źródło: Barbara Nawrocka, Dominika Wilczyńska/kolektyw Palce Lizać, kadr z filmu animowanego Tryptyk o polskiej transformacji (część 1, 1970–1989)

Transformacja

3 [54] 2016

30 | 01 | 2017

Neoliberalizm udaje, że nie jest ideologią

DLR: Jadwiga Staniszkis w książce Postkomunizm opisuje, że wpływ na zmianę sposobu myślenia naszej nomenklatury mieli też przedstawiciele elit rządowych w Moskwie – w schyłkowym okresie komunizmu oni już czekali w blokach startowych z nastawieniem bardzo pragmatyczno‑prorynkowym.

RW: To, o czym mówię, bazuje na moich lekturach, które rekonstruują stan świadomości późnych elit polskiego państwa komunistycznego i ich działania. Rozmawiamy w redakcji „Polityki”, czyli gazecie współtworzonej przez Mieczysława Rakowskiego. Jego postać interesowała mnie, jeszcze zanim zacząłem zajmować się transformacją. Przeczytałem dziesięć tomów jego Dzienników politycznych, opisujących okres od końca lat 50. do roku 1990. Przyszło mu robić karierę w państwie socjalistycznym, ale nie był jakimś szczególnym „lewakiem” – postrzegał siebie jako liberała. Postawy jednak są kształtowane w odniesieniu do dominującej rzeczywistości. To, że zmiany ustrojowe poszły w takim kierunku, nie jest więc szczególnie zaskakujące. Chociaż nie znam szczegółów postaw elit sowieckich.

DLR: A z drugiej strony mamy tę narrację spod znaku „Chicago Boys” – ekonomistów pracujących w latach 70. w rządzie Pinocheta.

RW: Tak, Ameryka Łacińska jest bardzo ważna, bo jej kraje były poligonem doświadczalnym, na którym wielki kapitał przetestował sobie różne scenariusze w praktyce. A potem można było łatwiej sprzedać, to, co zostało już sprawdzone. Tu jest ciekawa historia Jeffreya Sachsa, zwolennika terapii szokowej, który doradzał rządom w Ameryce Południowej. Dostał propozycję współpracy od rządu Rakowskiego, której podobno nie przyjął. Zaczął współpracować dopiero z rządem Balcerowicza. Czyli w okresie przełomu rząd i opozycja z sobą walczyli na poziomie politycznym – przekomarzali się przy Okrągłym Stole i wtedy nie wiadomo było, czy to się tak skończy, że jedni oddadzą władzę, a drudzy ją w pełni wezmą – ale na poziomie gospodarczym obie strony wysyłały podobne sygnały, chciały podobnych rozwiązań. Podczas pracy nad książką trafiłem na kolejny wątek – zarzut ze strony części elit, zwłaszcza fachowych, ekspertów ekonomicznych, którzy reprezentowali dojrzałe pokolenie, że nie włączono ich w proces decyzyjny związany z przemianami. To wyglądało jak zmowa młodych, prężnych towarzyszy, wyzwolonych z tych komunistycznych przesądów, prących ku liberalizmowi. Zwietrzyli swoją szansę w przemianach, po stronie opozycji trafili na podobnych sobie i dogadali się trochę nad głowami tych starszych fachowców. Leszek Balcerowicz był wtedy dość młodym ekonomistą. Miał pewne dokonania w czasach pierwszej Solidarności, ale w 1989 roku nie mógł się pochwalić wielkim dorobkiem, był raczej jednym z tych młodych wilków. Dobrał sobie jeszcze młodszych współpracowników i wykreował środowisko podobnie myślących ekonomistów. W tym sensie jego wpływ jest wciąż bardzo duży. Nie było jednak tak, że nie pojawiały się głosy odrębne w momencie przełomu. Tadeusz Kowalik jest jednym z przykładów innej postawy. Tylko takie głosy nie zostały wzięte pod uwagę.

MK: Dlaczego?

RW: Bo nie pasowały do ogólnej koncepcji przemian. Prowadziły w innym kierunku niż terapia szokowa. Uważano, że ci, którzy są przeciwni tej doktrynie, szukają dziury w całym, spowalniają impet, opóźniają procesy.

MK: A jak to się stało, że wszyscy tak daliśmy się na to nabrać? Z jednej strony to jest oczywiste – ludzie mieli dość systemu PRL, neoliberalizm triumfował. A jednocześnie pojawiały się narracje konstruujące nową świadomość.

