Partycypacja i partycypacja

2 [37] 2012

30 | 07 | 2015

Nadzieja na uczestnictwo

 

z Krzysztofem Nawratkiem rozmawia Dorota Leśniak-Rychlak


DOROTA LEŚNIAK-RYCHLAK: Przeżywamy obecnie w Polsce prawdziwy boom partycypacji. Wszystko jest już (przynajmniej w deklaracjach) partycypacyjne – od debat o kształcie przestrzeni, decydowania o budżetach (niektórych) miast, po zarządzanie instytucjami kultury. Czym jest partycypacja – wcieleniem demokracji, podstawową częścią neoliberalnego projektu czy koszmarem?

KRZYSZTOF NAWRATEK: Na pewno nie jest podstawową częścią neoliberalnego projektu – jeśli rozumiemy ten projekt tak, jak David Harvey – jako rodzaj „zemsty” czy „odzyskania” pola przez klasy wyższe kosztem klasy robotniczej czy klas niższych. Ale oczywiście od razu widać, że taka interpretacja w Polsce wydaje się dziwaczna – my dopiero się rozwarstwiamy, szybko, ale jeszcze chwilę potrwa, by wykształciły się klasy. Więc partycypacja jest raczej zmiękczeniem neoliberalnego projektu, jest polem konfliktu pomiędzy „ludem” domagającym się udziału we władzy (a przynajmniej jej kontroli) a ową władzą, która bardzo szybko wyradza się w aparat służący tym z ambicjami zostania polską burżuazją.

D.L.-R.: Czy jednak nie jest tak, że służy ona w jakiś sposób konserwacji obecnego systemu? Także w Polsce. Jeżeli spojrzymy na sposób, w jaki znajduje ona zastosowanie w polityce przestrzennej, to staje się oczywiste, że ktoś ten proces projektuje, zaprasza określonych aktorów na poszczególnych etapach, rozdziela role…

K.N.: Oczywiście! Jak mówię – to jest pole konfliktu. Ci, którzy mają władzę, bardzo niechętnie się jej pozbywają – najlepszy przykład to Poznań, gdzie władze miasta przeprowadzają „konsultacje”, by uniknąć oddania choćby skrawka władzy. I oczywiście nawet w przypadku, gdy ten skrawek uda się wyrwać, pozostaje pytanie, jak skonstruowany jest mechanizm partycypacji, kto w nim może wziąć udział – nie tylko formalnie, ale także faktycznie – ze względu na kapitał kulturowy na przykład… Mimo wszelkich zastrzeżeń nie widzę jednak, w jaki sposób sama idea, by mieszkańcy miast stawali się podmiotem bezpośrednio wpływającym na budżet, mogła zostać odrzucona – jeśli akceptujemy fundamentalne przekonanie, że demokracja jest systemem lepszym niż rządy elit. Jeśli myślimy odwrotnie, to oczywiście partycypacja będzie budzić naszą odrazę…

D.L.-R.: Chodzi mi raczej o możliwości sterowania i manipulacji oraz tego świadomość. Kluczowa wydaje się kwestia: kto konstruuje mechanizm partycypacji i jaką ten ktoś ma wizję wspólnoty. Oraz poziomu świadomości mieszkańców – kapitału kulturowego, jak pan pisze. I możliwości zaistnienia języka, w którym się będą/będziemy porozumiewać. W tym wypadku planowanie przestrzenne pokazuje, moim zdaniem, że tego języka nie ma. Nie wiem, czy pan się z tym zgodzi?