Zrównoważony rozwój

3 [42] 2013

14 | 11 | 2014

Sokrates i słomiany zapał

Rzecz o ekologii i wątpliwym etosie technologicznego determinizmu

Akt 1: O ekorozwoju i nadmiarze słów

ŻELBECKI: Hola, hola! Jeśli w samej nazwie jest słowo „rozwój”, to chodzi chyba przede wszystkim o rozwijanie się, a nie cofanie do gliny i słomy. Ja lubię technologię i chciałbym widzieć zrównoważony rozwój jako nowy impuls, by ekologia mogła iść ramię w ramię z rozwojem technologicznym. Chyba musi to być możliwe.

CHOCHOŁ: W tym sęk… Sam zwrot „zrównoważony rozwój” czy równie nieszczęśliwe angielskie sustainability (podtrzymywanie, utrzymywanie itp.) to najsłabszy punkt całej tej definicji. Wolałem już pierwotne polskie tłumaczenie –„ekorozwój” – które było powszechne jeszcze w latach 90. Miało w sobie choć coś z ekologii. Od momentu, gdy zamieniono to pojęcie na „zrównoważony rozwój”, zaczęło się żonglowanie frazesami. Angielskie sustainability było jeszcze bardziej dwuznaczne od początku. Znawcy tematu, jak Layard i Davoudi, twierdzą, że można rozróżnić „mocny” zrównoważony rozwój, mówiący o potrzebie ograniczania i etyce, oraz „słaby”, któremu wystarczy kilka zmian w obrębie istniejącego systemu2. Według mnie różnica leży pomiędzy zrozumieniem sensu „sprawiedliwości” a naginaniem tej definicji. Ile razy widziałem firmy, które swoje sprawozdania ochoczo ozdabiały tym terminem, twierdząc na przykład, że w trosce o sustainability (utrzymanie) biznesu ich firma musi podnajmować malezyjskie firmy nieograniczone standardami pracy i ekologii. A co ty na to, Sokratesie? Czemu milczysz? Co myślisz o naszej dzisiejszej lekturze?

SOKRATES: Przede wszystkim, przyjaciele, sporo w tym tekście tekstu. Zresztą jak w większości pism o ekologii – wiele jest tu liter. Przez ostatnie ćwierćwiecze przedruki utknęły w przedrukach jeszcze większej liczbie liter i pism, i coś ważnego zatraciło się w tym pisaniu.

ŻELBECKI: Sokratesie, proszę cię, tylko nie mów, że jesteś przeciw pismu jako takiemu! Tak wsteczny chyba już nie możesz być. Nie da się racjonalnie podważać słowa pisanego.

SOKRATES: Można!

ŻELBECKI: To już nie tyko negacja technologii, to podważanie cywilizacji.

SOKRATES: No cóż, opowiem ci historię, którą kiedyś opowiadałem moim uczniom, a którą spisał mój uczeń Platon w książeczce Fajdros. Dla mnie ta opowieść traktuje nie tylko o piśmie, ale i o wielu nowych wynalazkach, o technologii i ekologii także… A zatem: Koło Naukratis w Egipcie mieszkał bóg Teut. „On miał pierwszy wynaleźć liczby i rachunki, geometrię i astronomię, dalej warcaby i grę w kości, a oprócz tego właśnie litery. Królem całego Egiptu był podówczas Tamuz […]. Do niego tedy przyszedł Teut, nauczył go swoich sztuk i kazał mu je rozpowszechnić między innymi Egipcjanami. A ten pytał, jaki każda z nich przynosiłaby pożytek, a potem, w miarę jak mu się słowa Teuta wydawały słuszne lub niesłuszne, jedno ganił, a drugie chwalił. […] Otóż, kiedy doszli do liter i pisma, powiedział Teut do Tamuza: Królu, ta nauka uczyni Egipcjan mądrzejszymi i sprawniejszymi w pamiętaniu. Wynalazek ten jest lekarstwem na pamięć i mądrość. A ten mu na to: Teucie, mistrzu najdoskonalszy; jeden potrafi płodzić to, co do sztuki należy, a drugi potrafi ocenić, na co się to może przydać i w czym zaszkodzić tym, którzy się zechcą daną sztuką posługiwać. Tak też i teraz: Ty jesteś ojcem liter; zatem przez dobre serce dla nich przypisałeś im wartość wprost przeciwną tej, którą one posiadają naprawdę. Ten wynalazek niepamięć w duszach ludzkich posieje, bo człowiek, który się tego wyuczy, przestanie ćwiczyć pamięć; zaufa pismu i będzie sobie przypominał wszystko z zewnątrz, ze znaków obcych jego istocie, a nie z własnego wnętrza, z siebie samego. Więc to nie jest lekarstwo na pamięć, tylko środek na przypominanie sobie. Co gorsza, uczniom swoim dasz tylko pozór mądrości, a nie mądrość prawdziwą. Posiądą bowiem wielkie oczytanie bez nauki i będzie się im zdawało, że wiele umieją, a po większej części nie będą umieli nic i tylko obcować z nimi będzie trudno; staną się zarozumiali i pyszni – będą siebie nazywać mędrcami, podczas gdy staną się tylko mędrkami obnoszącymi się pozorną wiedzą”3.

ŻELBECKI: Czy chcesz powiedzieć, że jestem mędrkiem, dlatego że lubię technologię i wolę wymierne jasne stwierdzenia, a nie niejasne spekulacje o sprawiedliwości, ekologii, którą każdy definiuje po swojemu? Na co się może zdać taka niejasna mgła słowna?

CHOCHOŁ: Ależ jak to nie wiadomo czym jest? Pojęcie ekologii ukuł w 1866 roku Ernst Haeckel w Generelle Morphologie der Organismen, określając ją jako naukę o relacjach organizmu z otoczeniem… A jeśli o relacjach mówimy – ciągnął dalej Chochoł – to dzisiaj, tłumacząc na język architektury, mówilibyśmy o kontekście, o kontaktach, o stosunku do innych ludzi, do świata natury… o relacjach: czyli o problemach, które w życiu ludzie nazywają miłością. Nie bójmy się przez chwilę tego słowa – miłość – bo ma ono z ekologią wiele wspólnego… Może nawet wszystko!


[2.] Chochoł mówi tu o rozróżnieniu pomiędzy „słabym” i „silnym” zrównoważonym rozwojem, które jest dyskutowane np. w: A. Layard, D. Simin, Sustainable Development and Planning: An Overview [w:] Planning for Sustainable Future, eds A. Layard, D. Simin, B. Susan, London: Spoon Press, 2001.
[3.] Te i dalsze wątki dyskusji Sokratesa z Fajdrosem można przeczytać w: Platon, Fajdros, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN, 1993.