Fot. Dzięki uprzejmości JEMS Architekci

Transformacja

3 [54] 2016

30 | 01 | 2017

Od gorsetu socbiurokracji do służby niewolników bez panów (I)

 

z Maciejem Miłobędzkim – architektem, partnerem w JEMS Architekci, czołowej pracowni architektonicznej w Polsce, działającej od 1988 roku – rozmawiają Marta Karpińska i Dorota Leśniak-Rychlak


DLR: Jak manifestowała się transformacja w architekturze? Kiedy pojawił się postmodernizm?

MM: W połowie 1982 roku, po stanie wojennym zostało reaktywowane czasopismo „Architektura” – w nowej, już nieco postmodernistycznej odsłonie. Ton pismu nadawali między innym Jeremi Królikowski czy Jacek Zielonka. Logo wydawnictwa – motyw woluty składał się z dwóch stylizowanych liter: „a” i „p”, w podtytule: „polski przegląd architektury”. Redaktorzy analizowali i drukowali teksty, które do dzisiaj wydają się podstawowe, na przykład Christophera Alexandra, Norberga Schulza, teksty dotyczące reaktywacji tradycyjnie pojmowanej miejskiej urbanistyki, architektury Venturiego czy Kriera. Były też teksty krytyczne, przenoszące tę problematykę na rodzimy grunt i bywało że cenzurowane wypowiedzi o rzeczywistości PRL‑owskich osiedli mieszkaniowych. Kilka tych tekstów pamiętam – były nośne! Odwoływanie się do rodzimej tradycji było zresztą istotniejsze od uprawiania architektury opartej na mrocznej zawiłości postmodernistycznych filozofii. Przynajmniej w Warszawie, gdzie projekty takie jak kościół Budzyńskiego na Ursynowie były wyznacznikami nowych tendencji. Zamiłowanie do postmodernistycznej geometrii, kwadratów, przekątnych, cięciw to była raczej krakowska domena… Czasami pojawiały się także osobliwe pomysły typu: co zrobić z mieszkaniami w blokach. Niektóre były malownicze. Choćby Andrzej Grzybowski, który przerabiał mieszkania na Ursynowie i na Stegnach na wnętrza w stylu Księstwa Warszawskiego.

DLR: Później buduje klasycyzujące pałace. Aktor z wykształcenia.

MM: Były perfekcyjnie zrealizowane, ewenement w tamtych czasach. Na lata 80. przypadło apogeum upadku przemysłu budowlanego. To, co wtedy powstawało, było rzeczywiście dramatyczne. Budynki z lat 70. miały jeszcze jakieś resztki godności. Dziesięć lat później nie sposób było znaleźć dwóch okien, które by były w tym samym licu, które by nie były krzywe. Pamiętam moją studencką praktykę na budowie jako traumatyczne przeżycie. Próby innego podejścia do projektowania mieszkaniówek, które zaczęły się pojawiać po ’89 roku, kojarzą się już z pierwszą zabudową deweloperską, chociaż to jest chyba słowo źle opisujące te zjawiska, bo wczesne lata 90. miały jeszcze wiele wspólnego z niespiesznie mijającą epoką. To nie było tak, że jest 1989 rok – buch! – i coś się drastycznie zmieniło.

DLR: To co się zmieniło? I jak to się zmieniało w obrębie domów, mieszkań i profesji?

MM: Jeżeli chodzi o profesję to już trochę wcześniej zaczęły się pojawiać małe prywatne biura architektoniczne, korzystające z możliwości, jakie stwarzała tzw. ustawa Wilczka o działalności gospodarczej. Ja sam nigdy nie pracowałem w państwowym biurze. Skończyłem studia w 1985 roku i poszedłem do pracy w ESPEA – Spółdzielni Pracy Twórczej Architektów i Artystów Plastyków. Podstawowym typem zlecenia był na początku dom jednorodzinny. Z czasem jednak, nawet do tych małych prywatnych czy półprywatnych firm można było ściągać nieco większe zlecenia, na przykład ze spółdzielni budownictwa mieszkaniowego. Osiedla z wielkiej płyty także. Pamiętam różnicę zdań z moimi późniejszymi wspólnikami, kiedy powiedziałem: „nie chcę robić żadnego bloku W70”. Przekonywali mnie, że wielką płytę można zhumanizować, dorabiając jakieś indywidualne elementy, daszki, balkony. No i raz spróbowali.

