Fot. Darmon Richter/The Bohemian Blog. Copyright © Darmon Richter.

Konserwacja /rekonstrukcja

2 [53] 2016

27 | 01 | 2017

Renowacja czy rekonstrukcja

Odbudowa berlińskiego Zamku Miejskiego (Berliner Stadtschloss), który pierwotnie stał w miejscu wyburzonego w latach 2006–2008 modernistycznego Pałacu Republiki – parlamentu NRD Kiedy w środkowoeuropejskim mieście planuje się odbudowę zniszczonego, zburzonego czy tylko domniemanego historycznego budynku, często przedstawia się to w kategoriach niwelowania negatywnych efektów „komunizmu”. Wszyscy wiemy, co „komunizm” uczynił miastom – zdegradował ten czy inny „Paryż Wschodu”, zamieniając go w nieszczęsny, ponury krajobraz z betonowej płyty i zapuszczone, niczyje przestrzenie. To oni do tego doprowadzili, ci komuniści, wyznawcy bezlitosnej modernizacji (chociaż, nie zapominajmy, zostawili kraj zacofany, zapóźniony w rozwoju i wymagający dalszej „modernizacji”); nienawidzący kultury narodowej wykorzenieni kosmopolici, dążący do zatarcia wszelkich różnic kulturowych, zamieniający wszystko w srogi, monotonny, spłaszczony ruski step. Czy mówimy o Pałacu Saskim w Warszawie, Macedońskim Teatrze Narodowym w Skopje, Domu Bractwa Czarnogłowych w Rydze, Kościele Marii Panny w Dreźnie, czy o Zamku w Berlinie – ich rekonstrukcje mają przywrócić historyczność, narodowość i dostojność miastom, które zostały owych cech pozbawione; mały krok w stronę ponownego stawania się Paryżem Wschodu.

Powyższy akapit jest celowo karykaturalny, ale nie do końca. Bardziej zdystansowane spojrzenie odkrywa sekret od dawna dobrze znany organizatorom międzynarodowych wieczorów kawalerskich. Pomimo – czy właśnie dlatego – że Europa Środkowo‑Wschodnia bardziej ucierpiała z powodu zniszczeń II wojny światowej niż Europa Zachodnia, jak również pomimo – albo dlatego – że krajami Europy Środkowo‑Wschodniej po 1945 roku rządziły władze deklaratywnie komunistyczne, stare miasta czy zabytkowe centra w tej części kontynentu pozostały dużo bliższe „ideałowi” naturalnego, niezepsutego, tradycyjnego historycznego miasta niż większość miast na Zachodzie. Zachodni turysta jadący z lotniska do centrum Budapesztu, Pragi, Petersburga, Wilna, Rygi, Tallina, Krakowa, Lublany albo Zagrzebia, z okna taksówki bądź autobusu widzi ten sam, typowy widok: za lasem betonowych bloków pojawia się piękne, średniowieczne, barokowe czy habsburskie „stare miasto”. To stare miasto „sprzed” komunizmu, podczas gdy przedmieścia z wielkiej płyty są komunizmem. A jednak pod wieloma względami oba stanowią produkty jednego i tego samego reżimu. Łatwo to zauważyć szczególnie w tych miejscach, które zostały zrekonstruowane po wielkich zniszczeniach, pieczołowicie i wielkimi nakładami – jak Stare i Nowe Miasto w Warszawie, gdańska starówka, stara Buda, centrum Rygi, znaczna część Petersburga i Drezna. Można zaryzykować twierdzenie, że mniejszy popyt na grunty – brak spekulacji nieruchomościami, brak własności prywatnej – a także kultura (przynajmniej według oficjalnej ideologii) podporządkowana planowaniu, oznaczały, że boom ekonomiczny, który na Zachodzie trwał do końca lat 70. w mniejszym stopniu wpłynął na miasta Europy Środkowo‑Wschodniej. Nadrabiały za to przedmieścia.

Rezultat bywał czasem wręcz komiczny. Jak pisze węgierski socjolog Iván Szelényi w książce Urban Inequalities Under State Socialism1 (Miejskie nierówności w krajach socjalistycznych), wytworzyła się dziwna struktura miejska, w ramach której istniało „oficjalne” centrum miasta i równie „oficjalne” dziewicze przedmieścia zabudowane nowymi osiedlami mieszkalnymi. Oba te obszary były dobrze utrzymane, lecz „wewnętrzne przedmieścia” miast (czy raczej podupadłe części śródmieścia) w krajach socjalistycznych były raczej zaniedbane – XIX‑wiecznych kamienic mieszkalnych nie odnawiano ani nie konserwowano właściwie; jednocześnie przetrwał szczątkowy rynek wynajmu mieszkań, który częściowo wypełniał lukę pozostawioną przez system państwowego planowania. W rezultacie w niektórych miastach po zmianach systemowych lat 90. odnowiona zabudowa sprawiała wizualnie spójne wrażenie – nie licząc przedmieść. Tak było na przykład w Pradze czy w Budapeszcie – można by to nazwać przykładem „przypadkowej ochrony”. W miastach mniej popularnych turystycznie, takich jak Łódź czy Kiszyniów, rezultat był całkiem inny: stosunkowo zamożne, lecz miniaturowe centrum, wokół niego kilometry zrujnowanych XIX‑wiecznych kwartałów i wreszcie, na obrzeżach – czasem odnowione, a czasem nie – wielkie modernistyczne projekty mieszkaniowe lat 70. Ten model nieco odróżnia od normy fakt, że mamy tu do czynienia z renowacją „prawdziwej” substancji architektonicznej. W większości przypadków nie jest to takie oczywiste. Jeśli przyjąć bowiem rygorystyczną perspektywę licznych środowisk związanych z ochroną zabytków, wiele postkomunistycznych centrów miast to nie wynik renowacji (ochrony zabytków), ale czegoś zgoła innego: rekonstrukcji.

