Fot. Dzięki uprzejmości JEMS Architekci

Transformacja

3 [54] 2016

30 | 01 | 2017

Od gorsetu socbiurokracji do służby niewolników bez panów (II)

DLR: I o to też chciałam zapytać, o rolę elektroniki.

MM: Pogrążeni w lekkim obłędzie właściciele domu z opasłym manualem i niezliczonymi pilotami, którzy chcą wyłączyć światło, a inteligentny system zarządzania domem opuszcza rolety w całym domu albo odcina wodę, to nie urywek znanego filmu Jacquesa Tati z lat 60. To obraz współczesny, wcale nierzadki. Im bardziej próbuje się wszystko przewidzieć, tym więcej niespodzianek. Domy i ludzie uzależniając się od systemów sterowania, tracą godność. Do tego dochodzi dążenie do tego, co bezbłędne, niezniszczalne, bezpieczne, zdrowe. Niemożność jego spełnienia prowadzi do zadziwiających zjawisk. Ludzie tworzą ze swoich domów twierdze otoczone elektronicznymi zasiekami, rozmaite odmiany „domów bezpiecznych”, nie pozwalają liściom w ogrodzie zalegać na trawniku, a szyszce z sosny w sposób niekontrolowany i przypadkowy spaść na głowę dziecka (przykłady niewymyślone). Wyzwala to masę energii, starań i inwencji w tworzeniu kolejnych zabezpieczeń.

DLR: Kiedy do Państwa pracowni zawitali pierwsi prywatni czy biznesowi klienci?

MM: W roku ’89 powstały pierwsze apartamentowce. Projektowaliśmy je dla firmy, która, jak się potem okazało, była powiązana z mafią (projekt z 1988). To były wille miejskie, małe domy wielorodzinne, budowane na działkach przeznaczonych pod domy jednorodzinne. Dwa i pół piętra z dwoma mieszkaniami na każdym poziomie. Historię inwestora pozwalam sobie przytoczyć wyłącznie dlatego, że stała się sprawą publiczną, komentowaną w mediach. Klient, który nie wiem jak nas znalazł, był przedsiębiorcą budowlanym, właścicielem firmy, której nazwa rozpoczynała się od „aa…”, żeby w ogłoszeniach w gazecie być na pierwszym miejscu. Firma „aa…” zleciła projekty w podmiejskiej zielonej dzielnicy, gdzie już przed wojną bogaci ludzie budowali wille. Biuro firmy mieściło się w suterynie. Dwa pomieszczenia, przy biurku siedziała długonoga sekretarka w nieprawdopodobnej miniówie, często zaglądała mama inwestora, która prowadziła interesy w kantorze obok… Mam jeszcze w głowie obraz z budowy: niedziela czy sobota wieczór, deszcz, prace w wykopie idą całą parą. Dyscypliny na budowie pilnował stojący na górze masywnie zbudowany człowiek z japońską parasolką z falbanami. On taki wielki i ta mała parasolka, scena jak z filmu. Całkowicie surrealistyczny obraz. Domy dobrze się sprzedały. Kierownik budowy założył wkrótce własną firmę i zlecił nam projekty kolejnych budynków. Coraz większych, miały już po osiem apartamentów… Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie wybuch w pizzerii na Grochowie, powiązany z naszym inwestorem, który w mediach zaczął być od tej pory nazywany imieniem i pierwszą literą nazwiska. Prasa opisywała jego związki ze światem polityki (miał być brany pod uwagę jako kandydat na wiceministra budownictwa) i ze znanymi gangsterami. Mój fryzjer na Nowym Mieście opowiadał mi, że jego znajomy siedzi pod celą z naszym klientem i już nie może patrzeć na kanapki z kawiorem, które mu przynoszą. [śmiech] Polska transformacja! Pierwsze uderzenie było wolne od działalności podejrzanych podmiotów gospodarczych, potem przyszli ci chłopcy z Podhala czy Kotliny Kłodzkiej. Pierwsi spółdzielcy też. To były lata 1993, 1994.

DLR: Pytanie o kwestię aspiracji: skąd się bierze aż tak eksponowana potrzeba prestiżu? Wydaje się, że to projektowanie dla ludzi z problemami z tożsamością.

MM: Ci ludzie, którzy przychodzili do nas jako potencjalni nabywcy mieszkań w małych domach wielorodzinnych, sami finansowali budowę, nie było wówczas takiej skali kredytowania. Finansowali i mieli swoje wymagania, indywidualne poczucie prestiżu też. Były różne kategorie budujących: tzw. powracający (ci z Ameryki, próbowali implementować tamtejsze standardy i styl życia), pierwsi celebryci (na przykład znany śpiewak operowy wojażujący po świecie dobrze wiedział, jak powinna być zaaranżowana duża łazienka). Kolejną kategorią byli ludzie, którzy zrobili szybkie pieniądze, na ogół na handlu. Oni z kolei na ogół przenieśli się z prowincji lub przynosili z sobą doświadczenie mieszkania z blokowisk. Pamiętam projekt domu 400 m2. Na piętrze sypialnie, a reprezentacyjny parter dla gości, w piwnicy można było urządzić pełnowymiarową kręgielnię. Sypialnie miały 10, 12 m2, jak w bloku. Prestiż wyrażał się w metrażu salonów. Monstrualne wnętrza, w których się nic nie działo, nie było pomysłu na ich wykorzystanie (wyobrażenia kończyły się na fotelach, kanapie, kominku, telewizorze i palmie). Potem pojawili się biznesmeni, który obstalowali recepcyjne, reprezentacyjne pokoje. Szaleństwo wielkich salonów, już nie 30 metrów, ale 50–60. Opowieści, czego tam nie będzie: robione na stare meble, tzw. antyki, największy stół, kuchnia otwarta, marmurowa wyspa, hockery. Nie powiem, żeby z tego wyłaniał się jakiś spójny obraz. Oni byli zagubieni. Mieli dużo pieniędzy, coś zobaczyli zagranicą, ale nie bardzo wiedzieli, jak z tym żyć.

