źródło: Barbara Nawrocka, Dominika Wilczyńska/kolektyw Palce Lizać, kadr z filmu animowanego Tryptyk o polskiej transformacji (część 1, 1970–1989)

Transformacja

3 [54] 2016

30 | 01 | 2017

Neoliberalizm udaje, że nie jest ideologią

MK: W początkach transformacji pojawiła się kampania, której hasło – wymyślone przez Ernesta Brylla brzmiało – „Jesteśmy wreszcie we własnym domu. Nie stój, nie czekaj. Pomóż”. To było nawoływanie do tego, żeby wziąć sprawy w swoje ręce, przestać liczyć na państwo, być zaradnym. Do tego doszło propagowanie własności indywidualnej utożsamianej z wolnością. Właściciele nieruchomości mieli stać się fundamentem klasy średniej tworzącej nowe wzorce i aspiracje.

RW: Kult własności w Polsce jest bardzo ciekawym zjawiskiem. Zastanawiająca jest wręcz niechęć Polaków do innych form posiadania. W Polsce przedrozbiorowej pierwotna akumulacja kapitału była podstawą ustroju społecznego. Szlachta tego nie kontestowała, a mieszczaństwa nie było. Bunty chłopskie były z kolei przedstawiane jako zagrożenie dla porządku, a nawet (powstanie Chmielnickiego u Sienkiewicza) niepodległości. Długo nie było przestrzeni na kontestowanie tego układu. Trochę to zmieniły zabory. Swoją rolę odegrała tu słabość ruchów pracowniczych i przekonanie, że tylko ziemia (było nie było środek produkcji zwłaszcza na wsi) może być fundamentem niezależności ekonomicznej. Ostatnio badałem temat spółdzielczości – mamy w tym zakresie niezłe tradycje. Jeśli się przyjrzeć historii spółdzielczości, to nie odstawaliśmy od tego, co się działo w Europie Zachodniej. Pierwsza kooperatywa spółdzielcza powstaje w połowie XIX wieku w Anglii, a niedługo potem takie inicjatywy pojawiają się u nas. Rozwijały się lepiej lub gorzej w różnych okresach. Wiadomo, że nie mieliśmy takiego rozmachu jak na przykład w Berlinie, gdzie powstało wiele osiedli spółdzielczych; w Warszawie tylko kilka. Ja nawet mieszkam na takim osiedlu z okresu II RP, na Bielanach. Nazywa się Robotnicza Zdobycz, choć robotnicy nigdy w nim nie zamieszkali, bo spółdzielnia padła. Także piękne osiedla berlińskie nie zawsze spinały się pod względem ekonomicznym, ale był pęd, żeby w taki sposób rozwiązywać problemy mieszkaniowe. W okresie PRL też działała spółdzielczość. Teza, że komunizm obrzydził taką formę współwłasności jest dosyć łatwa. Moim zdaniem jednak przebieg transformacji miał duży wpływ na stosunek do tego typu rozwiązań i na utrudnienie ich funkcjonowania. Opisałem to w tekście o spółdzielczości spożywczej w Polsce po 1989 roku 2. Z kwestią spółdzielczości jest jak ze związkami zawodowymi. Można mówić: te formy organizacji w Polsce słabo działają, jedni będą z tego powodu narzekać, inni powiedzą, że ludzie nie są nimi zainteresowani. Ale to nie jest takie proste, bo władza może pewne rozwiązania lansować, promować, popierać, ułatwiać i jeśli nie ma tego lansowania, popierania, ułatwiania, to one nie zaistnieją. W Polsce po transformacji doszło raczej do odwrotnego zjawiska: atomizacji, przekonywania społeczeństwa, że każdy sobie rzepkę skrobie. Taka logika stoi za wieloma przemianami po 1989 roku – od reform na rynku pracy, po reformę emerytalną: jesteś odpowiedzialny za swój los, nikt ci nie pomoże, nie licz na żadne państwo, weź się za bary z życiem. Tylko to przekonanie, że własność może zastąpić państwo dobrobytu jest złudą, snem – przebudzenie z niego może być bardzo nieprzyjemne. Oczywiście nie dla wszystkich, bo jakaś tam pula nieruchomości zawsze będzie w cenie – nierówności zawsze będę występować w społeczeństwach kapitalistycznych. Natomiast jeśli chodzi o wykształcenie się klasy średniej w Polsce – można to różnie definiować, dopasowywać do jakichś widełek dochodowych, ale pierwsze skojarzenie to bezpieczeństwo. Mam wrażenie, że w Polsce społeczeństwo nie doświadczyło tego, za czym teraz tęsknią społeczeństwa zachodnie – dobrobytu trzech dekad po II wojnie światowej, przekonania, że indywidualny byt nie jest zagrożony. To przekonanie dotyczyło szerokich warstw społecznych – prostych ludzi, którzy mieli na przykład tę pewność, że mogą uczestniczyć w ruchu związkowym, i nie zostaną za to zwolnieni, a wtedy koniec, kredyt ich zabije itd. Tego poczucia bezpieczeństwa w Polsce prawie nikt nie ma, ten luksus jest zarezerwowany dla wąskiej grupy specjalistów.