DLR: Ale czemu Pan tak nie chciał?

MM: Brzydziłem się tym okrutnie… Tłumaczono mi, że wielka płyta jest jak cegła, tylko trochę większa. I to do mojego łba zupełnie nie trafiało. Ówczesny guru Marek Budzyński też próbował wtedy robić bloki zhumanizowane. Na Ursynowie powstało ich kilka przy ulicy Romera. Wielkie bramy jak w wiedeńskich koopach (Gemeindebau). To wszystko oczywiście było wykonawczo tandetne, galanteria metalowa, którą dodawano w ramach humanizacji, była z piekła rodem. Na początku lat 90. świat prywatnej praktyki zaczynał się pomału przenikać z wciąż obecną państwową machiną budowlaną, próbując nieśmiało wprowadzać zmiany.

<strong>DLR: Jakie domy jednorodzinne wtedy budowano? Kostki? Pamiętam, że Witold Cęckiewicz mówił, że tylko na domy typowe można było dostać jakąś dopłatę.

MM: Było coś takiego. Na szczęście dawne restrykcje doboru typowych projektów i technologii w epoce transformacji ulegały powolnemu rozmiękczeniu. Jeszcze kilka lat wcześniej, gdy Jerzy Szczepanik‑Dzikowski projektował Ursynów, musiał podpisywać glejt, że pod żadnym pozorem nie będzie stosował żadnych indywidualnych rozwiązań. Nie można było nawet dwóch zespawanych kawałków kątownika dołożyć do tego cholernego W70! Typowość PRL‑owskich domów jednorodzinnych dotyczyła raczej ich katalogowej proweniencji. Natomiast domy potransformacyjne to styl wyznaczany między innymi przez publikacje „Muratora”, próbujące przywrócić dawny tradycyjny warsztat projektowy i wykonawczy. Można powiedzieć, że do dzisiaj kolejne odsłony tego nurtu są wszechobecne w naszym pejzażu (ze wszystkimi dobrymi i złymi skutkami aplikacji rozmaitych i zupełnie przypadkowo z sobą zestawianych odmian polskiego cottage). Pierwsze zlecenia na nieco mniej typowe domy wielorodzinne w naszym biurze to przełom lat 80. i 90.

DLR: Kto przychodził z tymi zleceniami?

MM: To nie byli jeszcze deweloperzy. Z dzisiejszej perspektywy byliby to pewnie wymarzeni klienci, którzy się sami organizowali, zakładali własne, małe „prawdziwe” spółdzielnie w opozycji do biurokratycznych, państwowych molochów. Mieli w swoim gronie ludzi od zdobywania pieniędzy, dobierali się tak, żeby w ramach projektu byli obecni rozmaici specjaliści, czynnik towarzyski też się liczył… Pierwsze tak powstające budynki były niestety technicznie tandetne.

DLR: Z powodu możliwości materiałowych?

MM: Nie tylko. Pamiętam czasy budowy osiedla przy Niegolewskiego, bardzo luksusowego jak na tamte czasy, po pierwsze z racji lokalizacji na starym Żoliborzu, po drugie z powodu kameralnej skali, po trzecie dlatego że oferowało rzadki wówczas luksus zamkniętego strzeżonego terenu – miłe złego początki! Cena za mieszkanie jak na tamte czasy olbrzymia. Tymczasem domy były budowane z topornych pustaków ceramicznych, na to aplikowano styropian i tynk cementowy na zewnętrznej licowej cegle, plastikowe okna, które są dzisiaj synonimem dziadostwa. Właściwie niewiele różniło się to od metod budowy domów jednorodzinnych przy pomocy sezonowych robotników‑rolników. Dobrze przynajmniej, że nie stosowano jeszcze wówczas plastikowych tynków na styropian – zmory dzisiejszych czasów! Zaaplikowany tu model kameralnego osiedla grodzonego na wzór amerykańskich condominiów z czasem przeniósł się na wielkoskalowe deweloperskie projekty, często wbrew opiniom architektów, mieszkańców dzielnic, a z czasem również grupie właścicieli mieszkań.