RW: Nie zapominajmy, że neoliberalizm udaje, że nie jest żadną ideologią czy doktryną tylko podejściem zdroworozsądkowym, prawem natury – jak grawitacja. Nie można przecież polemizować z grawitacją. Do tego oczywiście dochodził pewien elitaryzm, wciąż bardzo obecny w polskim dyskursie publicznym. No i brak doświadczenia demokratycznego. Nawet w ostatnich odezwach Armii Krajowej z czasów powstania warszawskiego – której
polityczne dziedzictwo jest dziś zagrabiane przez różne prawicowe siły – było wołanie „o przyszłą Polskę ludową”. To nie było tylko tak, że paru gości przyjechało na czołgach ZSRR i wprowadziło tu komunizm. Istniał autentyczny głód społecznej sprawiedliwości, który, niestety, z przyczyn geopolitycznych wynaturzył się w formę znaną nam z historii. Nie jest naszą sprawą tu i teraz oceniać PRL. Próbowałem tylko powiedzieć, że nie mieliśmy
przerobionego doświadczenia demokratycznego. Istniało raczej bardzo mocne przekonanie, że to wyrównanie szans, które miał przynieść PRL, zaszkodziło nam. Dopiero teraz zaczyna do nas docierać, że elitaryzm – głoszony choćby przez wczesną Unię Demokratyczną albo Unię Wolności – jest właściwie nie do pogodzenia z demokracją. Przekonanie o słuszności technokratyzmu było przez wielu ludzi kupowane jako antidotum, dzięki któremu upodobnimy się do Zachodu. Tylko że zachodnie demokracje właśnie tak funkcjonują, że one potrafią zachować – a przynajmniej dotychczas potrafiły – tę umowę społeczną równoważącą stosunki pomiędzy społeczeństwem i kapitałem, pomiędzy silnymi i słabymi.

DLR: Na ile intelektualiści, którzy formowali ten dyskurs około okrągłostołowy, byli w ogóle świadomi jakichkolwiek krytycznych opracowań na temat systemu, który instalowali?

RW: Bardzo wtedy brakowało takiej silnej przeciwwagi. Karol Modzelewski czy środowisko Unii Pracy zwracali wówczas uwagę, że jest możliwy inny model rozwoju ekonomicznego, że to, co sobie serwujemy, to jest jakieś barbarzyństwo, że to nie jest dołączenie do Zachodu, ale pójście w stronę modelu latynoskiego. Ale to nie miało przełożenia na siłę polityczną czy mocne argumenty ekonomiczne. Gdyby w otoczeniu Lecha Wałęsy znalazł się ekonomista o poglądach Tadeusza Kowalika i charyzmie Leszka Balcerowicza… Kiedy analizuję karierę polityczną Wałęsy, zwłaszcza wybory w 1990 roku, to znajduję wiele jego wypowiedzi, w których przeciwstawiał się, w taki wałęsowski sposób, dominacji ekonomii i temu, że jest tylko jedna droga, że prawa grawitacji itd. Mówił, że on wie, że Zachód mu każe zamykać fabryki, a on tych fabryk nie zamknie, a to dlatego, że tego nie można zrobić. I niech się oni denerwują, ale my tego nie zrobimy.

DLR: Ale zrobili.

RW: Ale zrobili.

DLR: Pamiętam też wpływ na świadomość „Gazety Wyborczej” i innych opiniotwórczych mediów tego czasu.

RW: Teraz jest zupełnie inna struktura rynku medialnego niż w latach 90. Znacznie bardziej zróżnicowana – moim zdaniem to dobrze, chociaż wielu kolegów z mojej obecnej redakcji płacze, że to już nie te czasy, nikt nas nie słucha. To jest bardzo dobre, bo jeszcze nigdy nie było takiej różnorodności medialnej w Polsce. Mamy w tej chwili stabilne ekonomicznie podmioty po różnych stronach sceny politycznej. Z tej perspektywy widać, jak w początkach
transformacji było stosunkowo łatwo zapewnić sobie przychylność mediów. Funkcjonowało kilka dominujących tytułów, zwłaszcza tych wywodzących się z opozycji, dysponujących taką moralną legitymacją jak „Gazeta Wyborcza”. „Rzeczpospolita” czy „Polityka” były trochę z nieprawego łoża – „Rzeczpospolita” mniej, „Polityka” była bardzo mocno zakorzeniona w PRL. Ale wszystkie te media z różnych powodów wspierały transformację w neoliberalnym kształcie. Jedne, bo wierzyły, że to jest właściwa droga, a drugie, bo bały się, że będą musiały udowodnić, że wcale nie są „czerwone”. Wtedy było łatwiej kreować jednorodny przekaz, bo istniało tylko kilka liczących się tytułów prasowych o wielkich nakładach, jedna stacja telewizyjna, jedno radio, zero internetu. Teraz ten rynek jest bardzo rozproszkowany. Łatwo jest wejść na rynek, pewnie w wielu przypadkach, patrząc z punktu widzenia dziennikarzy, zbyt łatwo. Robert McChesney, amerykański ekonomista, autor książki Rich Media, Poor Democracy 1 (Bogate media, słaba demokracja), głosi tezę, że kiedy media są zbyt mocne i zbyt skoncentrowane, to tworzą monopole czy oligopole, a te łatwo stają na straży interesów elit. No i tak pewnie trochę u nas było. Obecna sytuacja sprawia wrażenie chaosu, ale trzeba się nauczyć z tym żyć. Oczywiście mam wiele zastrzeżeń do tego, jak funkcjonuje polska debata publiczna, zwłaszcza do tego, że nie można normalnie dyskutować, tylko jedni drugich natychmiast delegitymizują, zamiast posługiwać się argumentami merytorycznymi.


[1.] R.W. McChesney, Rich Media, Poor Democracy. Communication Politics in Dubious Times, New York: New Press, 2000.