MK: Czy światowy kryzys 2008 roku miał wpływ na zmianę świadomości w Polsce także pod kątem oceny transformacji?

RW: Ogromny. Wskutek tego pewne wątki mogły się w ogóle pojawić w szerokiej debacie. Przed kryzysem nawet bym nie wpadł na to, żeby napisać taką książkę, jaką napisałem, bo znajdowałem się w innym miejscu. Ona się ukazała w idealnym momencie – jeszcze przed zmianą polityczną w Polsce. W tej chwili, kiedy PiS wygrał wybory i znowu wojna polityczna wkroczyła na wysokie obroty, każdy, kto podważa dorobek III RP jest podejrzany. Oczywiście, że bez kryzysu pewne tematy nie przebiłyby się w Polsce, a z drugiej strony – kryzys był nie do uniknięcia. Nie dało się przed nim uciec. To nie było tak, że komuś się tam ręka omsknęła i wcisnął zły klawisz. To nie tak, że jeden bank się za bardzo uwikłał. To jest kwestia systemowa. Kapitalizm wygenerował tyle sprzeczności, że musiało dojść do tego krachu. To jest podstawowe założenie, które głoszą ekonomiści heterodoksyjni: kryzys jest wpisany w naturę systemu kapitalistycznego. Zadaniem, jakie stawia przed sobą ten nurt ekonomii jest łagodzenie tych wstrząsów przy użyciu wszystkich dostępnych środków politycznych. Jego zwolennicy nie wierzą, że kryzys przynosi oczyszczenie, tylko że jest rodzajem straszliwej spirali, która ciągnie w dół całe społeczeństwa czy klasy społeczne, rozwala ludzkie życie. Moja książka nie jest ściśle ekonomiczna, jest pisana bez wątpienia z pozycji człowieka, który też biograficznie doświadczył skutków przemian. Mam świadomość, że transformacja boleśnie dotknęła dużą część pokolenia moich rodziców.

DLR: W jaki sposób?

RW: Doświadczenie kryzysu transformacji i tej beznadziei posttransformacyjnej, zwłaszcza na polskiej prowincji, pozostawiło po sobie wielu ludzi, którzy żyją w bardzo trudnych warunkach. Nie w takich, jak z powieści Dickensa o dziewiętnastowiecznym Londynie – chodzi tu o kontekst polski, współczesny. To jest całe spectrum – od najbardziej widocznych, nagłośnionych patologii, takich jak rzeczywistość w byłych PGR‑ach, poprzez odcienie szarości – ludzi, którzy nigdy w życiu nie wychodzą do restauracji, bo ich po prostu na to stać, są zamknięci w swoich ciasnych, brzydkich mieszkankach, a jedyną rozrywką jest telewizja.

DLR: Chcę zapytać o sam system. Tytuł pańskiej książki brzmi Dziecięca choroba liberalizmu – to zakłada, że możemy z tej choroby wyrosnąć i dojrzeć. Właśnie, do czego? Czy możemy w ogóle wyjść poza immanentne patologie kapitalizmu? Zbudować coś nowego?

RW: Chciałbym, żeby powstała jakaś polska odmiana kapitalizmu opierająca się na myśli ekonomicznej Michała Kaleckiego. Staram się namawiać tych, którzy myślą podobnie do mnie, żeby czytali Kaleckiego, bo mamy się do czego odwoływać.

DLR: A jak wyglądałyby zasadnicze zmiany, które wiązałyby się z wprowadzeniem w życie
teorii Kaleckiego?

