Fot. Dzięki uprzejmości JEMS Architekci

Transformacja

3 [54] 2016

30 | 01 | 2017

Od gorsetu socbiurokracji do służby niewolników bez panów (I)

DLR: A kiedy się pojawili deweloperzy?

MM: W połowie lat 90. Pierwsi poważni deweloperzy, przyszli z programem przekształcania terenów przemysłowych na powierzchnie biurowe (GTC). Ich wejście było mocne. Deweloperka mieszkaniowa w większej skali była nieco przesunięta w czasie.

MK: Zastanawiam się, czy można sobie rozrysować jakąś intensywność ruchu budowlanego. Czy to było coś takiego, że ruszyło z kopyta nagle?

DLR: I jakie były nastroje wśród architektów właśnie w związku ze zmianą?

MM: Rynek budowlany od połowy lat 90. do pierwszych objawów kryzysu około roku 2003 rozwijał się dynamicznie. Było poczucie, że wprawdzie nie na wszystko można sobie już pozwolić, ale gorset, który nas krępował, spadł. Powiedziałbym, że to czasami przynosiło straszne rezultaty. Środowisko przyzwyczajone do gorsetu zrywało go w sposób mało wdzięczny. Mieliśmy parę takich projektów, które całe szczęście się nie wybudowały, kiedy korciło nas, żeby poszaleć…

DLR: Nie pokazują Państwo pewnie tego teraz…

MM: Te niewybudowane sporadycznie. Chociaż pokazujemy na przykład powstały w tym czasie budynek przy Malczewskiego czy osiedle przy Niegolewskiego, ono było dosyć typowym przykładem ówczesnego „pomo”, czerpało z wzornika modernistycznych żoliborskich motywów, trochę nawiązywało do architektury Álvara Sizy. Poziom wykonawstwa nie dorastał niestety do niespecjalnie wyszukanych standardów Sizowskich budowli, o przedwojennym modernizmie nie wspominając.

DLR: Realizacje z lat 90. bywają w praktyce wielu biur architektonicznych pomijane, traktowane jako wstydliwe – zarówno w formie, jak i treści. Pracownia Kuryłowicza nie chwali się chyba za bardzo McDonaldem przy Świętokrzyskiej, bądź co bądź, najmocniejszym symbolem przemian, na którego otwarciu pojawili się dosłownie wszyscy….

MM: My też mamy jednego McDonalda, ale to był bardzo indywidualny McDonald. Pierwszy i ostatni. Dłużej byśmy tego nie wytrzymali. Emocjonalnie. Pozbawił nas złudzeń. Stoi w Warszawie przy Wałbrzyskiej. Chyba trochę przerobiony. 1993–1994. Był dobudowany do pudła marketu z blachy falistej. Ulica miała wyznaczone trójkąty widoczności, które powodowały, że plan MacDonalda przybrał formę rogalika. W cienki daszek nad wstęgowym oknem wstawiliśmy lampki. Pamiętam, że lampki przebiły strop. Koledzy pojechali do Ikei i kupili miseczki ze stali nierdzewnej, które posłużyły jako zatyczki. Bardzo ładne, chyba do dzisiaj tam są.

DLR: A jakie były złudzenia, których się pozbawiliście, i w jaki sposób?

MM: Że z zachodnimi klientami przyjdzie wyższa kultura architektoniczna, nie tylko inne możliwości materiałowe. W wielu obszarach był poważny regres. Może nasze oczekiwania były zbyt wygórowane. W końcu zagraniczni klienci, którzy się tu pojawili, nie przyjechali krzewić kultury, tylko po szybkie pieniądze. Całe szczęście mieliśmy do czynienia z w miarę normalnymi ludźmi na rynku lokalnym, gdzie na odwrót – standardy wykonawcze bywały wciąż siermiężne, za to ambicje architektoniczne szybowały wysoko. Firmy, które się do nas zgłaszały, specjalnie nie ukrywały, jakie są ich rzeczywiste intencje, do kogo jest adresowana oferta, jakie są możliwość wykonawcze. Oczywiście, jak to architekci, próbowaliśmy czasem wcisnąć coś, czego oni nie zamawiali. Ale nawet wciskając, staraliśmy się inwestorów traktować poważnie, bo to byli ludzie, którzy mieli przejrzyste intencje. Inwestorzy z Niegolewskiego (trzech młodych ludzi z Kotliny Kłodzkiej) mieli ambicje, żeby to było wyjątkowe osiedle. Tylko potem w zderzeniu z rzeczywistością budowlaną okazało się, że owszem, zrobimy wielkie wykusze z przeszklonymi werandami, ale one nie będą jednak odlane z porządnego betonu tylko obleczone jakimś mazidłem i pomalowane, że okna nie będą stalowe, aluminiowe tylko będą plastikowe. Dobre drewniane też nie i tak dalej. I że wszystko, co decyduje o detalu, czyli obróbki, tynki, robią górale, i oni nożycami jak do drobiu wycinali blaszane parapety, które były straszne. Do dzisiaj toporne obróbki blacharskie to zmora polskiej architektury. Wszystko wygląda dobrze na małej fotografii. I osiedle przy Niegolewskiego dla bardzo bogatych ludzi już parę lat temu wymagało poważnych renowacji. Krótki okres, kiedy tego typu firmy do nas przychodziły, miał wiele zalet, bo nie było wtedy jeszcze tylu doradców, specjalistów. Kiedyś na palcach jednej albo góra obu rąk policzyłem, ile osób pracowało wtedy przy projekcie, nie tylko po naszej stronie, ale i po stronie inwestora. W tej chwili to są dziesiątki, setki, jeśli nie tysiące. Konsultanci, zarządcy konsultantów, zarządcy zarządców, kontrolerzy, specjaliści PR. Z roku na rok jest ich coraz więcej…

