Ograniczenie

4 [43] 2013

13 | 11 | 2014

Patrząc pod nogi

*

Znajoma nauczycielka musiała przeprowadzić lekcję na temat przepisów ruchu drogowego. Kazała dziesięciolatkom wykonać rysunki pod tytułem „Moja droga do szkoły”.

W zamyśle autorów podstawy programowej dziatki powinny narysować, jak wędrują chodnikiem, zatrzymują się na pasach, spoglądają w lewo, w prawo, jeszcze raz w lewo i tak dalej… Problem w tym, że chodzenie na piechotę stało się dla dzieci niedostępnym luksusem. Mamy do czynienia z pokoleniem dowożonym, małoletnimi turystami z tylnego siedzenia (nie wiem, jakie to przyniesie konsekwencje dla rozwoju miast). Gotowe rysunki różniły się wieloma szczegółami. Niektóre dzieci odnotowały istnienie zjazdów i wiaduktów, inne pamiętały o sygnalizacji świetlnej, korkach na skrzyżowaniu, stacji metra. Tylko jeden element powtarzał się na wszystkich kartkach – szyld cukierni ulokowanej kilka przecznic od szkoły.

Oto lekcja pokory dla architektów: w oczach przechodnia każdy budynek z czasem staje się „domem z cukiernią”, „domem z reklamą Stoperanu” lub „domem z Żabką na parterze”. Albo znika.

Reklama jest pasażerem na gapę. Wczepia się w mózgi. To przez nią miasto przypomina nasz zaśmiecony i chaotyczny umysł. To ona sprawia, że ów biedny umysł coraz bardziej przypomina zaśmieconą przestrzeń miasta. A tymczasem fachowcy w Mountain View pracują nad okularami Google, które ostatecznie rozmyją granicę między jednym a drugim: jak dobrze pójdzie, przy każdym przedmiocie, na który padnie nasz wzrok, zobaczymy adres internetowy i cenę.

*

Każdy obraz powiększony do rozmiarów boiska staje się narzędziem opresji. Naturalnym terytorium grafiki jest papier, gdyż wyrazistość środków powinna być zrównoważona przez nietrwałość medium. Nawet najlepszy plakat powinien zniknąć zaklejony nowym afiszem. Miejsce wczorajszej reklamy jest w śmieciach.

Inwazja na miejską przestrzeń wciąż jednak trwa, a wszystkie jej etapy zostawiły ślad na murach mojej dzielnicy. Kiedyś, przed laty, władze miasta uważały, że wystarczy namalować siedmiometrową puszkę Muchozolu albo reklamę centrali drobiarskiej, żeby zamienić ślepą ścianę w czarodziejski ogród. Współcześni reklamodawcy wierzą, że hektary zdjęć na elewacjach przełożą się na wyniki sprzedaży.

Kibice i narodowcy propagują swoje poglądy za pomocą kiczowatych murali. Ciekawe, że w dziedzinie liternictwa wykazują duże upodobanie do prapolskiego gotyku. „Jesteśmy z Grochowa, ta dzielnica dobrze chowa” – zapewnia napis na wiadukcie. Tuż obok można było przeczytać, że niejaki Iksiński jest „prostytutką CBŚ”. Trochę mnie dziwiło, że tygodniami nikt nie usunął tego obwieszczenia, ale przynajmniej mieliśmy dowód, że minister spraw wewnętrznych mówi prawdę, a służby specjalne prowadzą rozpoznanie środowisk kibolskich.

Jeden z murali zrobił na mnie szczególne wrażenie. Panoramę płonącego miasta opatrzono tytułem „Pamiętamy 1944”. Poniżej ciągnął się napis „Witaj w krainie, gdzie Polonia ginie”, co w tym kontekście miało pewien sens. W istocie była to jednak groźba pod adresem konkurencyjnego klubu.