Szkoła Podstawowa nr 51, Katowice Giszowiec, proj. Stanisław NIemczyk, 1990-1993 (fot. K. Twardowska. All rights reserved)

Architektura wspólnoty

4 [51] 2015

12 | 07 | 2016

Nie jestem sam dla siebie projektantem

 

KT: Wróćmy jeszcze do kwestii czysto architektonicznych: projekt szkoły zakładał wyciągniecie z dawnego Giszowca tego, co było w nim najlepsze…

SN: To była pierwsza myśl, podstawowa idea.

KT: Tymczasem w przypadku klasztoru Franciszkanów w Tychach wykorzystał Pan kamień z lokalnego kamieniołomu, z Libiąża. Zastanawiam się, czy to myślenie kontekstem i tożsamością miejsca zostało wyniesione przez Pana w jakimś stopniu z kształcenia na Politechnice Krakowskiej, może z katedry profesora Włodzimierza Gruszczyńskiego?

SN: U profesora Gruszczyńskiego materiał nie był pierwszym elementem kontekstu, natomiast obecna była pewna wizyjność krajobrazowa, tak bym to nazwał. Niekoniecznie konkretny krajobraz „drzewo w drzewo”, ale wizja krajobrazu wynikająca z obserwacji. Tak, jakby Pani musiała przykładowo popatrzeć na gobelin wiszący tu na ścianie, odwrócić się i teraz nie opowiedzieć, nie narysować, ale zapisać istotę tego gobelinu; to, co Pani zapamiętała. Tak Gruszczyński myślał o krajobrazie. On był wizjonerem Podtatrza, ale zawsze chodziło mu o istotę. Czy ja będę nad morzem, czy ja będę na równinie, czy będę na nizinach, na Podbeskidziu z małymi górami czy na Podtatrzu, to ja muszę zanotować sobie istotę tej przestrzeni. I ja wtedy wiem, że nie stworzę w niej czegoś, co będzie dysonansem, będzie nieprzystawalne. Gdy światowe kierunki mówią: „Nie, nie, teraz musisz zrobić tak”, ja wiem, że nie muszę, wręcz nie powinienem. Architektura zawsze musi być integralna z kulturą miejsca, z jego krajobrazem pierwotnym – najpierwszym kulturowym środkiem wyrazu, jaki został stworzony.

KT: I po studiach u Gruszczyńskiego wraca pan do Tychów i zastaje krajobraz… No właśnie, jaki?

SN: Krajobraz, którego się nie chce traktować poważnie, ani zapamiętać, ani idealizować – bo nie ma po co. Po prostu wiem, że nie ma po co. Kiedy tutaj przyjechałem, każdy mówił: „Mogłeś sobie wybrać ładne miejsce”. Wróciłem tu przede wszystkim z zamysłem pracowania w swoim zawodzie, którego tak naprawdę nie znałem. Ze studiów wyniosłem bardzo idealistyczne nastawienie.

KT: Wrócił Pan na Śląsk z poczuciem, że jest dużo do zrobienia, że tę przestrzeń należy naprawiać?