DLR: A ci średni? Niekoniecznie z waszej praktyki, z obserwacji.

MM: Czym innym były na przykład mieszkania inteligenckie, ludzi, którym znacznie się w życiu nie polepszyło, ale próbowali korzystać z nowych możliwości materiałowych. Na półkach ze zwykłej sklejki, gromadzili bibeloty z poprzednich wcieleń, ale jednocześnie temu powściągliwemu bricolage’owi towarzyszyło zachłyśnięcie się rozmaitością włoskich kafelków, farbami dostępnymi w pełnej palecie kolorów. W domu stylizowanym na modernistyczny nagle łazienka jak w toskańskim domu wakacyjnym przerobionym ze starej chałupy… Ten nowoczesno‑rustykalny, dość barwny charakter wnętrz lansowany w pismach, serialach i reklamie nadal ma się nieźle i upowszechnił się szerzej, trafiając pod „strzechy” nowych katalogowych domów jednorodzinnych.

DLR: Jak ocenia Pan model rozwoju oparty na domu jednorodzinnym na przedmieściu? I jego konsekwencje urbanistyczno‑arch‑społeczne?

MM: W Polsce zasadnicza większość ludzi mieszka we własnych domach jednorodzinnych. Wraz z transformacją wielkie obszary podmiejskiej ziemi rolnej zaczęły się parcelować pod budowę domów mieszkalnych, na ogół bez planów, infrastruktury, dróg, szkół. Handel w marketach, jak w Stanach. Tak zwana urbanistyka łanowa. Do dzisiaj buduje się wiele takich zespołów. Katalogowe „domy marzeń”, kolorowe dachówki, tynki, iglaki, ogródki skalne, wielkie SUV‑y , kute ogrodzenia, dojazd po błocie, w monstrualnych korkach.

MK: Jak wygląda „wyciskanie PUM‑ów” (maksymalnej powierzchni użytkowej mieszkań) w tym rodzaju deweloperki, którą budują JEMSi? O ile w ogóle może Pan odpowiedzieć na takie pytanie. Czy budownictwo deweloperskie z niższej półki (te wszystkie budowane na szybko osiedla MdM gdzieś na obrzeżach miast), podporządkowane idei zysku, nie tworzy na swój sposób patologicznego „normatywowego” środowiska mieszkaniowego, od którego chcieliśmy uciec w początkach transformacji?

MM: PUM‑y „wyciskane’ są już na etapie konkursów inwestorskich na projekt architektoniczny, gdzie często stanowią podstawowe kryterium oceny i wyboru projektanta. JEMS stara się nie brać udziału w konkursach, gdzie jedynym kryterium oceny jest PUM lub cena. Nie oznacza to, że zwłaszcza w lokalizacjach typowo miejskich uciekamy od intensywnej zabudowy mieszkalnej, tę też można próbować zaprojektować dobrze. W niektórych miejscach gęstość zabudowy staje się nawet atutem, zwłaszcza gdy nie mamy do czynienia z monokulturą programową (funkcjonalną). Problemem jest oczywiście budownictwo deweloperskie, zwłaszcza to adresowane do masowych klientów – kredytobiorców. Powstaje na tanich „nieuzbrojonych” gruntach i ma wszystkie wady wspomnianej „urbanistyki łanowej”. Intensywność zabudowy eliminująca zieleń (oprócz tej na płycie garażu) czy jakąkolwiek przestrzeń publiczną jest w istocie zjawiskiem patologicznym, normatyw powierzchniowy jak z PRL. PUM „wyciśnięty” w szczerym polu.

MK: Jakie dobre zmiany – i komu – przyniosła transformacja w odniesieniu do architektury mieszkaniowej?

MM: Niezależnie od tych wszystkich narzekań, trzeba powiedzieć, że techniczny standard budowania na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza znacznie się podniósł i dotyczy to wszelkich typów architektury mieszkaniowej. Bardziej problematyczny jest natomiast społeczny wymiar mieszkalnictwa, dbałość o środowisko czy świadomie stosowane i rozwijane standardy architektoniczne. Problemy te, choć z pewnością w różnym stopniu, dotyczą wszystkich, zarówno mieszkańców taniej deweloperki z przedmieść, jak i tych zamkniętych w zamożnych gettach grodzonych osiedli.