DLR: Myślę, że to wynika też ze skali waszych współczesnych realizacji.

MM: Nie tylko. Ze współczesnego sposobu inwestowania, z tego, że deweloperskie firmy inwestują często anonimowe pieniądze zarządzane przez anonimowych depozytariuszy, szukających zawsze uzasadnienia dla swoich wyborów, których się boją podejmować w imieniu nie do końca znanych, mocodawców. Prowadzimy teraz projekt, gdzie na spotkanie z architektem, który jest reprezentowany przez dwie, góra trzy osoby, przychodzi kilkanaście osób z ramienia inwestora. Na etapie wczesnej koncepcji. Sami MBA – to prawdziwa zmora! Rozerwaliśmy gorset socbiurokracji, by stać się poddanymi niewolników bez panów. O władzy procedur, norm, standardów nie wspominając. W początkach transformacji zdrowy rozsądek poparty rozeznaniem rzeczywistości i świadomość celów miały się jeszcze nie najgorzej.

MK: Kiedy proces inwestycyjny zaczął się zmieniać w tym kierunku? Czy to było nagłe?

MM: Ten proces, który obecnie postępuje lawinowo, ma początki w pojawieniu się zagranicznych firm konsultingowych, które na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat wypączkowały, często obrastając w rozmaite lokalne klony lub filie. Początki były nieśmiałe, zatrudniano jednego, może dwóch konsultantów. Kiedy projektowaliśmy Agorę w 1998 roku, dyskutując z większością obowiązujących wówczas standardów projektowych użytkowych czy nawet kulturowych, zatrudniona została firma Arup z Londynu jako konsultant od złożonych technicznych rozwiązań, kosztów itp. Jeszcze wtedy przy stole siedziało od pięciu do ośmiu osób, fachowych, wiedzących, o czym mówią. Teraz często są to specjaliści, którzy się znają na pisaniu notatek, ujmujący wycinki rzeczywistości w tabelkach, eksperci od rozmaitych certyfikacji, energetycznych, zielonych itd. Żeby budynek był certyfikowany trzeba ich wynająć. Za samo wynajęcie odpowiedniego eksperta dostaje się od razu pierwsze punkty certyfikujące. Potem korzystne interpretacje specjalisty wyposażonego w pieczątkę i opłacanego przez klienta decydują na przykład o statusie ekologicznym budowli.

DLR: To pewnie też wpływa na sprzedaż, po prostu.

MM: Oczywiście, że tak. Certyfikaty mają wpływ na sprzedaż. Eksperci od sprzedaży dbają więc o ekspertów od certyfikacji, którzy odwdzięczają się im tym samym.

MK: A czy było coś takiego, że wobec tych wszystkich PRL‑owskich normatywów i przykazów, czy było jakieś zdarzenie pokazujące zmianę…

MM: Że nagle wszystko wolno?

MK: No właśnie: było wolno wszystko czy nie było?

MM: Nie. Normatywy PRL‑owskie trwały jeszcze długi czas, właściwie ich echa do dzisiaj odbijają się czkawką w rozmaitych przepisach, rozporządzeniach, normach. Dziwne połączenie soc‑ i eurobiurokracji. W każdym zakładzie pracy musi być na przykład pomieszczenie dla karmiącej matki. Bez względu na to, czy to ma w danym zakładzie pracy sens czy nie ma. Tu, podobnie jak w wypadku certyfikatów, są oczywiście specjaliści, którzy pomagają nam w interpretacji takich przepisów, matka może karmić równie dobrze na poziomie ‑2, w piwnicy, ważne, żeby spełnić punkt rozporządzenia czy normę.