Organiczność

4 [55] 2016

15 | 04 | 2017

Przejście z nieżycia do życia (I)

DLR: Jaką definicję organiczności współcześnie przyjmuje antropologia? Czy to jest w tym momencie ważne pojęcie?

EK: Nie wiem do końca. Na pewno w antropologii są dość przyjaźnie odbierane pomysły Bruno Latoura na temat hybrydyczności. Antropologia lubi robić użytek z Bruno Latoura, bo on wykazuje fałsz, gdy mówimy o rzeczywistości, dzieląc ją na dwa czyste światy natury i kultury, zakładając, że natura jest starsza od kultury i że mamy jakieś naturalne skłonności. Bruno Latour mówi nam, że tak naprawdę jesteśmy hybrydyczni. I to nie tylko na poziomie natury i kultury, ale też technologii. Twory czyste są nam potrzebne do myślenia platońskiego i myślenia interpretacyjnego, a jeżeli próbujemy opisać to, jak jest, okazuje się, że te twory się mieszają.

Wrócimy do tego serpentynitu, w którym jest substancja żywa: obudowa jest nieorganiczna, a to, co siedzi w tym porze, jest organiczne. Jak to nazwać? Czy to jest już żywe czy nieżywe? Bo zachodzą w tym czymś takie procesy jak w żywej komórce, co do której nie mamy już wątpliwości, że jest żywa. Te granice są pewnie niemożliwe do wyznaczenia.

Wracając do pytania o antropologię: to są nasze klasyfikacje i można by świat poklasyfikować zupełnie inaczej. Antropolodzy, badając różne sposoby myślenia i konstruowania świata, trafiają na takie sposoby rozumienia rzeczywistości, które nie są łatwo przekładalne na nasz sposób myślenia. Nie obowiązuje zasada, że łączy nas natura i atomy, a dzieli nas kultura; choć nasze własne podstawowe założenie właśnie takie jest: łączy nas materialność, a dzielą nas rzeczy niematerialne.

DLR: Tak samo jak język. Poruszyłaś już wątek technologiczny. Co wobec tego z wytworami człowieka? W tekście publikowanym w tym numerze Marcello Barison postuluje zniesienie podziału między zwierzęciem a maszyną. Do jakiego stopnia to, co człowiek wytwarza, łącznie z architekturą, jest jego środowiskiem, biotopem, myśląc tu o analogii z organizmami zwierzęcymi? Publikujemy w tym numerze tekst Juhaniego Pallasmy o architekturze zwierząt, w którym, dość prowokacyjnie, autor stwierdza, że „im wyższy gatunek w naszych kategoriach, tym gorszą tworzy architekturę”. Na przykład formy tworzone przez ptaki i skorupiaki są dużo bardziej wyrafinowane, zdaniem Pallasmy, niż to, co kreują choćby małpy. Z czysto zewnętrznej obserwacji architektura tzw. ludów pierwotnych jest analogiczna  do tworów zwierzęcych, kopców, gniazd. Tim Ingold też kiedyś pisał o tym, że to od XIX-wiecznych dziecięcych klocków zaczęło się postrzeganie architektury jako klocków, a wcześniej był Semper, który mówił o tkaniu, i to tkanie na przykład jest już bardzo niedaleko tworzenia gniazd przez ptaki. Co o tym sądzisz? Jakbyś ujmowała, wchodząc w realność teraźniejszą, tę twórczość ludzką w kontekście organiczności?

EK: Ingold mówi o tym, że człowiek robi rzeczy strukturalnie podobne do natury wtedy, kiedy plecie, gdy składa z sobą linie, a nie wtedy, kiedy składa z sobą klocki czy powierzchnie. Organiczność jest przez Ingolda definiowana w ten sposób.

DLR: A zerwanie ciągłości nastąpiło wraz z nowoczesnością? Ingold odnosi się do argumentu Rybczyńskiego o klockach w XIX-wiecznych domach i płaskich podłogach, na których one mogły być układane, ale to nie jest mocny argument naukowy. Co się wytworzyło i na jakim etapie?

EK: Ingold twierdzi, że cała ciesiołka budowlana jest wiązaniem, a nie ustawianiem klocków.

DLR: A cała kamieniarka? Cegła rzymska czy cegła gotycka zdecydowanie wyprzedzają XIX-wieczne klocki i to jednak było układanie.

EK: Do tego Ingold odnosi się w innym tekście, w którym przywołuje publikacje na temat różnicy między średniowiecznym architektem a architektem nowoczesnym związanej z projektowaniem i procesem projektowania – kwestią rysowania projektu jako pewnej wizji z głowy, disegno w XVI wieku. A architekt średniowieczny? Za mało wiemy, być może są historycy, którzy będą w stanie powiedzieć, że znamy jakieś rysunki, które wskazują, że budowniczowie gotyckich katedr jednak projektowali na rysunku i potem realizowali ten plan. Na razie jednak jesteśmy skłonni sądzić, że oni byli bardziej budowniczymi niż architektami, czyli tworzyli od razu z materii. Mamy tu więc do czynienia z organicznością rozumianą po Ingoldowsku. Budowle gotyckie nie były zestawiane z klocków, budowane jak ze­-staw. Klocki to jest Heideggerowski ze-­staw, czyli moduły. Przy gotyckiej katedrze cegła nie do końca jest modułowa, ma bardzo różne fasony, są różne rodzaje cegieł, a żebra, można w sumie powiedzieć, się plotą.

Wysłuchałam kiedyś  referatu niemieckiego specjalisty od konserwacji, który mówił o tym, jak zrekonstruowano jakieś późnogotyckie sklepienie – i właśnie zrekonstruowano je eksperymentalnie. Dopóki go nie wzniesiono, to nie do końca było wiadomo, jakie ono było. Było znane z jakichś rysunków wczesnonowożytnych, i zdecydowano się je zrekonstruować – chyba chodziło o odtworzenie brzmienia w tej przestrzeni. Konserwatorzy pracowali, opierając się na swojej znajomości materiału i tego, jak cegła będzie pracować w trakcie wznoszenia żeber. Układ żeber i proporcje odstępów między żebrami i gurtami rekonstruowali nie w ten sposób, że najpierw przestudiowali rysunki i zrobili rozrys, plan, wyliczyli sobie, ile tam powinno być – ale konstruowali sklepienie na bieżąco. Można zaryzykować stwierdzenie, że przed zbudowaniem katedry, jej narysowanie było niemożliwe. Natomiast w wypadku architektury nowoczesnej, to jest podstawowe założenie, że ma się narysowany projekt.