Fot. T. Wiech. Copyright © T. Wiech. All rights reserved.

Krajobraz

2 [49] 2015

23 | 11 | 2015

My tu robimy awanturę, ale robimy piękny protest, a nie awanturę tak naprawdę (II)

 

DLR: Mam jeszcze pytanie o media: widać wyraźnie, że masz bardzo dużą świadomość tego, w jaki sposób je angażujesz. Aktywność facebookowa to bardzo istotny element twoich akcji. Ludzie chłoną ten wirtualny przekaz i klikają, ale na ile oni wychodzą z tym na zewnątrz i na ile Twoje działanie jednak wzmacnia wyłącznie medialny element naszej egzystencji? Jesteś „na akcji”, w terenie, wyjeżdżasz tam, angażujesz ludzi, ale z drugiej strony masz te piękne zdjęcia, które się reprodukują. Jak ty to łączysz?

CM: To musi być w miarę proste, efektowne, ładne, trochę śmieszne. Bardzo subtelne piękno nie da rady. Zaczęło się przez drzewa. Pomyślałam, że Facebook to jest idealne miejsce do tego. To jest medium dla tego projektu. Gdyby nie FB to 365 drzew nigdy by nie zasłynęło i pewnie nigdy bym tego projektu nie skończyła. Dzięki temu, że miałam feedback i że była grupa ludzi, która czekała każdego dnia na drzewo, byłam zmobilizowana. Poza tym oni sprawdzali pogodę i nie mogłam kłamać. Wrzucałam codziennie zdjęcie, a jak nie, to wieczorem dostawałam smsa z pytaniem: gdzie jest drzewo? Złapałam rytm i codziennie wrzucałam post na Facebooka, a pod drzewem była dyskusja. Ja robiłam coś w realu, bardzo rzeczywistego, poharatane nogi, przygody. A później była już dyskusja wirtualna. I zaczęło coraz więcej ludzi dołączać, pojawili się ekolodzy. Mikołaj Kornecki, Adam Wajrak, któremu zaimponowało to, że rozpoznaję drzewa. No i pod tymi drzewami zebrali się aktywiści miejscy i ekolodzy, z którymi w ogóle nie miałam wcześniej do czynienia. Pojawiały się pytania, czy mogę wejść na drzewo na Woli Duchackiej, bo chcą tam zabudować park. I ja sobie myślę: o cholera, wejdę na lipę w parku, będzie ciekawie. Wtedy zachwycili się tym Mariusz Waszkiewicz z Towarzystwa na Rzecz Ochrony Przyrody i miejscy aktywiści. Przez Facebooka zrobiłam się znana i poznałam masę dziennikarzy, o których nigdy wcześniej nie słyszałam. Kiedy dowiedziałam się o Zakrzówku, członkowie Stowarzyszenia Zielony Zakrzówek i Mariusz Waszkiewicz byli już bardzo zrezygnowani. Przyszłam do Mariusza i poprosiłam: powiedz mi prosto, o co z tym Zakrzówkiem chodzi. Mówił półtorej godziny. I to jest to, co ja robię, to jest ta moja część we wszystkich akcjach: mówię o sensie akcji w trzech prostych zdaniach. I to jest bardzo ważne i trudne. Jak to powiedzieć, żeby to była mimo wszystko prawda, żeby to było nośne, żeby ludzie to podchwycili. Ja to robię bardzo osobiście – pokazuję, co to wszystko dla mnie znaczy, jak ja to widzę. I przez to, że mówię zawsze pierwszej w osobie, jako Cecylia, to powoduje, że kupują to media i ludzie. Każdy ma prawo do swojej własnej opinii. Nie mówię tego z pozycji jakiejś instytucji, eksperta, tylko takiej zwykłej Cecylii, która jest mieszkanką Krakowa i ma prawo to powiedzieć, ale za sobą ma te wszystkie osoby, które mają wiedzę. I właśnie od tego wszystko się zaczyna, że muszę wygenerować prosty komunikat, przekaz. To nie jest takie łatwe.
W proteście najważniejsza jest ekipa, grupa ludzi, z którymi razem robisz akcję. Jak ludzie widzą, że jakaś grupa świetnie się bawi, robi coś z wielką pasją, to chcą się dołączyć. Są eksperci i jest zespół zaangażowanych ludzi, w którym każdy musi mieć swój interes, żeby wziąć udział, i jest Facebook. Tak naprawdę zdecydowałam się na Zakrzówek, który w zasadzie rozpoczął robienie protestów, dlatego, że zobaczyłam, że mam siłę faktyczną, że znam dziennikarzy, że mam dużo kontaktów, i uświadomiłam sobie, jakie możliwości zorganizowania się daje Facebook.

DLR: Powiedziałaś, że byłaś naiwna i że działałaś, bo byłaś wkurzona. Ale jest i taka chwila, kiedy kolejny krok, coś się udało i zostają fajne obrazy, ale jednak miejsce ulega destrukcji i decyzje, które w tamtą stronę idą, i co dalej, jak sobie radzisz wtedy z emocjami?