Na Zachodzie bardzo trudno znaleźć analogie do tego, co stało się w Warszawie, Gdańsku, Dreźnie, Petersburgu, Budzie. Do zilustrowania tej tezy posłuży nam zaledwie kilka przykładów miast, które zostały zbombardowane. Rotterdam, pierwsze duże miasto, którego centrum zostało niemal całkowicie zniszczone podczas wojny, po 1945 roku zachowało zaledwie cząstkę zabytków – w centrum można je policzyć na palcach jednej ręki. Odbudowę miasta zorganizowano wokół całkowicie nowych, przestronnych i ściśle modernistycznych przestrzeni takich jak Lijnbaan, causa celebre swojej epoki, skonstruowana na bazie prostoliniowych bloków z betonowych płyt i ulic zamkniętych dla ruchu kołowego. W Hawrze, w Normandii, mieście, które w 1944 roku zostało w największym stopniu zniszczone przez aliantów na zachód od Niemiec, podczas odbudowy pod kierownictwem Auguste’a Perreta ocalono katedrę, lecz konstrukcję pozostałej części miasta oparto na stałym betonowym module, co dało efekt uderzającej regularności i homogeniczności. W rekonstrukcji Coventry znajdziemy więcej patosu: ruiny katedry w Coventry zachowano w postaci pomnika, nowe miasto zaś zogniskowano wokół dawnych historycznych wież miasta (choć bez odniesienia do przedwojennego układu ulic); uratowano średniowieczną enklawę przy Spon Street, ale prócz tego jednego wyjątku odbudowę miasta podporządkowano zasadzie nowoczesności. Podobnie odbudowa Kolonii była częściowa – jak w wiernym historycznie faksymile zrekonstruowano romańskie kościoły, z których miasto niegdyś słynęło; jednak osadzono je w całkiem nowej strukturze wielopoziomowych modernistycznych kompleksów mieszkalno‑rozrywkowych. W żadnym z wymienionych przypadków podczas odtwarzania zniszczonego miasta nie nadano priorytetu historycznemu układowi ulic, nie mówiąc już o historycznej panoramie czy sylwetce miasta. Dlaczego?

Można to tłumaczyć dominacją modernizmu, ale jest też inna możliwa interpretacja: dominacja ochrony zabytków. Jeśli spojrzeć na wymienione miasta zachodnie, widać wyraźnie, jak bardzo koncepcje oraz praktyki modernizacji i renowacji były z sobą powiązane. Obie w jakiś sposób wywodzą się z XIX‑wiecznego ruchu Arts and Crafts w Wielkiej Brytanii, zwłaszcza z idei Johna Ruskina i Williama Morrisa. Pierwszy był apokaliptycznym chrześcijańskim socjalistą, drugi zadeklarowanym marksistą, obu zaś łączył sentyment do średniowiecza oraz nienawiść do XIX‑wiecznego kapitalizmu i eklektycznej architektury, jaką tenże wytworzył. Dla Ruskina i Morrisa jedną z najważniejszych cech architektury była jej autentyczność, zwłaszcza autentyczność wykonania. Z tego powodu sprzeciwiali się typowej wówczas metodzie renowacji średniowiecznych kościołów, w której preferowano „dopełnianie” odnawianych budynków: „łatanie” i wypełnianie ubytków bądź elementów niedokończonych, zniszczonych albo zamienionych w ruinę. Z wielu powodów metoda ta była niemoralna. Po pierwsze, dlatego że stanowiła ona fałszowanie historii – po tego rodzaju renowacji nie dało się prawidłowo datować budynku, wykreowany wizerunek przeszłości przesłaniał zaś rzeczywiste pozostałości tejże; a po drugie, dlatego że wykonawstwo średniowiecznego kamieniarza (który, jak wskazywali przywoływani tu autorzy, wyrażał się w swojej pracy dużo silniej niż współczesny budowniczy) zastąpiło nowoczesne wykonanie, dużo bardziej zmechanizowane i uregulowane. Jeszcze większym grzechem było tworzenie od nowa całych budynków, które jakoby miały być „realnymi” wcieleniami czegoś, co uprzednio zostało zniszczone. Członkowie Society for the Protection of Ancient Buildings, powstałego pod wpływem idei Morrisa, twierdzili, że lepsza prawdziwa ruina niż „kompletny”, lecz sfingowany budynek.

