Fot. DILIFF / Wikimedia Commons CC A-S A 3.0

Planowanie

1 [56] 2017

15 | 04 | 2017

Planowanie po planowaniu w Londynie (I)

Jedno wiemy na pewno o urbanistyce brytyjskiej, od lat 60.: charakteryzuje ją stopniowe umniejszanie roli „planowania przestrzennego”. W najlepszym wypadku koncepcję planowania zwykło się uważać za „socjalistyczną” bądź „elitarną”; w najgorszym – za wręcz „totalitarną”. Na początku lat 80. znacznie ograniczono uprawnienia i zakresy kompetencji miejskich i państwowych planistów. Dotychczasowe wewnętrzne wydziały planowania przestrzennego w urzędach miast i gmin – nierzadko dysponujące zespołami utalentowanych architektów, zatrudnionych na etatach – albo zostały rozwiązane, albo pozbawione sprawczości, a ich rola sprowadzona do kompetencji doradczych wobec działań deweloperów nieruchomości. A przecież kiedyś same były motorem rozwoju i zmiany. Reformy administracyjne w latach 80. tylko pogłębiły tendencję. W 1986 roku w Wielkiej Brytanii zlikwidowano wszystkie – stworzone w latach 70. – władze lokalne obszarów metropolitalnych: Greater Manchester, Merseyside (obszar Liverpoolu), West Midlands (obszar Birmingham), West Yorkshire (wokół Leeds i Bradford), South Yorkshire (właściwie „obszar metropolitalny Sheffield”) oraz Strathclyde („obszar metropolitalny Glasgow”). Zlikwidowano również Greater London Council, Radę Wielkiego Londynu, która w takiej czy innej formie istniała od czasów wiktoriańskich, w rezultacie pozostawiając największą metropolię zachodniej Europy bez organu zarządzającego. Konkurujące z sobą nawzajem jednostki niższego rzędu (gminy – ang. boroughs) nerwowo i na oślep starały się zarządzać lokalnymi sprawami, a zarządzanie to stawało się coraz trudniejsze ze względu na cięcia budżetowe, prawo wykupu mieszkań komunalnych oraz obowiązkowe przetargi na usługi zewnętrzne, praktycznie uniemożliwiające rozwiązywanie problemów własnymi siłami. Tymczasem na terenie całej Wielkiej Brytanii powstawały „strefy przedsiębiorczości”, zwykle tworzone na opuszczonych terenach poprzemysłowych, gdzie deweloperzy mogli robić, co im się podoba, bez ograniczeń planów czy przepisów zagospodarowania przestrzennego, a początkowo również bez konieczności płacenia podatków. Następnie koncepcje te – które, jak twierdzono, z olbrzymim powodzeniem wspierały rewitalizację i rozwój przedsiębiorczości – eksportowano na cały świat. Wielka Brytania stała się międzynarodowym symbolem deregulacji planowania, a Canary Wharf, wieżowiec wzniesiony w samym sercu strefy przedsiębiorczości w londyńskich dokach, jej triumfalnym obeliskiem.

Rzeczywistość jest nieco bardziej skomplikowana. Strefom przedsiębiorczości – niezależnie od lokalizacji – nie udało się zrealizować głównego postawionego przez nimi celu, czyli reanimowania poprzemysłowej gospodarki – najlepszym na to dowodem są dziś ponure krajobrazy większości doków w Liverpoolu, Teesside, Salford i innych miastach. Utworzone w strefach firmy po wygaśnięciu ulg podatkowych po prostu przeprowadziły się – często też tylko tymczasowo – do nowych stref, nie generując nowych miejsc pracy. Wyjątkiem są tu londyńskie doki – a właściwie tylko the Isle of Dogs, a więc tereny wokół Canary Wharf, bo sukces innych obszarów, takich jak Surrey Quays czy Royal Docks, jest już bardziej wątpliwy. Doki skorzystały z dwóch niezwykłych okoliczności. Pierwszą był „wielki wybuch”, czyli deregulacja centrum finansowego londyńskiego City (w 1986 roku, tym samym, w którym zlikwidowano władze lokalne Londynu), który wywołał potrzebę utworzenia drugiego ośrodka finansowego poza granicami „mili kwadratowej” City. Drugą, inwestycja publiczna na wielką skalę, w postaci kolejki Docklands Light Railway, która znacznie ułatwiła dojazd do doków. Wygląda na to, że deregulacja planowania także wymaga dobrego zaplanowania. Mądrzejszy o tę lekcję rząd New Labour, który doszedł do władzy w 1997 roku, przywrócił planowanie przestrzenne w okrojonym zakresie. W Londynie, Szkocji i Walii powstały delegatury władz – rządy lokalne; w innych regionach ich funkcje przejmowały (niepochodzące z wyborów) agencje rozwoju regionalnego. Prywatni deweloperzy nadal mieli kierować rozwojem urbanistycznym – nie było już powrotu do sytuacji, w której władze lokalne same planowałyby i budowały nieruchomości, lecz kontrolę miała zapewnić pewna forma całościowego „planowania generalnego” (ang. Masterplanning). Nowa jednostka władz lokalnych – Greater London Authority – wprowadziła przepisy regulujące co i gdzie można budować, później za przykładem Londynu poszły władze lokalne w innych regionach. Inwestycje miały być lokalizowane na terenach poprzemysłowych (ang. brownfield), zabudowa gęsta, budynki z „aktywnymi fasadami” (czyli na przykład umieszczonymi tam sklepami detalicznymi), miały wpisywać się w tradycyjny plan ulic, z dostępem do transportu zbiorowego. Wszystkie te warunki zmierzały do tego, by coraz bardziej rozczłonkowane, rozlewające się na przedmieścia, wizualnie chaotyczne brytyjskie miasta, w których przemieszczanie się jest trudne i czasochłonne, upodobniły się nieco do modelu kontynentalnego – miast w rodzaju Barcelony czy Paryża.