jego obrazie, skończonym i całościowym. Wszak za tymi rozważaniami, w pustym zakątku duszy, rośnie wciąż to samo niepokojące pytanie: czy dawni Mistrzowie, ci gorliwi demiurgowie, którym przypisujemy uczony plan niezmierzonego gmachu, istnieli kiedyś naprawdę? Owszem, gdybyśmy mogli się upewnić o istnieniu Wieży, mielibyśmy dość poważny argument na rzecz istnienia Mistrzów. Czy jednak cały ten potężny labirynt iglic, schodów i donżonów nie jest przypadkiem chorym urojeniem szaleńców albo trawiącym pragnieniem serca?
Pode mną wiatr rozrywa mgłę, która blednie, a w prześwitach zaczynają majaczyć zielonkawe strzępy wielkiej równiny. Kto tam mieszka? Jak ci nieznani i szczęśliwi śmiertelnicy postrzegają naszą olbrzymią Wieżę? Jakie mity sobie wymyślili, by wytłumaczyć jej istnienie? Czy widzą ją naprawdę, czy też na ich pogodnym widnokręgu majaczy tylko nierówny grzebień gór, jaśniejących czasem jak odległe obietnice?

Niedawno jeszcze jeden ciężar dołączył do tego, który już ciążył naszym sercom; jeszcze jedna niepewność zaczęła nas dręczyć. Jeden ze starszych Mędrców, który od kilku lat w milczeniu podbudowywał swe teorie, publicznie ujawnił szaleńczą obiekcję. Powiada Mędrzec: „Jedyność jest niezaprzeczalnym atrybutem Boga, lecz czy przenosząc go na Wieżę, nie przypisujemy jej nazbyt boskiej natury?”. Niektórzy zatem, by uniknąć niedorzecznego wniosku, jakoby Wieża była Bogiem w jednym z Jego niezliczonych i niedających się udowodnić wcieleń, poczęli twierdzić, iż – poza połyskliwym pasmem gór, które czasem wiatr nam odsłania – istnieją inne Wieże, podobne (lub identyczne) do naszej, a nawet że ich liczba jest nieskończona, w przyprawiającej o zawrót głowy perspektywie rozchodzącej się we wszystkich kierunkach ku coraz to odleglejszym horyzontom. Lecz gdy wieje wiatr z Zachodu, daremnie natężamy wzrok, wyglądając z glifowych okien z balkonów, z wież wartowniczych, by ujrzeć różowe szczyty innych Wież, za śniegami gór.

Moje serce jest niespokojne. Czasem w tajemnicy – z zuchwałością przyprawiającą mnie o drżenie – życzę sobie, by jedno z owych trzęsień ziemi naruszających jej bezczasowe fundamenty przewróciło Wieżę (wtedy jej koniec byłby dowodem na jej istnienie). Wówczas jeden z uratowanych, wydostawszy się wreszcie na równinę, mógłby się udać w wymarzoną podróż do jednej z innych Wież. Jakież to niedostępne i lśniące budowle ujrzałyby jego oczy tam na dole, za górami? Któż by go przyjął po wyczerpującej drodze, z wysokości polerowanych wiatrem murów, jakież to spojrzenia w czujnym oczekiwaniu spływałyby ku niemu ze strzelnic? Z jakimże dreszczem zuchwały pielgrzym rozpoznałby własną twarz wśród wielu weń wpatrzonych, bladych i skupionych?

TŁUMACZENIE Z WŁOSKIEGO: EMILIANO RANOCCHI