Organiczność

4 [55] 2016

15 | 04 | 2017

Przejście z nieżycia do życia (II)

z Ewą Klekot – antropolożką sztuki, tłumaczką, etnolożką zajmującą się interdyscyplinarnym podejściem do badania znaczeń materialnej rzeczywistości rozmawia Dorota Leśniak-Rychlak


DLR: Myślę, że to jest głębokie doświadczenie historii architektury i tradycji, że u niego jest też ważne myślenie w kategoriach estetycznych i kategoriach piękna.

EK: Sama mówisz o architekturze, myśląc tak naprawdę wyłącznie o architekturze zachodniej. Nie potrafimy, nawet się specjalnie nie staramy, wyjść poza swój własny bagaż etnocentryzmu. I jeżeli krytykujemy nowoczesną, modernistyczną architekturę czy jakąkolwiek inną jako bezduszną, to i tak robimy to z perspektywy modernistycznej, czyli z perspektywy „nowocześniaka”, który jest nostalgiczny. Pojawia się taka imperialistyczna nostalgia. Zniszczyliśmy Ziemię i teraz jest nam przykro – to my, ludzie nowocześni, zachodni, zniszczyliśmy ją w trakcie podboju, a teraz żałujemy i zamykamy w rezerwatach ostatnich Indian, ostatnie szympansy, ostatnie sagowce… I to one są dla nas „naturą”, a nie organiczni tubylcy wielkich miast…

Pallasmaa wierzy w ducha i uważa, że pozbawiona go materia jest w związku z tym zła, materia jako materia; a duch, jak się pojawi, to materia staje się lepsza. Nadal jesteśmy w dualizmie ducha i materii.

DLR: Tego nie jestem pewna. U Pallasmy takie podejście, owszem, prześwituje, natomiast we wstępie do eseju pisze krytycznie o tym, że zaczynamy opowiadać o naszych schronieniach od piramid egipskich, a przecież nasi przodkowie je konstruowali czy drążyli korytarze w jaskiniach, rozkładali namioty i lepili z gliny. Nie jest tak, że tego dystansu u niego nie ma. Natomiast masz rację, że punkt, w którym się pojawia ewaluacja architektury, to jest prawdopodobnie ten moment, kiedy górę biorą abstrakty. A co by się działo z ludźmi, gdyby górę brała nad nimi materia?

EK: Tego do końca nie wiemy, bo nie bierze. To znaczy materia, która nie stanowiłaby dychotomicznego pojęcia w stosunku do ducha. Już twoje pytanie zakłada istnienie drugiego członu pary. Są porządki mniej dychotomiczne niż nowoczesność…

DLR: Spróbujmy pospekulować. Myślę, że być może warto się zastanowić nad tym w kontekście kategorii wzrastania.

EK: Tak, to jest dokładnie związane i z liniami, i z pracą rolnika, i z funkcjonowaniem ludzi razem w grupie, bo Ingold te rzeczy łączy w swoich tekstach. Po przeciwnych stronach umieszcza zestaw i modułowość, klocki, powierzchnie, które się łączą z sobą, zestawia z liniami. Mówi też o bulwach i liniach. Niektóre jednostki w społeczeństwie się agregują, albo istnieją w taki sposób, że się sklejają, a ta różnica prawie zanika, albo jest jeszcze kolejny etap, kiedy one się wymieniają substancją. Linie to jest taki rodzaj istnienia razem, w którym ludzie nie mogą się zagregować, nie mogą się skleić tak naprawdę. W liniach jest ruch. To jest też coś, co Ingold bardzo podkreśla – dla niego wszystko, co istnieje, jest ruchem, zmianą i ruchem.

Jane Bennett też mówi, że materia jest ruchem. Pisze, że życie jest w materii, jest sekwencją materii. Ponieważ wszystko jest ruchem, te linie się przeplatają i w ten sposób wymieniają się substancją między sobą. Jedynym sposobem ich współistnienia jest tworzenie węzłów. Linie mają pamięć tego układu.

Jeśli będziemy rozumieli ludzi jako linie, to zaczniemy zupełnie inaczej myśleć o społeczeństwie, niż gdy rozumiemy ludzi jako bulwy, które mogą się agregować, sklejać i ewentualnie się współprzenikać. Ingold pisząc o rzeczywistości społecznej jako o świecie węzłów, a nie o świecie ze­stawianych modułów, wnosi bardzo istotne treści do naszego rozumienia tego, o czym jest świat i o czym jest człowiek. Ponieważ linia jest ruchem, te linie się przeplatają, potem się rozplatają, można się dowiązać, odwiązać, rozsupłać, ale równocześnie zawsze zostaje pamięć. Czyli jesteśmy naznaczeni każdym związkiem z innym człowiekiem, w ogóle z rzeczywistością, w którą weszliśmy i z której wyszliśmy. Dalej to rozwijając, mówi, że w związku z tym człowiek w świecie, jeżeli świat nie jest powierzchnią, tylko jesteśmy w środku świata, to człowiek­linia wśród innych linii. Natomiast człowiek na świecie to człowiek klockowy i bulwiasty. W związku z tym twory człowieka też można interpretować na jeden albo na drugi sposób, w zależności od tego, jak się widzi swoje własne miejsce: kiedy widzi się je wewnątrz jako linię, która się wikła w relacje ze światem, to to, co się wytwarza, też jest konsekwencją wikłania się w świat i rozwikływania z jednych związków a wikłania się w inne. Jeżeli się widzi siebie jako mieszkańca powierzchni, to stawia się na powierzchni te klocki i skleja je w struktury, które też mogą być bardzo trwałe, ale to struktury, które są ustawione na powierzchni. Dalej mówi, że w związku z tym różne sposoby pracy z materią są bardziej lub mniej liniowe, ale nie linearne, tylko są tym plątaniem linii. I używa bardzo ważnego dla antropologów punktu odniesienia, czyli schematów struktur pokrewieństwa. I mówi, że jak rysujemy struktury pokrewieństwa, to człowiek jest kropką, a kreski to są filiacje. A przecież ludzie, którzy są z sobą spokrewnieni, się plączą z sobą, zbliżają i oddalają. Potem Ingold proponuje: spójrzmy na struktury pokrewieństwa tak jakby ludzie byli liniami.