SN: Nie, to nie było naprawianie. Tak jak powiedziałem: człowiek za mało wiedział o tym, jak będzie ten zawód wykonywał. Do momentu podjęcia pracy byłem w warunkach – jakby nie patrzeć – dobrych, bo mogłem tylko studiować, uczyć się, rozwijać projekty, rozmawiać z ludźmi, którzy ode mnie znacznie więcej wiedzieli i dzielili się tym, mieli również pewną wiedzę polityczno‑gospodarczą, pozwalającą wyobrażać sobie, jak funkcjonuje państwo i dlaczego przemysł po przemianach został zniszczony w Polsce. Bo to powinni wszyscy wiedzieć i to powinna władza naświetlić młodemu pokoleniu, żeby się nie powtórzyła sytuacja, w której można zniszczyć polskie dobro gospodarcze tak totalnie. W Polsce u schyłku lat 80. i na początku 90. dokonano gwałtu na polskiej gospodarce. Nie było pretekstu do zamknięcia największych przemysłowych zakładów – to było zniszczenie przez kapitał zachodni naszych możliwości. Przez dwadzieścia lat je odbudowujemy. My możemy być na rynku europejskim i światowym silni. Bo my tacy jesteśmy: prężni i ekspansywni. My sobie poradzimy. A wracając do Tychów… Socrealistyczne osiedle, które powstało przed bumem na wielkopłytowe bloki, było budowane z naszego budulca, ale forma kompletnie nie była nasza. Ja to nazywam takim postmodernizmem sowieckim – te nasze realizacje socrealistyczne, bo one były zaczerpnięte z tamtego ducha. I architekci robili, co mogli, żeby te warunki dopasować do naszych warunków, żeby to było bardziej polskie. Możemy wziąć attykę z Krasiczyna, ale dalej to strasznie „wyje”. Może mam jakąś w tej kwestii nadwrażliwość, przecież tego socrealizmu na uczelni się nie uczyłem w ogóle, natomiast rozpoznam go wszędzie. Przez Aleje [Al. Trzech Wieszczów w Krakowie – przyp. red.] Pani przejedzie i zobaczy te domy… Środki są podobne, ale tam mnie nic nie mierzi, może być skromny detal, ale mnie nic nie mierzi. Ja dlatego w Hucie byłem dwa razy i ja tam nie chcę już więcej jeździć. Mam nadzieję, że Pani tam nie mieszka, bo nie chcę obrzydzać.

KT: Nie mieszkam, ale mogłabym, a nawet chciałabym. Patrząc na aktualne doświadczenia Krakowa: chaos przestrzenny, brak planowania, osiedla deweloperskie… Obecnie w dramatyczny sposób zabudowuje się na przykład pas lotniska na Czyżynach. W tym wszystkim docenia się dyscyplinę projektową Nowej Huty, jakość myślenia o przestrzeni wspólnej, ilość zieleni. W takim świetle stara Nowa Huta to naprawdę dobre miejsce do życia.

SN: To jest inny wymiar, macie prawo do tego. Na nazwisko, przykładowo, „Dzierżyński” wizualizuje mi się twarz tego bandyty i jeżeli ulica w każdym mieście była jego imienia, to jak ja mogę traktować poważnie ustrój mojego państwa i uznawać, że jest dobry? I to samo dotyczy architektury. Dla młodego pokolenia czy dla moich dzieci Dzierżyński będzie już abstraktem. Jeżeli będą się uczyć historii, to dowiedzą się, że to był taki wykolejeniec, jaki w każdej epoce się zdarza. Jak Lenin, Stalin, Hitler. Te wizerunki mają szansę się troszkę pozamazywać, ale mnie się nie potrafią zamazać, dopóki żyję. I dlatego odbiór socrealizmu jest przeze mnie twardo przyjmowany jako kompletnie nie mój. Bo ten okres – ja tego nie odczuwałem na sobie, bo byłem wychowywany w miejscu, gdzie mogłem się tylko cieszyć i radować – istniał. W Bielsku nie było ani jednego socrealistycznego obiektu, ponieważ miasto było za biedne i znajdowało się na peryferiach. Szkoła socrealizmu u nas się skończyła bardzo szybko. Przyszedł ten moment po ’56 roku, kiedy nastąpiła odwilż. Największe zło wydarzyło się w latach 70. Oddech na świat, kupienie nędznych francuskich technologii budowania domów.

KT: Pytam o to, jak odbierał Pan przestrzeń Tychów z tego powodu, że wiele spośród Pańskich projektów to, podobnie jak szkoła na Giszowcu, przestrzenie odizolowane od otoczenia, a jednocześnie uzupełniające – poprzez wprowadzenie bibliotek, basenów, pasaży handlowych – pewną funkcjonalną lukę istniejącą w sąsiedztwie. Chyba najwyraźniej widać to w kościele Franciszkanów: w tym wypadku mamy wręcz do czynienia z miniaturowym włoskim miasteczkiem, z jego labiryntem wąskich uliczek – rodzajem przestrzennej gry.