CM: Po pierwsze w ogóle w sztuce, bo ja nie rozdzielam, czy maluję obraz czy robię akcję, nie postępuję profesjonalnie, tylko jestem taką mamą, bardzo kobieco działam. Wchodzę w coś, nie spekulując od strony zysków i strat, i co z tego będzie. A druga rzecz, która jest mało profesjonalna, ale bardziej macierzyńska, że ja zostaję z tymi projektami tak jak z dziećmi się zostaje, że jak już wejdziesz w coś takiego, to zostajesz z tym. Nie możesz się po prostu wymiksować, powiedzieć: nie, nie – ja już wzięłam honorarium, ja już się nie zajmuję Zakrzówkiem. Nie możesz tak powiedzieć. I teraz była taka sytuacja po kilku latach, kiedy masz już tysiąc swoich rzeczy zawodowych i innych, przyszła Jola z Mariuszem i powiedzieli, że musimy robić protest. I ja wiedziałam, że musimy robić ten protest, bo jesteśmy z tym związani, z każdą z tych rzeczy się po prostu zostaje.

KK: Jakbyś miała prowadzić albo zaplanować edukację przyrodniczo-krajobrazową w polskich szkołach, to jak byś tego uczyła?

CM: Zawsze chodzi o ludzi. Zrobiłabym szkolenia dla nauczycieli, którzy będą uczyć tego przedmiotu, z charyzmatycznymi ekologami i architektami krajobrazu i ludźmi działającymi na obrzeżach tych dziedzin, miłośnikami przyrody czy parków kulturowych. Chciałbym, żeby nauczyciele mogli poznać takich ludzi, jakich ja poznałam przez ostatnie lata swojej działalności. Trudno zrobić edukację, kiedy pani, która ma prowadzić zajęcia o ochronie przyrody, wcale tej przyrody nie chce chronić. To jest problem. Na przykład Klub Gaja robi mnóstwo bardzo wartościowych działań edukacyjnych. Mówią dużo o rzekach, o drzewach, popularyzują tę wiedzę z przekonaniem. Przy okazji mojej wystawy w Bunkrze powstała książka Rezerwat Miasto. Oprócz tego, że zawiera teksty historyków sztuki i filozofów na temat aktywizmu i ekologii miejskich, są w niej również scenariusze warsztatów dla nauczycieli. Robiłam pilotażowe warsztaty dla dzieci i młodzieży ze sztuki i ekologii w wioskach – i to było super. Robiliśmy w szkole warsztaty na przykład na temat tego, jak mieszkańcy chcieliby urządzić swoje miasto. Małe dzieci są naturalnie bardzo zainteresowane tymi tematami. Trzeba wiedzę dotyczącą ekologii, przestrzeni, miasta, wspólnych wartości jakoś fajnie spopularyzować.

Przed samą akcją Warkocze Białki napisała do mnie nauczycielka matematyki. Robiłam warsztaty dla całej szkoły, oczywiście za darmo. Całe wielkie gimnazjum, nauczyciele, ksiądz proboszcz. I ja im wszystkim opowiadałam, jaką wartość ma to miejsce, o legendzie Janosika i o tych wszystkich przyrodnikach, i o planach przeciwpowodziowych. Pomagali nam też urzędnicy, pletli z nami warkocze, zrobili sobie zdjęcia, ale od razu zapowiadali, że ich podczas akcji nie będzie. Mamy na wszystko zgodę, możemy rozpalić ognisko w rezerwacie, róbcie akcję, róbcie ten protest. Cieszyli się, bo jak pojawia się temat w gazetach, to im to ułatwia podjęcie dobrej decyzji. Oni mają wtedy wsparcie w tym, żeby stanąć przeciwko szkodliwej woli społecznej, tam, w tym miejscu, i prywatnym interesom.
Powinno być jak najwięcej spotkań, należy zapraszać takich ludzi do szkół. To po prostu działa. Zapraszać naukowców ekspertów, artystów do szkół. Ja uwielbiam naukowców, przyrodników. Poznałam profesora Krzysztofa Skórę z Helu od fok, świetny facet. Ale to właśnie on mi w końcu powiedział: Wiesz co, Cecylia? My strasznie potrzebujemy artystów, w ogóle animatorów kultury. Dostajemy forsę, ja robię badania z całym swoim zespołem przez kilka lat, potem zanosimy to do grantodawcy czy do Ministra Środowiska, a on sprawdza tylko notki, jak i gdzie jest wymieniony, i odkłada na półkę. A my już wiemy, dlaczego na przykład nie ma jakiegoś gatunku ryb w Bałtyku, dlaczego wyginął. To wszystko jest zbadane, ale to nigdzie nie trafia. I dlatego takie ważne jest popularyzowanie tej wiedzy.