Fot. Dzięki uprzejmości JEMS Architekci

Transformacja

3 [54] 2016

30 | 01 | 2017

Od gorsetu socbiurokracji do służby niewolników bez panów (I)

MK: Najczęściej przywoływanym wymogiem, jeżeli chodzi o budowę na przykład domów w PRL, było to 110 metrów powierzchni użytkowej, i nagle się to zrywa. Kiedy to się kończy?

MM: Tak naprawdę normatyw w praktyce nie obowiązywał. Budujący obchodzili przepisy i przeciętne typowe kostki miały w rzeczywistości 200 m2. Albo nawet więcej, pojawiały się wysokie piwnice czy niezliczone kondygnacje poddaszowe. Ten sposób działania i budowanie domów o powierzchni ponad 200 m2 utrwaliły się na dobre. Przeciętny metraż polskich domów jest jednym z najwyższych w Europie.

MK: Kiedy się pojawiły naprawdę duże pieniądze? I poczucie, że jesteśmy w innym kraju?

MM: Na rynku biurowym pojawiły się w latach 1993–1994, a na mieszkaniowym chyba trochę później 1995–1996. W Warszawie. Większe firmy deweloperskie bazowały najczęściej na funduszach zagranicznych.

MK: Czy byli jacyś klienci indywidualni? Ci wszyscy biznesmeni, którzy zrobili takie gwałtowne kariery?

MM: Byli tacy. Ale nie robiliśmy zbyt wielu projektów dla tego rodzaju inwestorów.

MK: Były jakieś legendy w branży? Jakaś odczuwalna zmiana dla architektów w tym zakresie?

MM: Zdarzało się, że wśród zamawiających były niezwykle osobliwe postacie, będące przedmiotem wielu anegdot.

MK: Takie postacie tworzyły też pewne wzorce statusowe.

MM: „Chodził” wówczas dom znanego przedsiębiorcy w Konstancinie – niewiarygodnie brzydki. Tak zwany dom w kapeluszu. Z niezgrabną pseudomansardą zaaplikowaną na płaskiej ścianie i półokrągłymi oknami. Prezentacja w prestiżowym wówczas pisemku, jednym z tych, które oglądamy u dentysty w poczekalni, z ładnymi zdjęciami na kredowym papierze przyniosła willi niesamowity rozgłos i zaowocowała licznymi klonami. Domki z podobnymi nakryciami, z tzw. czółkiem kretyna (mały daszek, duży dom), zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu, w wersjach ubogich i „wypasionych”. Królowały kute balustrady, kraty. Wszystko to było robione metodą „rzemieślniczą”, dużo pieniędzy, ale jakość marna. Możliwość zbudowania willi o europejskim standardzie jakości wykonania to są już późne lata 90. Wielkie rezydencje wymagały zaangażowania profesjonalnych firm wykonawczych i projektanta o elastycznym kręgosłupie, podporządkowanego dekoratorom, wnętrzarzom, często zagranicznym. To był niewielki margines naszej działalności i dotyczył kilku niebanalnych inwestorów. Dość często pojawiali się wówczas ludzie, którzy we wczesnych latach 90. budowali na przykład rezydencje w stylu „klasycystycznym”: perfekcyjna stolarka, na ścianach panneaux z tkanin w ozdobnych obramieniach, i z czasem postanowili być nowocześni. I przychodzili do architektów z potrzebą zmiany wizerunku, wymyślenia na nowo siebie i swego otoczenia. To były często historie ludzi o nieustabilizowanych właściwościach, którzy zaczęli świadomie lub nie tworzyć nowe wzorce. Uznawali, że dotychczasowych kreacji już nie wypada nosić.

DLR: I na jaki styl wtedy zmieniali swoje domy? Minimalizm nowoczesny?

MM: Minimalizm, który odznaczał się pewną dozą redukcjonizmu w dziedzinie języka architektonicznego, ale chyba tylko w tym obszarze. Odwołania do zen czy cysterskiej surowości nie funkcjonowały. Wielkie przeszklenia, perfekcyjne betony, egzotyczne drewno, włoskie kanapy w rozmiarach XXL itp. Rzeczy znane z filmów typu Autor widmo Polańskiego, nielicznym może również w realu, w trakcie podróży w rozmaite luksusowe miejsca na świecie. Znane były przypadki, gdy dążenie do luksusu powodowało osobliwe sytuacje. Inwestor domu o „pałacowej” powierzchni, w parkowym otoczeniu, decydował, wbrew sugestiom projektanta, że dom będzie w pełni klimatyzowany. A dookoła hektary lasu, 150‑letnie drzewa, ptaki śpiewają, wszystko odcięte szklaną, szczelną powłoką, bo jakiś doradca ze Stanów coś powiedział… Mania, żeby wszystko było w stu procentach przewidywalne, automatycznie regulowane. I ta bezgraniczna wiara w doradców.


Czytaj dalej – Od gorsetu socbiurokracji do służby niewolników bez panów (II)