SN: To, co dzieje się wokół świątyni, też jest bardzo istotne. Nawet kościół Mariacki główne drzwi ma zamknięte, na co dzień otwiera się tylko boczne. Bardzo przyjemnie jest wejść boczną kruchtą, bliżej prezbiterium, obejść sobie kościół, a nie wpadać prosto pod ołtarz. Z otwartej przestrzeni wybieram wnętrze – choć bez dachu – i dopiero później, by dostać się głębiej, muszę szukać. Nie chcę nikomu dać tej drogi wprost, „podstawić pod nos”. Tak jak wszystko, co robimy, wejście do świątyni jest kawałkiem drogi. To jest ważne szczególnie tutaj, w Tychach. Może gdybym pod bokiem miał historyczny Kraków, ze Starym Miastem… Kraków zawsze będzie skończonym Krakowem; obojętne, czy zabudują teren aż do Niepołomic i do Chrzanowa, to Kraków będzie identyfikowany w sposób jednoznaczny, przez tę małą przestrzeń Starego Miasta. W Tychach nie ma żadnej identyfikacji, są kloce. Przestrzenie prostokątne, kwadratowe, ulica i podwórko to to samo. I dla mnie wybudowanie tutaj miasta w mieście, na bardzo małej przestrzeni, było celem. Temu rozwiązaniu chciałbym obok – na działce, gdzie jest teraz parking – zrobić drugie płuco, świeckie miasto z podstawowymi usługami: bardzo małymi punktami handlowymi, siedzibami małych firm: projektowych, bankowych, ubezpieczeniowych. To jest bardzo ważne: nadanie relacji przestrzennych, wręcz urbanistycznych tej małej skali. To by były bardziej przejścia niż ulice. Nie powinny być nakryte jak pasaże, bo ja chcę czuć, że pada deszcz. Czemu my się zachwycamy po powrocie z wakacji na Południu? Mówimy: „No wiesz, taką uliczką szedłem, tam tylko było tyle centymetrów, a tu tyle, a tu tyle”. I co, nagle nam to wystarczy? A tu u siebie budujemy molochy.

KT: Kameralna przestrzeń sprzyja doświadczaniu…

SN: … osobowemu. Na wąskiej uliczce pani nie może drugiego człowieka po prostu obejść. Jeszcze się trzeba uśmiechnąć, bo on mnie mija, on mi się usuwa. A na ulicy, gdzie jedna osoba od drugiej oddalona o trzydzieści metrów…

KT: Czy może pan powiedzieć, że Bielsko – znowu wracamy do tematu szkoły i tego, czym się nasiąka za młodu – ukształtowało w jakimś stopniu pańskie wyobrażenie o mieście?

SN: To nawet nie miasto musi zainspirować, to się wynosi z domu. Otoczenie moje najbliższe, ogród, rzeka, to wszystko mnie kształtowało. Bielsko to było pierwsze tak duże miasto, jakie poznałem – dobrze zbudowane, na dobrym układzie. I jeszcze bardzo wielokulturowe: zarówno mieszkańcy, jak i właściciele obiektów przemysłowych, którzy stanowili tam trzon, dawali pracę. Najistotniejsze było to, że rzeka, dzieląc dwa miasta: Bielsko i Białą, oddzielała dwa regiony – Śląsk Cieszyński od Małopolski. Te odrębności zawsze były wyraźne. Moi koledzy z Jasienicy, Jaworza czy spod Brennej byli inni niż ja: odróżniali się mową, akcentem, sposobem jedzenia, wszystkim. Byli dla mnie ciekawostką. I ja dla nich. Biała – Małopolska, ogromny przemysł włókienniczy, żydowski, drugi po Łodzi w Polsce. Bielsko – kapitał głównie niemiecki i czeski – było związane z przemysłem mechanicznym, półciężkim. Bielsko to maszyny, a Biała – tkaniny. Miasta od Białej w kierunku Krakowa: Wadowice, Kęty, były znane z tego, że miały piękne tkaniny pościelowe, koszulowe. Bielsko też miało tkaniny, tylko cięższe, ubraniowe, płaszczowe. To wszystko było na półkach w sklepach. Mama, jak to mama, zabierała mnie z sobą. Znała się na tym, dotykała tkanin, a ja przy okazji mogłem to śledzić.

