Niesamowitość

4 [47] 2014

11 | 09 | 2015

Strażnik Wieży

Doszedłem do galerii zawieszonej nad szarzejącą przepaścią. Przeciwległa ściana pode mną niepokoi rytmem karniszy i rynien, dostrzegam odległe ażurowe mury prześwietlane oknami i podcieniami, deszcz dzwoni o chybotliwe mosty sznurowe zawieszone nad przepastnymi szczelinami.

Znowu zaczynam wspinać się po schodach ku jednostajnemu i groźnemu niebu. W Wieży jest nas wielu i każdemu przydzielono jasno określone zadanie, choć trudno mi zrozumieć, na czym polega zadanie Mędrców. Zwykle siedzą oni zamknięci w swoich celach, pogrążeni w rozmyślaniach i pisaniu, podświetlając mrok zmierzchów i długich nocy dymiącymi świecami. Rozmyślają oni o Wieży, badają jej historię, jej kształt, jej znaczenie. Prawie żaden z nich zresztą nie widział Wieży, gdyż siedzą cały czas tam, przy swoich biurkach, i tylko nieliczni, wypracowawszy teorię dotyczącą trasy pewnego korytarza, dźwięku określonej harfy, kolorów jakiegoś ogrodu, wychodzą, by ją zweryfikować. Być może jednak najsłuszniej postępują ci, którzy nigdy nie wychodzą, chociaż wyniki ich refleksji bywają dziwaczne, nieraz wręcz absurdalne, i są zawsze całkowicie nieprzystawalne do solidnych murów i obszernych sal z drewna i szkła, które widzę podczas swoich inspekcji. Pewnego razu stary Mędrzec podarował mi szkic własnego autorstwa przedstawiający Wieżę tak, jak by wyglądała, gdyby była oglądana z nieokreślonego i bardzo odległego miejsca na równinie Wydaje się bardzo obszerna i masywna, dużo szersza niż wyższa, i mało rozbudowana w stosunku do tego, jakie wrażenie czyni na mnie, który ją ciągle przemierzam. Powiesiłem ten rysunek na ścianie obok mojego posłania; nie jest brzydki, ale według mnie brak mu treści.

Napomknąłem o Mędrcach, którzy chodzą naokoło, by weryfikować swoje teorie. Powinienem tu dodać, iż – poza zadaniem powiadamiania konserwatorów o obsunięciach i szkodach powodowanych biegiem czasu i klęskami żywiołowymi – my, Stróże, mamy jeszcze jedno, bardziej bezlitosne i zazdrosne zadanie. Musimy bronić Wieży przed podstępnymi i przewrotnymi atakami niektórych Mędrców, którzy odkrywszy, że rzeczywistość – rozkład pomieszczeń, kolejność pinakli, rytm biforiów – pozostaje w sprzeczności z teoriami wypracowanymi przez nich w głębi cel, zamiast zmienić swoje hipotezy, okrutnymi narzędziami z żelaza tu wyburzają ścianę, tam otwierają łuk lub murują drzwi. Te niejawne okaleczenia są – rzecz jasna – nader niebezpieczne, przeto musimy być nieugięci i bezlitośni. Oto dlaczego Strażnicy zawsze noszą z sobą łuk i strzały; oto dlaczego budzą strach i – być może – nienawiść.

Deszcz ustał i w parującej warstwie chmur otwierają się nade mną strzępy błękitu. Kruki wracają do swojej krzątaniny wśród wykuszy i przepastnych podcieni i powierzają swoje chrapliwe krzyki chłodnym wiatrom, które liżą mury. Dotarłem do końca schodów i z galerii z ciemnego piaskowca wpatruję się w wilgotne ściany, dziedzińce, spadziste dachy opadające pode mną, tu i ówdzie poplamione niezdecydowanym słońcem południa. Niczego i nikogo nie ma w tej godzinie ciszy.

Kontynuuję obchód.

Nie wolno wystawiać Wieży na próbę; powinna zachować taką postać, jaką miała, kiedy zbudowali ją dawni Mistrzowie. W jej złożonej i chaotycznej strukturze tkwi konsekwentna jedność, którą należy szanować – a być może jest to tylko wymóg, potrzeba, dążenie do jedności promieniującej z rozległych powierzchni, z nieprzerwanych ciągów sal, z poplątanych, poczerniałych czasem belkowań.

Trudno przychodzi mi zrozumieć, jak potrzeba niezmienności da się pogodzić z tym, co ostatnio objawił mi starszy Strażnik, który z kolei dowiedział się tego od jednego z Mędrców. Budowa Wieży – tak twierdzą – jeszcze się nie zakończyła; wręcz przeciwnie, rzadko kiedy prace prowadzono z takim ożywieniem i tak niestrudzenie jak dzisiaj. Toczą się one w mroku, w ukryciu przed nami, Strażnikami, i – pomimo starań – nigdy nie udało mi się wytropić ich śladów. Być może to dlatego, że – jak wytłumaczył mi starszy kolega – nowe przybudówki nie obejmują struktury budowli, kominów, komnat czy przedsionków, lecz coś subtelniejszego i ukrytego, czego nie potrafił mi opisać, a ja nie umiem sobie wyobrazić – chyba że jako złożoność jej obrazu lub odbicia, które ona w nas odciska. W tym sensie interpretacja i sam opis Wieży muszą się mierzyć z coraz to nowszymi problemami, a Mędrcy muszą ciągle zaczynać od nowa.

W Wieży jest wszystko: tysiąc warzywnych i wiszących ogrodów dostarcza nam jedzenia i odpoczynku, wielkie cysterny użyczają nam wody ciemnej i spokojnej. Mimo to czujemy się głęboko niespokojni, jakbyśmy byli więźniami w nazbyt obszernym więzieniu. Błądzimy po omacku po tym cyklopowym gmachu pełnym pytań, w poszukiwaniu przypuszczalnych i wymijających prawd, które potrafiłyby nadać sens naszym niepokojom. Kilkaset łokci pode mną, na przeciwległym murze, widzę innego Strażnika – ten sam płócienny płaszcz, te same buty, ten sam łuk na ramieniu. Idzie czujnie po wąskim gzymsie, aż znika za przyporą pokrytą czarnym bluszczem.