Przemysłowe poprzemysłowe

1 [40] 2013

03 | 08 | 2015

Portretowanie architektury

Między fotograficzną konwencją i wizualnym eksperymentem

Na początek porównajmy dwa przedstawienia. Obie fotografie są czarno-białe i na obu widzimy charakterystyczny dla epoki nowoczesności kształt metalowej konstrukcji hali. Nasz wzrok, prowadzony zbieżną perspektywą, biegnie w głąb obrazów. Na pierwszym patrzymy na wskroś hali i podążamy zgodnie z linią torów ku horyzontowi w oddali; na drugim oko zatrzymuje się na tylnej ścianie hali i porzuconych przed nią obiektach. Brak tu dachu, pozostaje tylko metalowa konstrukcja. Na żadnym ze zdjęć nie widzimy postaci ludzkich. Fotografie wydają się podobne, chociaż można spostrzec, że wykonano je w różnym czasie, odmiennymi technikami fotograficznymi. W istocie, mimo wizualnego podobieństwa przedstawienia, dzieli je nie tylko sto pięćdziesiąt lat rozwoju wynalazku, lecz także przesłanie. Autor pierwszej, Édouard Baldus, fotografował obiekty, które mogły stanowić ilustrację nowoczesnej fascynacji geometrycznym porządkiem. Jego fotografie pokazują triumf cywilizacji i nowej epoki. Autor drugiej, Ireneusz Zjeżdżałka, pokazywał już tylko pozostałości epoki, która nieodwracalnie odeszła w przeszłość. Zamiast triumfu widzimy ruinę. Te dwa przedstawienia tworzą wyrazistą ramę, w której można ukazać przemiany fotograficznego obrazowania architektury przemysłowej – od nadziei do upadku, od postępu do melancholii, od niewinności modernizmu do jego dekonstrukcji. Jak to zatem jest z fotografią architektury? Dlaczego tak podobne wizualnie obrazy mogą mieć tak różne znaczenia? Aby odpowiedzieć na te pytania, przyjrzę się bliżej relacjom architektury, fotografii i nowoczesności.

Zapewne każda osoba, której zdarzyło się fotografować ulice i budynki – czy to będąc turyst(k)ą, czy też dokumentując własny dom – doświadczyła co najmniej dwóch trudności: z oddaniem na zdjęciu trójwymiarowości oraz z uchwyceniem skali budynku. Stopień skomplikowania wzrasta, gdy mamy do czynienia z całymi kompleksami budowli. Próbując w przestrzeni miejskiej objąć obiekt umieszczony między innymi budynkami, niemal zawsze mamy wrażenie, że jesteśmy zbyt blisko, bądź – fotografując budowlę na tle horyzontu – zbyt daleko. Do tego dołączają kłopoty z perspektywą, wyginającą proste linie w najróżniejsze strony, oraz z cieniami, nieubłaganie spłaszczającymi fasady. Opanowanie architektury w kadrze wymaga więc cierpliwości, pracy i umiejętności. Może więc fotografia i architektura są swoimi przeciwieństwami? Pierwsza – płaska i „wycięta” z kontekstu; druga – przestrzenna i oglądana zawsze w otoczeniu innych budynków, drzew i przechodniów. A przecież nic tak nie przyciąga naszych obiektywów, jak powierzchnie murów, linie dachów, prześwity między budynkami czy szczeliny okien i drzwi.