RW: Przede wszystkim chodzi o przyjęcie do wiadomości, że jak chcemy się bawić w kapitalizm, to uznajmy, że nie jest to ustrój idealny. Musimy być świadomi, że jest to ustrój, który rodzi pewne określone negatywne konsekwencje: rozwarstwienia, pompowanie nierówności, kryzysy.

DLR: Musimy się zgodzić na to, że te nierówności będą?

RW: Nie, nie zgodzić się. Ale musimy być świadomi, że one będą. Przyjmujemy, że kapitalizm prowadzi do negatywnych konsekwencji i dlatego w rozwiązaniach politycznych staramy się wymyślić takie bezpieczniki, które będą nas prowadzić w drugą stronę, regulować ten system. Wiemy, że kapitalizm sprawia, że pracownik jest zawsze na słabszej pozycji niż pracodawca. Choćby z tego powodu, że pracodawca może żyć bez pracownika i nie umrze, natomiast ten drugi umrze z głodu, jak nie będzie miał pracy. Dotyczy to większej części społeczeństwa. Skoro wiemy, że tak jest, to musimy myśleć, jakie wmontować zabezpieczenia w system. Najlepszym zabezpieczeniem, jakie znam, jest silny ruch związkowy w połączeniu z państwem dobrobytu, które daje pracownikowi większą możliwość negocjacji. Tu chodzi po prostu o normalny socjaldemokratyczny model. Do tego dochodzi jeszcze kwestia nierówności. Tu jako propozycja pojawia się stosunkowo nowe rozwiązanie, czyli dochód gwarantowany i wiele innych, o których mówi Anthony Atkinson, autor książki Inequality. What can be done? (Nierówność. Co można z tym zrobić?), mentor Thomasa Piketty’ego. Jest jeszcze kwestia przyszłości pracy. Z jednej strony wiemy, że będzie trend w kierunku większej automatyzacji, robotyzacji itd., więc musimy myśleć o takich rozwiązaniach, które sprawią, żeby na koniec się nie okazało, że zyski z tej robotyzacji, zwiększonej produktywności trafiają tylko do bardzo wąskiej grupy, a reszta tworzy klasę ludzi niepotrzebnych. Musimy myśleć o rozwiązaniach, które sprawią, że zyski z innowacji zostaną w jakiś sposób uwspólnione.

DLR: Ale to wszystko zakłada model polityki, który działa w logice dobra wspólnego. Utopia? Zwłaszcza że nawet jeśli te rozwiązania zostaną wprowadzone, to w skali państwa, a co z mechanizmami globalnego rynku?

RW: Na to odpowiedź daje z kolei Piketty. Moim zdaniem propozycje Piketty’ego z drugiej części jego książki Kapitał w XXI wieku są jak najbardziej do wprowadzenia w życie. Pokazuje on, że nie od razu musi istnieć nowy rząd światowy, że można to zrobić na poziomie współpracy Unii Europejskiej ze Stanami Zjednoczonymi. Te proponowane rozwiązania to: podatek majątkowy, najpierw na szczeblu Unii Europejskiej albo Unii i Stanów Zjednoczonych, a kiedyś może więcej, globalny rejestr majątkowy, żeby było przynajmniej wiadomo, co kto ma i co ewentualnie można by opodatkować

DLR: Póki co TTIP – planowana umowa handlowa pomiędzy UE a USA wywołujesporo obaw i protestów.

RW: Myślę, że wiele można sobie teraz wyobrazić w odniesieniu do Unii Europejskiej, bo ona jest w dużym kryzysie. Brexit to jego symptom, który ja traktuję jako szansę na odnowę. Nie możemy w każdym wydarzeniu politycznym widzieć końca świata, bo oszalejemy. A ja przynajmniej nie mam zamiaru popadać w nastroje „koniec jest bliski”. Wiążę nadzieję na poprawę z rodzącymi się siłami politycznymi, które na razie nie mają zbyt wiele do powiedzenia, ale może będą miały w przyszłości.

DLR: Ekonomiści heterodoksyjni.

RW: Tak, może pojawią się jacyś heterodoksi.


[2.] R. Woś, Dlaczego w Polsce nie ma kooperatyw. Sklep z zasadami, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/rynek/1654950,1,dlaczego‑w‑polsce‑nie‑ma‑kooperatyw.read (dostęp: 7 lipca 2016).