Dziwne może się wydać łączenie powyższych idei z modernizmem – przecież zarówno Ruskin, jak i Morris opowiadali się za architekturą historyzującą: Ruskin preferował gotyk wenecki, Morris zaś bardziej swobodny, mniej naśladowczy, lecz wciąż wysoce sformalizowany, styl dekoracyjny. Ruch Nowoczesny, który pojawił się po I wojnie światowej i jego poszczególne wątki – Neues Bauen w Niemczech, konstruktywizm w ZSSR i Czechosłowacji, De Stijl w Holandii, puryzm we Francji, które w końcu złączyły się w nazwany z amerykańska styl międzynarodowy – ze względów praktycznych i ideologicznych preferowały rodzaj produkcji mechanicznej i mechanizację pracy; tym różniły się one od praktyk odrzucanych przez Morrisa czy Ruskina, że tym razem mechanizacja miała być uczciwie uwidoczniona. Zasada ta była często lekceważona – wiele struktur wznoszonych w latach 20. zbudowano z cegły bądź gipsu, które miały udawać beton, co jednak zgadzało się z ówczesnym sposobem myślenia. Kiedy po 1932 roku architektura konstruktywistyczna została praktycznie zakazana w ZSRR, konkurs na Pałac Rad wygrał neoklasycystyczny wieżowiec i pojawiła się mało precyzyjnie zdefiniowana architektura „socrealistyczna”, jedną z pierwszych ofiar tych zmian stała się koncepcja „prawdy materiału” – czy też jakiejkolwiek prawdy. Można porównać to także do tak widocznej cechy stalinizmu, jaką było niefrasobliwe traktowanie prawdy historycznej i dokumentacji historycznej – przypomnijmy nie‑ludzi wyretuszowanych z fotografii, opisanych wiele lat później w książce Davida Kinga The Commissar Vanishes (Komisarz znika)2. Jeżeli prawda była mniej istotna niż aktualna tendencja w sferze historii i polityki, to dlaczego miałaby być ważna w architekturze?

Żeby nieco lepiej zrozumieć różne metody, warto porównać pomysł Le Corbusiera na transformację Moskwy w „zielone miasto”, do zaprezentowania którego architekt został zaproszony w 1930 roku, z wynikami Ogólnego Planu Przebudowy Moskwy z roku 1935. Le Corbusier twierdził, że Moskwa nie sprawdza się jako miasto – jest zbyt zatłoczona, zbyt chaotyczna, niemożliwa do zaplanowania. Rekomendował całkowite zburzenie znakomitej części miasta oraz przerobienie centrum wokół Kremla i dzielnicy Kitaj‑gorod na park architektoniczny, który można by odwiedzać i podziwiać wspaniałe budowle przeszłości bez konieczności znoszenia niewygód zamieszkiwania w nich. Miasto otaczające ów park nie miałoby żadnego widocznego związku z nim. Choć planu Le Corbusiera nie brano na poważnie pod uwagę, to rozważano inne, nieco mniej ekstremalne. Równocześnie Ogólny Plan Przebudowy Moskwy z roku 1935 to dość konwencjonalny XIX‑wieczny plan miejski w stylu Beaux‑Arts, oparty na osiowej, autorytarnej strukturze zachowującej układ koncentryczny odziedziczony jeszcze z czasów średniowiecznych. Poszerzono ulice, lecz zachowano niektóre spośród historycznych budynków, potraktowano je jednak dość nonszalancko – stary Ratusz moskiewski w formie doryckiego palazzo podniesiono w górę, wstawiając u podstawy dodatkowe piętra „dopasowane” stylistycznie do oryginału, choć psujące skalę budynku. I chociaż zabudowa, która w ten sposób powstała, trzymała się pewnej odmiany stylu neoklasycystycznego czy neobizantyjskiego, to jednak w Planie przewidziano także zburzenie wielu zabytkowych kościołów i klasztorów, co już pozostawało w rażącej sprzeczności z doktryną historycznej rekonstrukcji. Powojenna wersja Planu była jeszcze bardziej radykalna: tym razem przewidziano, że koncentryczne centrum będzie otoczone siedmioma (wcześniej ośmioma) wieżowcami, których szczyty miały być uformowane na wzór wieżyczek i iglic Kremla, tak by utrzymać historyczną „sylwetkę” Moskwy – choć przecież w nowej, mamuciej skali. Wieże te stanowią jeden z nielicznych elementów sowieckiej architektury, który przypisuje się bezpośredniej interwencji samego Stalina.


[1.] I. Szelényi, Urban Inequalities Under State Socialism, Oxford: Oxford University Press, 1983.
[2.] D. King, The Commissar Vanishes: The Falsification of Photographs and Art in Stalin’s Russia, Canongate Books Ltd., 1997