KT: I cegła – najczęściej stosowany przez Pana materiał – w pewnym sensie też jest taką materią do dotykania…

SN: Tak, cegła to materiał cielesny. Ona nie jest nawet ubraniem, ale samym sednem, ciałem budowli.

KT: W takim wypadku, co jest ubraniem? Budowla ma ubranie?

SN: Ma – takie, jakie pani zobaczy. W oczach każdego odbiorcy ma inne ubranie. Patrzymy przez pryzmat naszego sposobu postrzegania, wrażliwości. Nie ma obiektywnego wizerunku budowli, tak jak nie ma obiektywnego wizerunku człowieka. Nie ma obiektywnego wizerunku architektury, bo przestrzeni nie da się zobiektywizować. Przestrzeń jest ponad tym, jest początkiem i końcem, jak z Ewangelii.

KT: A sedno? Tkwi w jakimś archetypie dawności? Jestem daleko od szufladek typu: „Stanisław Niemczyk – murator”, „postmodernista średniowieczny”, „przedmodernista”. Nie da się jednak zaprzeczyć poszukiwaniu przez Pana pewnej atmosfery bezczasowej archaiczności, jeśli mogę tak to ująć.

SN: Postrzegam jako oczywistość to, że każdy rozwój buduje nowe przestrzenie, nowe potrzeby. Ale w kwestii archetypów odczuwamy pewną spójność, kontakt, więź emocjonalną z pewnymi działaniami, których nie ma, a były. Znamy je z opisu, z rysunku, ze zdjęcia, z opowiadań. Skądś się to bierze, że do pewnych rzeczy odnosimy się od razu, wprost, mówimy: „Tak, to jest moje”. Obojętne, czy było 500, 1000 czy 1500 lat temu. Myślimy: „Chciałbym, żeby to było moje”, i czujemy, że nie ma w tym żadnej sztuczności, żadnej niepoprawności. Szukamy tej realności – można dużych słów używać: duchowej, mistycznej… To właśnie powinno być w budowli. W tej chwili zbyt wiele w naszym życiu odnosi się do atrakcyjności, mody: punktowej, chwilowej, momentu. I znika to jak meteoryt, nie pozostaje po tym nawet ślad. Wydaje mi się, że ślady są potrzebne, żebyśmy mogli dalej się odnajdywać. A architektura, tak jak mówiłem, to jest ta materia ciała, absolutnie realnego, materialnego ciała. To jest przetwarzanie materii pierwotnej, w której jest pierwowzór wszystkiego, jak na tablicy Mendelejewa. Natura ma zapisane wszystkie modele, wzory; ma wszystko, całe piękno. Modele skał, modele wszystkich naturalnych elementów wszechświata są nieskończone. I piękno jest też w ludziach. Jeżeli w ludziach bym nie znalazł piękna, to po co go szukać w materii, na podstawie czego? Piękno jest w drugim człowieku i myślę, że to właśnie buduje relacje. Na tym opiera się budowanie wspólnoty społecznej – takiej jednostki, która dopiero jako grupa daje efekt, o który chodzi w każdym narodzie. Wtedy potrafimy zrobić bardzo dużo, a nie tylko koło siebie troszkę posprzątać.