Ograniczenie

4 [43] 2013

13 | 11 | 2014

Patrząc pod nogi

*

Ponoć w miastach, gdzie zakazano reklamy zewnętrznej, mieszkańcy tracili orientację w przestrzeni, nie umieli trafić do domu ani do pracy.

Co byśmy zobaczyli, gdyby zniknęły billboardy i siatki rozpięte na rusztowaniach? Mało realny scenariusz, ale kto wie, może wtedy odzyskalibyśmy uważność? Mam przekonanie, że właśnie uważność, dbałość o szczegóły jest podstawą projektowania. Zazwyczaj świat uważa inaczej, postrzega design jako rodzaj licytacji, gdzie kolejne głosy rzucają coraz wyższe sumy, a każdy twórca próbuje się wdrapać na wyższą grzędę. Kierunek licytacji można jednak odwrócić. Licytować w dół, szukając najmniejszego znaku, który odróżni ten przedmiot, budynek lub miejsce od innych.

*

Chciałbym opisać pewien dom w sąsiedztwie. Właściwie już dawno powinni go zburzyć. Może ocalał dlatego, że stoi przy torach? Chociaż to rzadko powstrzymuje deweloperów… W każdym razie jakoś przetrwał: parterowy, z płaskim dachem, ani miejski, ani wiejski, typowy przykład dawnej zabudowy mojej dzielnicy. Wkrótce w tym miejscu postawią jakiś apartamentowiec i nawet najbardziej fanatyczny obrońca zabytków nie stanie w obronie rozpadającej się rudery. W zasadzie nie zasługiwałaby na wzmiankę, gdyby nie najprawdziwsze pilastry przyklejone do frontowej ściany.

Skąd ten pomysł? Nawiązanie do architektury dworkowej? Odtworzone w tynku zdobienia podlaskiej chałupy? Kaprys przedwojennego właściciela, nawiązanie do tradycji klasycznej? Nie mam pojęcia, ale na Grochowie często spotykam takie zagadki. Niemal każdy z przedwojennych domów ma jakiś znak charakterystyczny. Pojedyncze okrągłe okno, płaskorzeźbę wmurowaną nad wejściem, ozdobną furtkę, ekspresyjne zwieńczenie słupka przy ogrodzeniu. Oznaki oryginalności dodane do anonimowej architektury.

*

Swoją dzielnicę poznawałem, odprowadzając dzieci do przedszkola (następny etap edukacji wymagał już samochodu lub przynajmniej tramwaju). Przez parę lat układaliśmy własną mapę. Były na niej wsporniki z głowami lwów wkopane w charakterze słupków, Bóg jeden wie skąd wyszabrowane. Ogródek pod oknami bloku otoczony płotem z prętów zbrojeniowych. Kot namalowany na skrzynce elektrycznej. Ogłoszenie, które ktoś, z braku laku, napisał białym wierszem. Słowem, bezinteresowne ingerencje w przestrzeń, drobne prezenty od nieznajomych podrzucone na naszej drodze.

Jest pewna teoria na temat patrzenia pod nogi. Jeśli patrzeć wystarczająco uważnie, to w końcu można zobaczyć całą historię miasta. Na osiedlowym skwerku nadal stoją pergole zbudowane z żydowskich nagrobków, pokazałem kiedyś córce hebrajskie litery.

– To niemożliwe – odparła – kto by zrobił coś takiego?

*

Kiedy umarł ostatni w okolicy krawiec, na drzwiach zakładu została kartka „Nieczynne z powodu choroby”. Szary manekin nadal stał w oknie. Na wysokości mostka miał pokrętło do regulacji obwodu klatki piersiowej. Dookoła leżały wyblakłe żurnale. Słońce wywabiło czarną i żółtą farbę, więc wszystkie ilustracje nabrały błękitnego odcienia. Pomiędzy tymi błękitnymi marynarkami stała ramka z Matką Boską i moje dziecko zawsze uprzejmie mówiło jej „Dzień dobry”.

Wkrótce warsztat został zlikwidowany, a że lokal był za mały na bank czy aptekę, więc powstały tam minidelikatesy (piwo lub pół litra). Za to po drugiej stronie ulicy rozkwita sklep z używaną odzieżą. W oknie wystawowym prężą się czarne plastikowe popiersia, nieubrane, ale bardzo realistyczne w formie. Jakiś małoletni fetyszysta na pewno umieści ten obraz na swojej mapie. Jeśli tylko chodzi piechotą.