DLR: To był moment, kiedy się pojawiły niemieckie plastikowe okna i one zaczęły zalewać rynek budowlany.

MM: Tak, mimo wszystko wydawały się o niebo lepsze niż okna, które oferowały wielkie państwowe wytwórnie, niedomykające się, wypaczone.

DLR: Dlatego, że one się domykały i miały lepszy współczynnik przenikalności cieplnej. Nie było świadomości, że były po prostu bublem, który chcieli tu opchnąć i pozbyć producenci z Zachodu?

MM: Producenci tanich profili przenosili do Polski produkcję okien, których już nikt by nie kupił w Niemczech czy Szwajcarii. A w Polsce? Architekci i inwestorzy rzucali się na nie.

DLR: Z czego to wynika? Z tęsknoty za tak rozumianym zaawansowaniem technologicznym?

MK: Czy z tego, że nagle różnorodne materiały zrobiły się po prostu dostępne?

MM: Oczywiście, po dekadach niedoborów, które ugruntowały w polskich architektach przekonanie o prostej zależności pomiędzy jakością architektury i technologią, nagła eksplozja możliwości! Pojawiła się masa produktów, złej jakości wprawdzie, ale było z czego wybierać. Ukształtowana wtedy mentalność, upatrująca w technice recepty na sukces projektowy, funkcjonuje niestety do dzisiaj.

DLR: Zastanawiam się, do jakiego stopnia krajobraz Polski kształtują składy budowlane. Sytuują się zawsze gdzieś przy ruchliwych drogach, a ich wszechobecność rzeczywiście pokazuje jakąś dynamikę budowy tego kraju.

MM: To prawda. Był taki moment, kiedy składy budowlane, na początku dosyć siermiężne, nagle zaczęły sprzedawać włoską armaturę czy ceramikę, która bywała odrzutem, ale była. Po czasach, kiedy można było wybrać tylko dwa kolory z Opoczna czy innej podobnej fabryki: marmurkowaty beżowy i marmurkowaty różowy, nagle pojawiły się włoskie kafelki we wzory (z dzisiejszej perspektywy wydają się dosyć obrzydliwe). Albo rustykalne o nierównych krawędziach. Wydawały się marzeniem!

MK: Siding to z kolei początek lat 90. Ale nie znalazł aż takiego uznania…

MM: Plastikowy siding chyba za bardzo kojarzył się z amerykańskim przedmieściem. Architekci woleli rodzaj sidingu z desek malowanych na biało. Powstał też wtedy rynek bejc i zabezpieczeń do drewna.

DLR: W latach 90. nie było jeszcze dużych marketów budowlanych. Ikea pojawiła się w 1993 roku.

MK: Pamiętam, że w Warszawie był salon IKEI przy Alejach Jerozolimskich na początku lat 90. Pierwszy sklep tej sieci wybudowano podobno już w 1990 roku na Ursynowie.

MM: W tej dekadzie składy budowlane to nie były sieci, ale dosyć prężne indywidualne przedsięwzięcia. Na nieszczęście pierwszych osiedli deweloperskich, oferowały produkty często tandetne, ale różnorodne. Zgłodniali architekci rzucali się na nie bez opamiętania. Na budynki zaczęto nakładać wszystko, co się miało w szafie. Warto podkreślić słowo „na”, bo o klarownej, uporządkowanej strukturze domów raczej nie myślano.